Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Eddie zwany Orłem [Eddie the Eagle] (2015), reż. Dexter Fletcher
Eddie zwany Orłem [Eddie the Eagle] (2015), reż. Dexter Fletcher

Niedolot, czyli Eddie the Eagle aka Eddie zwany Orłem

Rozrywkowe filmy o skokach narciarskich nie mają szczęścia do bycia sensownymi czy choćby trochę fajnymi. Nie podołali Koreańczycy z ich debilnym Take Off, teraz na tarczy wracają Angole z ich Eddie the Eagle. Ludzie narzekają, że dystrybutor wycofał go z polskich kin przed premierą, ale myślę, że po prostu go obejrzał i to się musiało tak skoczyć… skończyć. Recenzja filmu Eddie the Eagle.

Eddie zwany Orłem [Eddie the Eagle] (2015)
Reżyseria: Dexter Fletcher
Scenariusz: Sean Macaulay, Simon Kelton
Obsada: Taron Egerton, Hugh Jackman, Jo Hartley, Keith Allen, Tim McInnerny, Jim Broadbent, Iris Berben
Muzyka: Matthew Margeson
Zdjęcia: George Richmond
Kraj produkcji: Wielka Brytania/USA

O czym jest film Eddie the Eagle

Mam kilka minut tylko, więc bez przedłużania… Yyyy… Bohaterem filmu Eddie the Eagle jest ikona brytyjskich sportów zimowych Eddie Edwards. Prawdziwa to postać, która na przełomie lat 80. i 90. rozpalała wyobraźnię kibiców sportowych na całym świecie. Czyli przekładając to na język niemetaforyczny – budziła u nich uśmiech, jaki tylko wzbudzić może ktoś, kto najwyraźniej jest freakiem. No bo jak inaczej nazwać skoczka narciarskiego, który skacze bliżej od Roberta Matei? A tak było z Eddie’em Edwardsem. Mądrzy ludzie starają się przekonać, że Eddie uosabiał ideę olimpizmu, według której nie liczy się wynik, ale liczy się występ, ale bądźmy szczerzy, kto z nas pamiętających te czasy (tak, niektórzy kibicowali skokom narciarskim przed Adamem Małyszem) nie traktował Edwardsa jako elementu komediowego? Którym zresztą nie przeszkadzało mu być.

Co dobrego można powiedzieć o Eddie the Eagle to na pewno to, że choć jego tytułowy bohater jest człowiekiem zabawnie nieporadnym i naiwnym, to udaje się nakreślić taki jego portret, który wzbudzi u widza zrozumienie. Filmowemu Edwardsowi można kibicować, z pewnością można go polubić i zaglądając głębiej niż poza śmieszny skok i zejście ze skoczni, na którym jego znajomość się kończyła dla zwykłego zjadacza telewizyjnych transmisji zobaczyć fajnego kolesia, który już nie jest tym cyrkowym freakiem, jakim zdawał się w ogromnych okularach stając na belce startowej. To się filmowi udało, w czym duża zasługa grającego Edwardsa Tarona Egertona.

Ale, ale, miało być o fabule. No więc Eddie Edwards to chłopiec, który marzy o występie na igrzyskach. Zakuty w maszynerię niczym Forrest Gump nie rezygnuje ze swoich marzeń i mimo wielu upadków, a prawie żadnych wzlotów jest zdeterminowany, by osiągnąć sukces. Wbrew całemu światu, który się z niego śmieje i wbrew ojcu, który wolałby, żeby Eddie był tynkarzem. Którym zresztą został. Dzięki determinacji Eddie trafia do kadry narciarzy alpejskich, ale marzenia o igrzyskach niszczy brytyjski komitet olimpijski. I wtedy Eddie poznaje skoki narciarskie. Widzi w nich swoją szansę i ryzykując zdrowie staje na szczycie skoczni. A w spełnieniu marzeń pomoże mu amerykański trener (Hugh Jackman).

Recenzja filmu Eddie the Eagle

Eddie the Eagle zawodzi tam, gdzie interesował mnie najbardziej – w warstwie sportowej, która zdaje się jest dla twórców najmniej ważna. Ważniejsza jest głupawa komedia, której brak lekkości Reagge na lodzie (zresztą opowiada o tych samych igrzyskach, które są celem sportretowanych w nich sportowców). A zawodząc w warstwie sportowej zawodzi też w warstwie biograficznej. I nawet gdyby przeżyć tego całkowicie wymyślonego od podstaw trenera o fizjonomii Hugh Jackmana, to kto normalny uwierzy, że Eddie szukałby nauki u trenera AMERYKAŃSKIEGO? kiedy każdy wie, że Amerykanie skaczą na nartach podobnie do Łukasza Kruczka, gdy jeszcze nie był trenerem. Bzdurny to wątek łącznie z nadtrenerem Christopherem Walkenem i jego książką o skokach. No litości, chyba tylko Amerykanie mogliby potraktować to poważnie, bo to zresztą taki typowy amerykański wątek pijaczka, który kiedyś był wielki, a teraz przez pomoc komuś innemu ma szanse na odkupienie grzechów. Na mnie to zupełnie nie działa.

Błędów i wypaczeń jest więcej łącznie z zawodnikami grzecznie skaczącymi stylem V, choć jeszcze nie został wymyślony. Zastanawia też upór działaczy Brytyjskiego Komitetu Olimpijskiego, którzy zarzucają Eddie’emu, że wystawi ich reprezentację na śmieszność. Tak jakby inni zawodnicy już tego nie robili – rzućcie sobie okiem na brytyjskie dokonania na zimowych igrzyskach olimpijskich (wyjątki potwierdzają regułę! :P) i zobaczycie, że coś tu nie halo.

