Jennifer Lawrence z shotgunem, recenzja filmu Joy
Joy (2015), reż. David O. Russell

Recenzja filmu Joy, czyli joyu jak na lekarstwo

Zdębiałem. Czytam właśnie zajawkę Joy na fejsbuczku Kinoteki, a tam info o dwóch nominacjach dla filmu do Złotego Globu (nie śledzę aż tak nominacji): Najlepsza komedia lub musical oraz Najlepsza aktorka w komedii lub musicalu – Jennifer Lawrence. Dobra, wiem, że zeszły rok aż tak nas nie rozpieszczał, jeśli idzie o kino, ale bądźmy poważni, przecież to słaby film. A to, że w jakimś filmie gra Jennifer Lawrence nie oznacza od razu, że jest w nim wybitna! Recenzja filmu Joy.

Joy (2015)
Reżyseria: David O. Russell
Scenariusz: David O. Russell
Na podstawie scenariusza: Annie Mumolo
Występują: Jennifer Lawrence, Robert De Niro, Bradley Cooper, Édgar Ramírez, Diane Ladd, Virginia Madsen, Isabella Rossellini
Zdjęcia: Linus Sandgren
Muzyka: David Campbell, West Dylan Thordson
Kraj produkcji: USA

Przeciętne kino Davida O. Russella

Chciałbym wierzyć w to, że kluczem do mojej opinii o Joy jest nazwisko jego reżysera Davida O. Russella, ale prawdę powiedziawszy – nie sądzę. Owszem, nie lubię jego filmów i to niechęć chyba najwyraźniejsza jeśli chodzi o tzw. reżyserów z wyższej półki, ale nie sądzę, aby Joy podobał mi się bardziej, gdyby niczego w nim nie zmieniać poza nazwiskiem reżysera. Słaby film to słaby film, sprawa jest prosta. Wiadomo, każdy reżyser ma swój styl, który ma główny wpływ na efekt końcowy i można tego stylu nie lubić, ale jak się nudzisz to się nudzisz. I tyle. A na Joy się nudzisz.

No dobrze, może i trochę mojej winy w tej opinii jest 😛 W końcu Russell jako reżyser ma duże powodzenie u innych widzów – ilość wyklucza przypadek – i w zasadzie każdy jego film traktowany jest jak wydarzenie. Czemu? Nie wiem. Za świetny w jego filmografii mogę uznać jedynie Fighter, a reszta to co najwyżej dzieła przeciętne. Podobnie ma się sprawa z filmami, w których występuje dwójka Jennifer Lawrence/Bradley Cooper (nic dziwnego, 75% z nich to filmy Russella…). Sytuacja za każdym razem jest taka sama: o, nowy film z Lawrence i Cooperem, będzie hit! cieszą się widzowie (wychwalając przy okazji pod niebiosa Lawrence, której w wydaniu po Winter’s Bone również nie lubię). I mam wrażenie, że zasiadają do oglądania z gotową opinią. Zresztą tak samo jak ja, tyle, że ja sobie myślę: eee, na pewno będzie kolejna kicha. I przeważnie jest.

Jennifer Lawrence pociesza dziewczynkę.

– Nie martw się, ten pan od recenzji wcale tak nie myśli! – recenzja filmu Joy.

O czym jest film Joy

Film Joy jest o Joy. W normalnych okolicznościach byłby on filmowym biopikiem o niejakiej Joy Mangano (bardzo skromna osoba, polecam TO wideo – aż żal, że filmowa Joy nie ma w sobie zupełnie nic z tej pani), samotnej matce, która wynalazła mopa. No tak, mopa. Ale nie takiego mopa mopa pramopa tylko konkretną odmianę, która w końcu pozwoliła na bardziej swobodne operowanie mopem, samowyżymanie go i przede wszystkim pranie specjalnej głowicy takiego mopa w pralce, co w praktyce oznaczało, że wystarczy kupić jeden mop i mieć go na całe życie. W przeciwieństwie do innych mopów dostępnych na rynku. Fascynujące, co? No ale okoliczności nie są normalne, bo za film o Joy wziął się David O. Russell. Poprawił scenariusz po swojemu, aby – zgodnie z zapowiedzią na początku filmu – oddać hołd wszystkim kobietom walczącym o swoje, którymi to kobietami się zainspirował. Wynikało z tego, że będzie to film o wielu kobietach, nie tylko o Joy, ale tak nie jest. To nadal film tylko o Joy, ale już nie o Mangano (jej nazwisko bodaj ani razu nie pada w filmie). Fakty zostały tu podkręcone do wizji reżysera i niekoniecznie, a nawet na pewno nie, w rzeczywistości było tak samo.

