Sylvester Stallone i Michael B. Jordan w filmie Creed: Narodziny legendy
Creed: Narodziny legendy [Creed] (2015), reż. Ryan Coogler

Creed: Narodziny legendy, czyli Boksonały!

(Nie umiem wymyślać tytułów, ale ten recenzji filmu Creed myślę, że mi się udał – o ile oczywiście jest zrozumiały :) ). Rzadko się tak zdarza, że siódma część jakiegoś cyklu okazuje się jedną z najlepszych. A już prawie w ogóle tak się nie zdarza, gdy mowa o dobrym kinie kinie. Może tak być, że siódma część jakiegoś wybuchowego hitu jest bardziej wybuchowa, bardziej krwawa, bardziej efektowna – wszystko bardziej. To i wtedy ta siódma część siłą rzeczy będzie najlepsza. Ale co, jeśli wyjąć te wszystkie ozdobniki i zostawić samo kino? Recenzja filmu Creed: Narodziny legendy. Przykładu na to, że siódma część też może być znakomita.

Creed: Narodziny legendy [Creed] (2015)
Reżyseria: Ryan Coogler
Scenariusz: Ryan Coogler, Aaron Covington
Obsada: Michael B. Jordan, Sylvester Stallone, Tessa Thompson, Phylicia Rashad, Ritchie Coster, Tony Bellew
Zdjęcia: Maryse Alberti
Muzyka: Ludwig Goransson
Kraj produkcji: USA

Krótki rys historyczny filmowej sagi o Rockym

Janse, duży wpływ na ten stan rzeczy ma fakt, że poprzednie części przygód Rocky’ego nie zawsze były najlepsze. Sygnowane bez zmian przez Sylvestra Stallone’a dryfowały przez różne okresy kina, a te znajdowały swoje odbicie w bokserskiej sadze o filadelfijskim pięściarskim Kopciuszku, który dostał od losu niespodziewaną szansę. A wszystko zaczęło się w 1975 roku od Sylvestra Stallone, który w trzy i pół dnia sieknął scenariusz do pierwszego Rocky’ego i udał się z nim tam, gdzie trzeba. Scenariusz przypadł do gustu włodarzom United Artists i oczyma wyobraźni zaczęli widzieć w głównej roli gwiazdorów pokroju Roberta Redforda. Tyle, że Stallone miał dużą chrapkę na to, by zagrać tytułową rolę i udało mu się tego dokonać. Skończyło się na Oscarach dla najlepszego filmu, reżysera i montażu. Sly zadowolił się miłością fanów i nominacjami aktorską oraz za scenariusz. Druga część filmu była pewna, tak samo jak kariera Stallone’a, która w latach 80. ruszyła z pełną parą skutkując dwoma kolejnymi filmami z serii Rocky. Innymi niż poprzednie, bo po uszy zanurzonymi w kinie epoki reaganowskiej, kiedy to amerykańscy superbohaterowie odziani we flagę błyszczącymi od oliwy mięśniami spuszczali łomot wrednym ruskim. Adrenalina, siła i niepokonany temperament stały się wizytówką takiego kina i wizytówką Rocky’ego. Zaczęło liczyć się widowisko, walory filmowe zeszły na drugi plan w zderzeniu z Hulkiem Hoganem. Stallone powrócił do roli raz jeszcze, ale piąta część powoli zwiastowała zmierzch aktora i epoki męskich siłaczy, aktora który stopniowo zaczął grywać w coraz gorszych filmach nie znajdując dla siebie miejsca. Przykry słaby finał dla pełnej sukcesów serii… Tak się przynajmniej wydawało. Trzeba było jednak poczekać parę lat, by moda na starych twardzieli wróciła. A wraz z nią Rocky Balboa, który w świetnym filmie po raz szósty i ostatni wrócił na ring, by pożegnać się z oklaskującą go widownią… Tak się przynajmniej wydawało.

O czym jest film Creed?

