Uzumasa Limelight aka Uzumasa raimuraito (2014), reż. Ken Ochiai
Uzumasa Limelight aka Uzumasa raimuraito (2014), reż. Ken Ochiai

Uzumasa Limelight, czyli Zmierzch samuraja

Powinienem budować napięcie i informację, którą się teraz z Wami podzielę zostawić na koniec, ale tego nie zrobię. Niech zatrąbią fanfary, bo oto razem z Uzumasa Limelight w końcu pojawiła się pierwsza Dycha 2016 roku! No technicznie druga, bo jedną dostał już Creed, ale nie wchodźmy w szczegóły. Ciekawi skąd ta Dycha i co to w ogóle za film? Zapraszam do recenzji filmu Uzumasa Limelight.

Uzumasa Limelight aka Uzumasa raimuraito (2014)
Reżyseria: Ken Ochiai
Scenariusz: Hiroyuki Ono
Obsada: Seizô Fukumoto, Chihiro Yamamoto, Masashi Goda, Hirotarô Honda, Hisako Manda
Zdjęcia: Chris Freilich
Muzyka: Kazuma Jinnouchi, Nobuko Toda
Kraj produkcji: Japonia

Poznajcie Seizo Fukumoto

Wprowadził na ekran charakterystyczną… agonię. Miał na to sporo czasu, bo karierę aktorską zaczynał jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku mając 15 lat. Dziś ponad 70-letni aktor może pochwalić się niebywałą liczbą ekranowych zgonów – z grubsza oblicza się, że było ich ponad 50 tysięcy. Brzmi zadziwiająco, ale nie ma w tym niczego zadziwiającego, wszak Seizo Fukumoto należy do grupy tzw. kirareyaku – aktorów, którzy specjalizują się w śmierci. A Seizo umierał najlepiej. Wygięty łukiem do tyłu ze śmiercią zastygłą na twarzy ginął w filmie i ginął w telewizji wijąc się w konwulsjach. Ta poza doczekała się swojej nazwy: ebi-zori, a Fukumoto wymyślił ja po to, żeby… trochę dłużej pojawiać się na ekranie. Trwało to w końcu kilka sekund dłużej niż zostanie ciachniętym mieczem i runięcie na ziemię. No i miało sens, skoro ginąć to z przytupem. Fukumoto szybko awansował do miana jednego z najlepszych kirareyaku, a jego umiejętności chwaliło wielu. – Jako choreograf walk zawsze powierzałem Seizo Fukumoto role w ważnych dla filmu scenach. Nie chodziło nawet o jego technikę, ale o ekspresję, która dodawała wartości mojej choreografii – komplementował go Mitsuhiko Seike. Sam Fukumoto zawsze poważnie traktował swój zawód, a do zostania kirareyaku zainspirował go Charlie Chaplin rolami w niemych filmach. Wymyślił wiele różnych sposobów śmierci i zawsze powtarzał, że jego powinnością jest ginąć brzydko lub niezdarnie – nigdy z gracją. W 2004 roku odebrał nagrodę specjalną z rąk japońskiej akademii filmowej.

O czym jest film Uzumasa Limelight

Przybliżyłem sylwetkę Seizo Fukumoto oczywiście nie bez przyczyny. To on kreuje w Uzumasa Limelight główną rolę robiąc to, co potrafi najlepiej – umierając na ekranie. Jest jednak XXI wiek, jego profesja umiera wraz z nim. Z setek kirareyaku ostało się jedynie kilku, bo mało kto ich potrzebuje, mało kto ogląda jeszcze samurajskie dramy tak popularne przed laty. Postać Fukumoto – Kamiyama – gra w jednej z nich kręconej od dziesiątek w legendarnym studio Uzumasa na obrzeżach Kyoto. Ale i na nią przychodzi czas i wraz z usunięciem jej z ramówki Kamiyama i koledzy tracą pracę. Próbują zaczepić się w dramach kryminalnych, ale tam cały czas się siedzi. Próbują w dramach policyjnych, ale tam gra się trupy, których sposób śmierci interesuje tylko patologów, nie ma potrzeby tego oglądać. Nadzieja na pracę pojawia się wraz z nowym projektem samurajskim, ale zanim dojdzie do zdjęć Kamiyama zdąży podpaść reżyserowi i zostanie zesłany na wygnanie do przedstawień na żywo urządzanych hurtowo dla odwiedzających tereny studia filmowego.

Recenzja filmu Uzumasa Limelight

Uzumasa Limelight to w zasadzie typowy przykład Dziesiątki, do wystawienia której najczęściej wcale nie trzeba wybitnego filmu. Film na Dychę nie musi być wybitny, ale musi w ten czy inny sposób spasować wystawiającemu ją widzowi. Np. poruszyć jakieś struny, dzięki którym ów widz może utożsamić się z bohaterami bądź przystawić do filmu miarę swojego życia, czasem po prostu opowiadać o czymś co widza wyjątkowo interesuje. Najlepsze jest zaś połączenie tych dwóch składników, wtedy można przymknąć oko na jakieś minusy, jeśli są. Jeśli chodzi o mnie, to jak wiadomo nie jestem samurajem, ani nawet kirareyaku, więc żadnej miary do filmu nie jestem w stanie przyłożyć, ale Uzumasa Limelight nie opowiada tylko o zmierzchu samurajskiego fachu, opowiada o czymś więcej. W szerokiej skali opowiada o końcu jakiejś epoki, przemijaniu, starzeniu się i stawianiu czoła temu wszystkiemu. Nie tylko w kinie samurajskim, ale po prostu w kinie. Stare jest wypierane przez nowe i czasem nie ma od tego odwrotu, nawet gdy to nowe wcale nie jest lepsze. Pod tym kątem widzenia z Uzumasa Limelight utożsami się każdy, kto kiedykolwiek narzekał, że kiedyś filmy były lepsze. W moim przypadku Uzumasa Limelight trafił dokładnie w powód narzekania – nie dość, że starych aktorów zastępują młodzi, to „do akcji” wchodzą również trampoliny i znienawidzone przeze mnie sznurki. A ostrza katan zastępują atrapy do podmienienia potem w CGI. Trudno się dziwić, że szybko w trakcie seansu zaczyna się wzdychać za starym kinem i rozumieć, czemu było lepsze.