No dobra, a więc mamy tę Joy mieszkającą w rodzinnym domu i użerającą się z rodzinką z piekła rodem – matką wsysającą opery mydlane jak Chińczyk makaron (odkurzona z niepamięci Virginia Madsen), ojcem, który zostawił rodzinę, a teraz wrócił, bo kochanka wykopała go od siebie (Robert De Niro) oraz byłym mężem, kubańskim niespełnionym bogiem muzyki rozrywkowej mieszkającym w piwnicy (koleżka, który zastąpił Patricka Swayze w Na fali). A także użerającą się z życiem w ogóle, które co trochę podkłada jej kłody pod nogi. Aż do czasu, gdy Joy wpada na swój rewolucyjny pomysł. Wtedy… Nie, wtedy życie dalej podkłada jej kłody.

Recenzja filmu Joy

Przede wszystkim to nie mam pojęcia co autor miał na myśli kręcąc Joy. To właściwie dwa zupełnie różne filmy, co potwierdzałoby zresztą ww. historię scenariusza Joy (napisany jako rzetelny biopic wpada w ręce Russella, który przepisuje go po swojemu). Połowa tego filmu to zwyczajny biopic, w którym główna bohaterka pokonuje przeszkody w drodze do znanego z góry celu. Natomiast druga połowa (a chronologicznie pierwsza) to cholera wie co do końca. Kino z ambicjami artystycznymi, w którym Russell próbuje być drugim Wesem Andersonem i z uważanych za najgorsze co telewizja ma do zaoferowania – mydlanych oper i telezakupów – stara się stworzyć sztukę. Udaje mu się to zresztą na chwilę w najlepszej scenie filmu, w której Cooper oprowadza Lawrence po kulisach telezakupów i opowiada co piszczy w trawie czegoś, co na ekranie telewizyjnym wydaje się być paździerzem. To rzeczywiście bardzo dobra scena i trochę żal, że cały film taki nie jest. Niestety, oprócz niej albo jest do bólu zwyczajny (choć ma fajną muzykę przynajmniej), albo przekombinowany, jak w całym tym banalnym przełożeniu serialu przypominającego Modę na sukces na codzienne życie bohaterów i dokonaniu wielce niespodziewanego odkrycia, że życie, życie jest nowelą. Nasz Klan odkrywa to codziennie, panie Russell.

Aktorska nominacja dla Jennifer Lawrence, o której to nominacji pisałem na początku to lekkie nieporozumienie (albo inaczej – zamiast szukać kogoś, kto dobrze zagrał, to wzięli z automatu Lawrence, bo ona zwykle dobrze gra). Tylko lekkie, bo nikt nie zaprzeczy, ze Lawrence jest dobrą aktorką. Dźwiga tu co prawda na swoich barkach ciężar całego filmu, ale czego by nie spróbowała – swoją fizycznością totalnie nie pasuje do kreowanej bohaterki. Jest zbyt ładna mówiąc wprost (oryginalnej Joy nic nie brakuje, ale efekt braku wymęczenia życiem u Lawrence wszystko zmienia). I jeszcze podkreśla swoją urodę strojem i makijażem – gdzie jej do zmęczonej życiem rozwódki, matki iluś tam dzieci? Być może to jakiś zabieg artystyczny typu Anna Mucha (patrzcie, można być sexy nawet obrzyganą przez dzieciaka kaszką, a gdy młody śpi nie ma co siedzieć w kapciach tylko trzeba się malować!), ale nawet jeśli, to ja go nie kupuję. Reszta obsady pozostaje w tle mniejszym lub większym – też są dobrymi aktorami, więc nic dziwnego, że grają dobrze. Choć nie bardzo mają co.