Rocky Balboa nie był jedynym bohaterem pięściarskiej sagi – jego historia nierozerwalnie łączyła się z jeszcze jednym pięściarzem, mistrzem świata nad mistrzami – Apollem Creedem. To on dał Rocky’emu szansę do mistrzowskiej walki, to on przygotowywał Rocky’ego do walki z Maczugą, to w końcu jego śmierć mścił Rocky w walce z Ivanem Drago. Okazuje się jednak, że Apollo pozostawił po sobie nie tylko amerykańskie spodenki! ale i syna z nieprawego łoża – Adonisa. Wychowywany w placówkach opiekuńczych chłopak w końcu zostaje odnaleziony przez żonę Apolla i wychowany jak przystało na syna mistrza. Wyedukowany i dobrze zatrudniony ma przed sobą świetlaną przyszłość rekina biznesu. Ale w Apollu płynie gorąca krew ojca, która coraz częściej daje znać o sobie. W wolnych chwilach Apollo boksuje w meksykańskich spelunach, aż w końcu dochodzi do wniosku, że boks to jego przyszłość. Wbrew macosze przeprowadza się do Filadelfii, by tam namówić Rocky’ego do tego, aby go trenował. Balboa początkowo jest niechętny, ale ulega namowom młodziaka. Młodziaka, który choć ukrywa przed światem swoje prawdziwe nazwisko, to szybko dostaje propozycję pierwszej walki. Rocky Balboa w jego narożniku to wystarczający powód do tego, żeby trochę zarobić.

Scenariusz filmu Creed

Creed to pierwsza z części Rocky’ego, do której scenariusza nie napisał Sylvester Stallone. Parę dni temu uczestniczyłem w wymianie zdań na temat scenariuszopisarskich umiejętności Slya, broniąc Stallone’a przed zbytnio krzywdzącą go opinią marnego scenarzysty. Cóż, nie jest to pióro na miarę Quentina Tarantino, a na dodatek zawsze pisze tę samą historię, ale jest w jego scenariuszach do Rocky’ego coś, co wyróżnia je ponad przeciętność. Stallone ma dobre pióro do onelinerów, całkiem fajne poczucie humoru i pewną taką prostą i szczerą wrażliwość, którą potrafi przelać na papier. I nawet jeśli fabularnie Rocky 1 i 2 są podobne, 3 i 4 naiwne, 5 bardzo słaba, a 6 – głównie chyba dzięki dłuższemu odpoczynkowi od lepszego kina – umiejętnie nostalgiczna i dobrze opisująca upływ czasu, to nikt nie zaprzeczy, że cała seria to historia kina, którą wielu wspomina ze szczerym sentymentem i podziwem, a tego marny scenarzysta na pewno nie potrafiłby dokonać.

Piszę o tym wszystkim, bo Ryan Coogler, który przejął pałeczkę, nadzwyczaj umiejętnie znalazł się w klimacie tej filmowej serii i napisał najlepszy scenariusz Sylvestra Stallone’a od lat. Pełen wszystkich plusów, jakie wymieniłem wyżej u Slya, a jednocześnie dodający od siebie tyle, żeby z tej wybuchowej mieszanki powstał film nie tylko nie niepotrzebny, ale bardzo mile widziany! Bazujący na nostalgii widza, ale w ten dobry sposób, który całkowicie zasłania fakt, że to już siódma część serii albo jak kto woli jej reboot. Do tej pory nikt nie lubił rebootów, a Creed udowadnia, że nie są takie złe, jeśli dobrze je zrobić. A dodatkowy podziw musi ogarnąć na myśl o tym, że zdołał to ogarnąć zaledwie 29-latek, który na swoim koncie ma póki co jeden film – również świetny Fruitvale Station, w którym także możemy oglądać filmowego Creeda – Michaela B. Jordana.

Recenzja filmu Creed

Siła Creed tkwi w tym, że choć jest filmem o boksie, to boks nie jest w nim najważniejszy. Tak to już jest, że filmy o boksie stanowią idealną podstawę do snucia opowieści o tym, że niezależnie od wszystkiego trzeba walczyć o swoje. Tu nie potrzeba żadnej metafory, bo wszystko ma się podane na tacy, tylko to wykorzystać. Jesteś ty i przeciwnik i nic cię nie obroni, musisz radzić sobie sam. Nie wszyscy potrafią to zrobić, a dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że fabularnie jest się mimo wszystko ograniczonym – w końcu wszystkie drogi prowadzą finalnie na ring. I pewnie Cooglerowi też byłoby trudno, gdyby nie to, że mógł popracować nad materiałem znanym i kochanym. No i miał pod ręką Stallone’a, którego niepodważalny wkład w film został dopiero co podkreślony Złotym Globem. Jego stopień zaangażowania w ostateczny sukces oscylował hen ponad zwykły występ:

Zwykle wstrzymuję się przed wrzucaniem takich smaczków filmowych (hasztag: #smaczek), bo wychodzę z założenia, że eee,…

Posted by Q-Blog on 12 stycznia 2016

.