Oczywiście to tylko jedna strona medalu, bo w centrum zainteresowania reżysera jest również człowiek, nie tylko kino. Sentymentalny wydźwiek Uzumasa Limelight podkreśla to przemijanie, którego nie jest się w stanie powstrzymać, a pokornego Kamiyamy nie sposób nie polubić, nawet jeśli dość biernie stawia czoła przeciwnościom i przyjmuje je z pokorą takimi, jakie są. Po japońsku. Jego historia jest prosta, ale umieszczona w konkretnym kontekście staje się fascynująca i ciekawa tak mocno jak tylko najlepsze proste historie potrafią być.

Spokojnie, Uzumasa Limelight to nie żadne nudy. Jasne, tempo w nim nie jest zawrotne, a zmęczona twarz Kamiyamy filmowana jest częściej niż błysk oręża. Jest tu jednak cała masa miejsca na humor i lżejsze potraktowanie tematu. Skoro opowiada o samurajskich dramach to obejrzymy w Uzumasa Limelight parę fajnych sekwencji walk okraszonych fajną, przygodową muzyczką, no i ponabijamy się z tych nowych lepszych czasów. Nowy bohater samurajskiego serialu jest oczywiście młody, śpiewa w popularnym boysbandzie i producenci chcą to wykorzystać, a gdy widzi staromodną fryzurę samuraja, jaką proponuje mu charakteryzator postanawia wykreować obraz samuraja XXI wieku. A gdy zaczynają się zdjęcia wszyscy aktorzy wymachują zielonymi karłowatymi katanami, które potem przerobi się na ostrza. Uzumasa Limelight porusza się po wielu warstwach.

Uzumasa Limelight ma wady. Zbyt często wygląda na telewizyjną produkcję (choć to pewnie zamierzone, wszak o telewizji mowa; no i dzięki temu może zastosować trick ze zmianą formatu na filmowy zanim zrobi to chwalony za taki zabieg Hsiao-hsien Hou w Zabójczyni) zahaczając nawet o teatr telewizji. No i można się zastanowić czy dla głównego bohatera ta zmiana pokoleniowa to rzeczywiście tak wielki „big deal”. Wszak na wygnaniu w rodzinnej wiosce wygląda na dużo szczęśliwszego niż w zautomatyzowanym świecie studia filmowego wyznaczanego rytmem codziennych castingów. Ale kto by się przejmował takimi pierdołami – nie ma filmów bez wad.

(2096)

Powinienem budować napięcie i informację, którą się teraz z Wami podzielę zostawić na koniec, ale tego nie zrobię. Niech zatrąbią fanfary, bo oto razem z Uzumasa Limelight w końcu pojawiła się pierwsza Dycha 2016 roku! No technicznie druga, bo jedną dostał już Creed, ale nie wchodźmy w szczegóły. Ciekawi skąd ta Dycha i co to w ogóle za film? Zapraszam do recenzji filmu Uzumasa Limelight. Uzumasa Limelight aka Uzumasa raimuraito (2014) Reżyseria: Ken Ochiai Scenariusz: Hiroyuki Ono Obsada: Seizô Fukumoto, Chihiro Yamamoto, Masashi Goda, Hirotarô Honda, Hisako Manda Zdjęcia: Chris Freilich Muzyka: Kazuma Jinnouchi, Nobuko Toda Kraj…

Czas na ocenę:

Ocena: 10

10

wg Q-skali

Podsumowanie: Japoński aktor specjalizujący się w ekranowych śmierciach z coraz większym trudem znajduje pracę w zawodzie. Dla wszystkich tych, którzy kochają kino. Znakomite.

3 odpowiedzi

  1. Co za film! U mnie dziewiąteczka. Trzeba podkreślić ładunek dramatyczny, twarz starego mistrza pozornie jest bez wyrazu, ale w każdym na nią zbliżeniu czułem smutek odchodzącego w cień człowieka i zakonserwowaną samurajską dumę.
    Wzruszający i świetnie zakończony!

  2. Film bardzo fajny, ale te maksy dla japońskiej wariacji na temat chaplinowskiego „Limelight” to jednak przesada. Raz że momentami drażni nieco telewizyjna realizacja, dwa że mamy tu parę momentów banalnych czy kliszowych (obowiązkowa przemowa motywacyjna, gdy dziewczynie nie idzie na planie, czy ocierające się o parodię sceny retrospekcji, które ostatecznie nie wnoszą zbyt wiele). Tym niemniej dzieł(k)o godne zauważenia i obejrzenia. :)

  3. Quentin

    Nie przywiązywałbym się do tych moich maksów, bo zawsze powtarzam, że w miarę obiektywne oceny kończą się na Dziewiątce, a Dychę to przy dobrych wiatrach może dostać i przeciętniak. Choć raczej się to nie zdarza :).

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.