Edwardsowi zdaje się nie przeszkadzać, że z jego biografii znalazło się w Eddie the Eagle chyba tylko nazwisko, ale mnie przeszkadza, bo choć liczyłem na sympatyczną komedię, to jednak opartą w dużej mierze na faktach. Niestety została udramatyzowana w bardzo toporny sposób i każdego, kto kiedykolwiek oglądał skoki raczej zirytuje niż ubawi. I szybko zmęczy głupkowatą manierą silenia się na zabawny film mimo że ani w nim zabawy, ani rzetelnej informacji. Jak pisałem wyżej – tyle dobrego, że nie zmasakrowali samego Eddie’ego i jeśli dostał jakąś solidną kwotę za pojawianie się na premierach itp., to warto było zrobić ten film, żeby sobie zarobił. Bo jeśli nie możesz ich pokonać, to się do nich dołącz. To zdanie chyba zresztą świetnie pasuje do kariery Eddiego zwanego Orłem.

No, uwinąłem się w piętnaście minut!

(2090)

Rozrywkowe filmy o skokach narciarskich nie mają szczęścia do bycia sensownymi czy choćby trochę fajnymi. Nie podołali Koreańczycy z ich debilnym Take Off, teraz na tarczy wracają Angole z ich Eddie the Eagle. Ludzie narzekają, że dystrybutor wycofał go z polskich kin przed premierą, ale myślę, że po prostu go obejrzał i to się musiało tak skoczyć... skończyć. Recenzja filmu Eddie the Eagle. Eddie zwany Orłem [Eddie the Eagle] (2015) Reżyseria: Dexter Fletcher Scenariusz: Sean Macaulay, Simon Kelton Obsada: Taron Egerton, Hugh Jackman, Jo Hartley, Keith Allen, Tim McInnerny, Jim Broadbent, Iris Berben Muzyka: Matthew Margeson Zdjęcia:…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: (Nie) oparty na faktach film o przygodzie ze sportem najsłynniejszego brytyjskiego skoczka narciarskiego Eddie'ego Edwardsa. Nieudany komediowy biopic pełen błędów rzeczowych.

5 odpowiedzi

  1. Szkoda. No ale film o skokach to mogliby zrobić Skandynawowie, a nie Amerykanie czy Brytyjczycy. Ale proszę się odczepić od Roberta Matei, jakby się kolega wybrał kiedyś do Harrachova, to tam przy skoczni jest tablica z wykazem kolejnych rekordzistów tego obiektu i jest dwóch Polaków i zgadnij który był pierwszym (raptem jednodniowym ale jednak) rekordzistą (a także pierwszym Polakiem który machnął lot na ponad 200m)… 😛

  2. Chyba po łebkach oglądałeś. Przecież to naprawdę kawałek fajnego, pozytywnego filmu, w którym ważna nie okazuje się kasa, sława lecz konsekwencja, słabość, upadek i walka o szacunek. No i nie odebrałem „Eddiego” jako komedii.

  3. Przykro czytać jak piszesz takie okropności. Człowieku za kogo Ty się masz? Spróbuj chodź raz skoczyć, rywalizować coś zrobić a nie pisać jacy to ludzie są śmieszni filmy debilne a Eddie cyrkowym błaznem bo miał okulary. Puknij się w czółko kolego i życzy Ci abyś nie miał problemów z oczami. Co do filmu był fajny ale faktów mniej niż fikcji niestety.

  4. I tak
    „No One Will Remember Your Name”

    https://www.youtube.com/watch?v=nLZX7_dBuI4

  5. Quentin

    @Koper
    Nie zapominajmy też o piątym miejscu na mistrzostwach świata (indywidualnie i drużynowo) ale pomijając te niewątpliwe osiągnięcia, Robert Mateja jako odwołanie czy inna metafora lepiej się sprawdza niż inni nasi skoczkowie a’la Wojtek Skupień :). Chcąc nie chcąc, to jednak Mateja został archetypem.

    @Przemo
    No ale to mógł po prostu wyjść sam oryginalny Eddie i to powiedzieć – na to samo by wyszło bez filmu. Dla mnie nieudanego i z totalnie niewykorzystanym potencjałem. Można było z tego zrobić pozytywny biopic trzymający się faktów, a nie takie nie wiadomo co – pozytywne, choć na siłę – w którym nie mam nawet żadnej pewności, że cokolwiek tam pokazane jest prawdą. Bo tytuł to jednak Eddie zwany Orłem, a nie Padłeś, powstań, nie poddawaj się! Zakładam, że w tym drugim przypadku mógłby mi lepiej podejść, gdyby bohaterem był jakiś John Smith, który „przypadkiem” wygląda jak ten słynny skoczek Eddie Edwards.

    @Bartek
    W którym miejscu napisałem, że Eddie był cyrkowym błaznem, bo miał okulary? I od razu ułatwię odpowiedź: w żadnym. Napisałem, że takie sprawiał wrażenie, gdy się go zobaczyło na skoczni i na obejrzeniu tego skoku kończyła się wiedza na temat samego Eddie’ego. Sam film, zresztą akurat udanie, zagląda pod tę fasadę i pokazuje, żeby nie oceniać książki po okładce. Do lekarza do oczu Cię nie wyślę, Twoim wzorem, ale polecam czytać ze zrozumieniem.

    Swoją drogą chętnie poczytam o Twoich osiągnięciach na skoczniach, bo jak rozumiem z Twojego komentarza – „nie wypowiadaj się, bo nigdy nie skoczyłeś (ano, zesrałbym się prędzej, to prawda), nie rywalizowałeś (skąd wiesz?), nic nie zrobiłeś (kurde, znamy się??) – takowe posiadasz.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.