Cate Blanchett i Rooney Mara w filmie Carol
Carol (2015), reż. Todd Haynes

Carol, czyli To tylko miłość

Ceremonia rozdania Oscarów już za niecały tydzień, za dwa na ekrany polskich kin wejdzie Carol. Być może jako laureat sześciu Oscarów, w tym dla najlepszego filmu roku. Nie wykluczam takiej możliwości, choć w moich oczach zwycięzcą póki co może się czuć jedynie Carter Burwell, autor pięknej ścieżki dźwiękowej. Recenzja filmu Carol.

Carol (2015)
Reżyseria: Todd Haynes
Scenariusz: Phyllis Nagy
Na podstawie powieści: Patricii Highsmith
Obsada: Cate Blanchett, Rooney Mara, Kyle Chandler, Kyle Chandler, Jake Lacy, John Magaro
Muzyka: Carter Burwell
Zdjęcia: Edward Lachman
Kraj produkcji: USA

O czym jest film Carol

Nowy Jork, lata 50. Therese Belivet (nominowana do Oscara Rooney Mara – co się rozbierze na ekranie to dostaje nominację #FunnyFact) pracuje w dużym nowojorskim domu towarowym zorganizowanym na obraz i podobieństwo tego, którego właścicielem był Stanisław Wokulski. Teresa to dziewczyna spokojna i cicha, która nie za bardzo pasuje do tego miejsca, ale wiadomo, jakoś trzeba przeżyć. W wolnych chwilach Tereska czyta książki niczym Joaquin Phoenix w 8 milimetrach i manifestuje swoją odrębność (bądź roztargnienie) poprzez unikanie noszenia przepisowej czapki Świętego Mikołaja. Bo wiecie, zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Z tego też powodu w sklepie Teresy pojawia się Carol Aird (nominowana do Oscara Cate Blanchett; #FunnyFact o niej w osobnym okienku gdzieś tam niżej), elegancka kobieta w sile wieku, której każdy krok i gest krzyczy na odległość: z drogi, idzie arystokratka! Carol szuka prezentu dla swojej córeczki, a Teresa służy jej pomocą. Dwóm kobietom dobrze się rozmawia i widać, że na obu to spotkanie wywiera wrażenie, jak najbardziej pozytywne. Obie są samotne – koło Teresy kręcą się koledzy, Carol ma męża, ale się z nim rozwodzi – i widać, że brakuje im bratniej duszy. Na szczęście – przypadkiem bądź nie (wiadomix, nie ma przypadków) – Carol zostawia w sklepie rękawiczki, a Teresa zwraca je pocztą. W podziękowaniu Carol zaprasza ją na obiad i już wiadomo, że nie skończy się na: nie chcę tego słuchać, ja zapraszałam, ja płacę.

Recenzja filmu Carol

Napisałem wyżej, że nie zdziwiłbym się, gdyby Carol zgarnęła Oscary w każdej z kategorii, w jakiej została nominowana i rzeczywiście tak jest. Ale to nie znaczy, że film Todda Haynesa wywarł na mnie aż tak pozytywne wrażenie. W przypadku Carol nieważny jest jednak mój nastrój w trakcie seansu – no troszeczkę się nudziłem, nie tak bardzo jak na Brooklynie, ale jednak – bo nie zważając na niego potrafię docenić urok tego filmu i niewątpliwą wysoką jakość dzieła filmowego, jakie dzisiaj kręci się wyjątkowo rzadko. To film od początku do końca nakręcony z dużym smakiem i świadomością tego, jak ma wyglądać. I być może się i nudziłem, ale pewnie tak sobie założył reżyser – widzowie tacy jak Q będą się nudzić, ale to nieważne, są jeszcze inni widzowie, dla których głównie przeznaczony jest film Carol. To przede wszystkim widzowie, którzy cenią sobie fakt, że na wszystko potrzeba czasu i mają cierpliwość do tego, by w pełni cieszyć się filmem jakby żywcem wyciętym z innej epoki. Nie tylko w takiej epoce osadzonym.