Robert De Niro, Jennifer Lawrence i Edgar Ramirez - recenzja filmu Joy

Panowie w cieniu Jennifer Lawrence – recenzja filmu Joy.

No i tak to wygląda, że jeśli ktoś lubi biopiki to Joy mu nie podejdzie, bo nie jest to typowy biopic. Jeśli ktoś lubi się pośmiać, to się nie pośmieje, bo humoru tu niewiele. Jeśli ktoś lubi przeżywać wraz z bohaterami filmu ludzkie dramaty, tu ich nie przeżyje, bo również dużo ich nie ma. A nawet jak się pojawiają to sobie myślisz: taka ładna ta Jennifer Lawrence, na pewno nic przykrego jej w życiu nie spotka.

(2037)

Zdębiałem. Czytam właśnie zajawkę Joy na fejsbuczku Kinoteki, a tam info o dwóch nominacjach dla filmu do Złotego Globu (nie śledzę aż tak nominacji): Najlepsza komedia lub musical oraz Najlepsza aktorka w komedii lub musicalu - Jennifer Lawrence. Dobra, wiem, że zeszły rok aż tak nas nie rozpieszczał, jeśli idzie o kino, ale bądźmy poważni, przecież to słaby film. A to, że w jakimś filmie gra Jennifer Lawrence nie oznacza od razu, że jest w nim wybitna! Recenzja filmu Joy. Joy (2015) Reżyseria: David O. Russell Scenariusz: David O. Russell Na podstawie scenariusza: Annie Mumolo Występują: Jennifer Lawrence,…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: Samotnie wychowująca dzieci rozwódka dokonuje odkrycia, które może zmienić jej życie. Komediodramat bez komedii i bez dramatu.

7 odpowiedzi

  1. Jak zdębiałeś przy nominacjach, to co powiesz po ogłoszeniu wyników? 😀

  2. Quentin

    Nie ma powodów traktować ich poważnie – „Marsjanin” dostał nagrodę dla musicalu.

  3. To już wiem, czemu mnie nie przekonał do końca. Ja myślałem, że to dramat science-fiction był, a to komedia/musical była. 😀

  4. Zgadzam się co do ogólnej oceny GG, aczkolwiek często jest to dla mnie pomoc w szukaniu dokumentów i mini serii.

    Koper – no ja momentami płakałem ze śmiechu 😀

  5. Bardzo dobra recenzja,, bardzo słaby film.
    Nudny, sztuczny, bez większego sensu.
    Aktorsko- poza Isabellą Rossellini mało kto zachwycił.
    Kilka dobrych scen, wiele zapchajdziur.
    Ogólnie szkoda czasu, wczoraj byłem na „Big short” i „Dziewczynie z portretu”, oba filmy lepsze.
    Nawet ten „Creed” ze Stallonem ciekawszy.

  6. Moim zdaniem ta recenzja jest słaba i nie ma żadnego sensu… no, ale każdy może mieć swoje zdanie, może to po prostu nie wasz gust. Film jest świetny, byłam na nim wczoraj; ja i moje przyjaciółki wyszłyśmy z kina zachwycone, tym jak genialnie został zrobiony i tym jak Jen perfekcyjnie zagrała kolejną z postaci. Uważam, że Jennifer Lawrence jest świetną aktorką, a to kolejna z ról, w których nie zawiodła, trzymam kciuki, żeby dostała Oscara, bo zasłużyła. I jeszcze jedno co do filmu, pisałam dziś o nim na polskim – mieliśmy pisać o filmie, który według nas był najlepszy w tym roku…

  7. Quentin

    No to życzę piątki! :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.