Creed to film dla wszystkich, niezależnie od tego czy lubią boks czy nie (choć lepiej, żeby lubili), czy są starzy czy młodzi. To dwie splatające się ze sobą historie bokserów na przeciwległym biegunie życia, w których każdy znajdzie w nich coś dla siebie. Świetnie z rolą poradził sobie Michael B. Jordan, dla którego sportowe kino nie jest pierwszyzną – grał już m.in. futbolistę w serialowym Friday Night Lights. A zadanie przed nim stało trudne – ot choćby pięciominutowa scena walki kręcona na jednym ujęciu, jedna z najbardziej efektownych rzeczy, jaką zobaczycie w Creed. Ale i tak całkowicie przyćmił go Stallone, dla którego występ w Creed: Narodziny legendy może nie jest najważniejszą rolą w życiu, ale na pewno jedną z najlepszych ról w życiu. To głównie dzięki niemu w oczach wielu pojawią się łzy wzruszenia i tęsknota za upływającym czasem, którą podczas seansu Creed czuć najbardziej. Scena na cmentarzu rozbroi każdego, kto dorastał z Adrian i Paulie’em u boku. Pstryk i czterdzieści lat później.

Sylvester Stallone krzyczy na Michaela. B. Jordana

– ALE ZAJEBISTA RECENZJA!!

Mnie osobiście bardzo do gustu przypadła też cała bokserska otoczka filmu – boks jawi się w nim jako czysty sport dla prawdziwych mężczyzn z hartem ducha i ideałami (nawet, jeśli nie potrafią trzymać nerwów na wodzy podczas prasowych konferencji), zupełne przeciwieństwo tego, co możemy oglądać na współczesnych ringach podczas największych gal. Filadelfijskie bokserskie kluby wyklejone pod sufit posterami dawnych walk robią znakomite wrażenie i świetny klimat, dzięki którym Creed może spokojnie stać w jednej linii z pierwszym Rockym. To taki Rocky XXI wieku i wiadomo już, że to nie koniec. Jestem na tak.

(2040)

(Nie umiem wymyślać tytułów, ale ten recenzji filmu Creed myślę, że mi się udał - o ile oczywiście jest zrozumiały :) ). Rzadko się tak zdarza, że siódma część jakiegoś cyklu okazuje się jedną z najlepszych. A już prawie w ogóle tak się nie zdarza, gdy mowa o dobrym kinie kinie. Może tak być, że siódma część jakiegoś wybuchowego hitu jest bardziej wybuchowa, bardziej krwawa, bardziej efektowna - wszystko bardziej. To i wtedy ta siódma część siłą rzeczy będzie najlepsza. Ale co, jeśli wyjąć te wszystkie ozdobniki i zostawić samo kino? Recenzja filmu Creed: Narodziny legendy. Przykładu na to, że…

Czas na ocenę:

Ocena: 10

10

wg Q-skali

Podsumowanie: Nieślubny syn Apollo Creeda - Adonis - rozpoczyna przygodę z zawodowym boksem. Pomóc w tym ma mu sam Rocky Balboa. Na takiego Rocky'ego wszyscy czekali - czapki z głów.

5 odpowiedzi

  1. Chyba tego oczekiwałeś, patrząc po twoich opiniach sprzed seansu. Super :)

  2. Nie lubię boksu, filmy o Rockim pierwszy raz obejrzałam tydzień temu. Ale tez jestem zachwycona Creedem. Też poczułam tę nostalgię za dawnymi czasy, też się wzruszałam, kiedy była scena na cmentarzu albo gdy się okazało, że Rocky jest chory. Naprawdę dobry film. Może nie na 10 (jak dla mnie) ale jak wyszłam z kina byłam w pewnym amoku. Film był tak dobry, że bardzo chętnie wrodziłabym znów to świata Creeda. Szacunek dla reżysera i scenarzysty w jednej osobie. Na początku nie rozumiałam dlaczego z Adonia zrobili nieślubnego syna. Ale okazało się, że wszystko ma swój sens i jest to potrzeby zabieg. Trochę mi przypomina „Wyścig”. Niby film sportowy ale zupełnie co innego się na prawdę w tych filmach liczy – historia, ludzie i ich motywy, strach, szczęście.

  3. Quentin

    O ile dobrze pamiętam do świata Creeda powrócisz już w listopadzie 2017 :).

  4. Chyba oceniłeś na wyrost. Choć Rocky jest ważną częścią mojego nie tylko filmowego życia, to wciąż po obejrzeniu „Creed” zastanawiam się nad sensem powstania tego filmu.

  5. Quentin

    Dycha zawsze jest trochę na wyrost i najczęściej oznacza, że film bardzo mi się podobał, a nie że był arcydziełem (choć zdarzają się przypadki odwrotne). Tak czy siak uważam, ze to świetny film, nawet jeśli nie na Dychę.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.