To nie tak, że nie lubię „takich filmów”, wręcz przeciwnie, w żeńskim towarzystwie zawsze plusuję tym, że lubię romansidła i nie mam problemu z ich oglądaniem („romansidła” jako określenie gatunku, nic drwiącego broń Boże) ;). Filmy o miłości potrafią być dla mnie równie dobre co Żołnierze kosmosu, no i jestem dużym fanem Małych kobietek z Susan Sarandon. Mimo to potrzebuję chyba jednak trochę więcej fabuły, by móc cieszyć się seansem w większym stopniu niż przy okazji Carol. Która jest filmem niespiesznym i nastawionym na coś innego niż fabuła.

Obiecany wyżej #FunnyFact o Cate Blanchett – jeśli rola Carol przyniesie jej Oscara, będzie to już trzeci aktorski Oscar na jej koncie. Tym samym zostanie jej jeszcze kupę czasu na to, by wyrównać rekord czterech aktorskich Oscarów Katharine Hepburn. Hepburn, którą zagrała w Aviatorze i dostała za to Oscara. Zabawne, jak czasem układają się ludzkie losy.

A Carol w 100% nastawiona jest na wspomnianą nieprzypadkowo w tytule tej recenzji – miłość. To film o miłości, ale nie takiej znanej z dzisiejszych filmów co to w piątej minucie para wpada na siebie, w dziesiątej idzie do łózka, w czterdziestej się kłóci, a w siedemdziesiątej się godzi i razem rozwiązuje problem. Uczucie budzące się między bohaterkami filmu rozżarza się powoli i nie ma absolutnie żadnego znaczenia, że to dwie kobiety. Carol to uniwersalna opowieść o miłości, która mogłaby rozbłysnąć w każdej konfiguracji i wyglądać tak samo. Ukradkowe spojrzenia, czas dłużący się do spotkania, muśnięcia dłoni, przygryzane wargi i jakiś taki zupełnie nieważny i pusty czas, gdy nie jest się razem. Reżyser nigdzie się nie spieszy i powoli buduje napięcie między swoimi bohaterkami na początku wcale nie erotyczne, dopiero dojrzewające do czegoś więcej. Jedni w trakcie tej budzącej się fascynacji wynudzą się, drudzy zachwycą klimatem.

A fabuła, co tam fabuła wobec miłości? Jasne, Haynes mógłby uciec w pułapkę obyczajowego skandalu, czy nakreślenia opowieści o trudnym, zakazanym romansie napiętnowanym przez cały świat i wstydliwie ukrywanym. Albo w tę pułapkę podejrzanej zależności między starszą, bogatą, doświadczoną kobietą, a dziewczyną dopiero szukającą pomysłu na siebie. Nauczyciel-uczeń, wykorzystująca-wykorzystywana. Ale nie ucieka. I chyba właśnie w tym tkwi siła Carol, że nie opowiada o miłości sensacyjnej, jakiej w kinie było i będzie dużo. Ale o miłości po prostu. Od pierwszych ciepłych myśli, przez pierwsze niewinne gesty aż po refleksję, że nie może się bez tej drugiej osoby żyć.

A (kurde, trzeci akapit zaczynam od „a”) gdzieś między tym wszystkim bezsilnie zakochany trener Taylor z Friday Night Lights (Kyle Chandler) i wspomniana na początku świetna muzyka Cartera Burwella. Oscara dla tego pana poproszę!

(2064)

Ceremonia rozdania Oscarów już za niecały tydzień, za dwa na ekrany polskich kin wejdzie Carol. Być może jako laureat sześciu Oscarów, w tym dla najlepszego filmu roku. Nie wykluczam takiej możliwości, choć w moich oczach zwycięzcą póki co może się czuć jedynie Carter Burwell, autor pięknej ścieżki dźwiękowej. Recenzja filmu Carol. O czym jest film Carol Nowy Jork, lata 50. Therese Belivet…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Historia romansu pracownicy sklepu towarowego i zamężnej kobiety z ciut wyższych sfer. Proszę nie sugerować się moją Siódemką, bo to jeden z ładniejszych filmów o miłości w ostatnich latach.

5 odpowiedzi

  1. chwilę mi zajęło zanim skumałem funnyFact. Czasem różnica między „która, a którą” jest znacząca.

  2. Quentin

    Dzięki :). Już jest ok.

  3. Oscara za najlepszy film akurat można wykluczyć z całą pewności, bo nawet nie ma nominacji 😉

  4. Quentin

    Czepiasz się! 😛 Jak sprawdzałem to był nominowany, musieli po cichu coś zmienić! 😉

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.