recenzja filmu The Green Inferno
The Green Inferno (2013), reż. Eli Roth

Recenzja The Green Inferno, czyli W dżungli wszyscy usłyszą twoją biegunkę

Minęły dwa lata odkąd Eli Roth wybrał się ze swoim chilijskim padawanem Guillermo Amoedo do peruwiańskiej dżungli, by nakręcić film o kanibalach. Od tego czasu film  ów miał ciągłe problemy ze znalezieniem dystrybutora. W końcu się udało, ale seans The Green Inferno jasno odpowiada na pytanie: czemu nikt nie chciał zająć się dystrybucją tego filmu? Przed Wami recenzja filmu The Green Inferno.

Filmy o kanibalach – nie mrugnij, bo przegapisz

Jak to w przypadku znakomitej większości pokręconych gatunków filmowych – wszystko zaczęło się we Włoszech. Było to lata przed tym, gdy włoska kinematografia upadła z takim hukiem, że dopiero niedawno zaczęła się odradzać. W czasach gdy co drugi kultowy film na VHS-ie nakręcony został przez Włochów z amerykańskimi pseudonimami. Kręciło się tego na kopy, a gdy jakiś gatunek zażarł, to kręciło się go na kopy kop. Filmowcy, siłą rzeczy szukali, wszystkiego, co by pomogło im się wyróżnić i dało zarobić na czymś nowym i jeszcze na dużym ekranie nieoglądanym. I tak po skończeniu wszystkich normalnych tematów (morderstwa, gwałty, seryjne morderstwa, zbiorowe gwałty – takie tam) ktoś wpadł na pomysł zrobienia filmu o kanibalach. Wkrótce wszyscy robili filmy o kanibalach.

czaszka nabita na kij

– Kelner! Proszę zapakować mi te resztki na wynos – recenzja filmu The Green Inferno.

Długo to nie trwało, bo trwać nie mogło. Fabuła przeciętnego filmu o kanibalach, wróć, fabuła każdego filmu o kanibalach wyglądała tak: grupa białasów trafia do amazońskiej dżungli, gdzie natrafia na plemię Indian. Po pierwszej wymianie uprzejmości białasy zostają zjedzeni, a w międzyczasie ginie na ekranie kilka żywych zwierząt. No więcej niż dziesięciu filmów o tym samym nakręcić nie można, choć nie można też odmówić niektórym należnego im miejsca w historii kina. A właściwie to tylko temu jednemu odmówić nie można – Cannibal Holocaust, który wyprzedził swoją epokę o dobrych kilkanaście lat. I to właśnie Cannibal Holocaust spina klamrą wtedy i teraz. Leśna legenda mówi, że Eli Roth chcąc namówić peruwiańskich Indian do udziału w swoim filmie pokazał im właśnie film Ruggera Deodata. Tak im się spodobał, że pewno nawet paciorków nie wzięli za udział w The Green Inferno.

Każda potwora znajdzie swojego amatora

„Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów” zwykł mawiać Stanisław Lem i powiedzenie to trochę pasuje i do tej sytuacji, w której okazuje się, że nie dość, że filmy o kanibalach wciąż mają swoich pięciu na krzyż fanów, to jeszcze są wśród nich tacy gotowi wziąć kamerę i po latach powrócić do zapomnianego i wyświechtanego tematu. Tak przystąpienie do realizacji The Green Inferno argumentował Eli Roth, który ze swoimi nowymi kolegami z Chile postanowił wziąć się za homage dla kanibalistycznego kina.

Eli Roth instruuje Lorenzę Izzo na planie filmu The Green Inferno

– Skocz tam i poproś o gotowaną nogę – recenzja filmu The Green Inferno

I trzeba przyznać, że ta odważna deklaracja znalazła fana i we mnie, bo nie dość, że The Green Inferno trafił na moją listę Do Obejrzenia, to jeszcze byłem bardzo ciekaw, jak ten jeden z najbardziej obleśnych gatunków w historii kina wypadnie w XXI wieku przy właściwie nieograniczonych możliwościach w tworzeniu ekranowej makabry.

O czym jest The Green Inferno

Grupa białasów trafia do amazońskiej dżungli, gdzie natrafia na plemię Indian. Po pierwszej wymianie uprzejmości białasy zostają zjedzeni…;).

A będąc bardziej szczegółowym: grupa Amerykanów z latynoskim akcentem wyrusza z położonego w Stanach Zjednoczonych wyglądających jak Chile uniwersytetu, aby w amazońskiej dżungli powstrzymać protestami i przypinaniem się łańcuchami do drzew bezlitosną korporację wycinającą ww. dżunglę. Kolejna wycinka grozi całkowitym wyginięciem mieszkającego w pobliżu plemienia Indian. Po zakończonej akcji samolot naszej wycieczki się psuje i spada wprost do lasu z dala od sygnału komórkowego, cywilizacji i McDonalda. Ci, którzy przeżyli, zostają pojmani przez Indian, których przybyli tu ratować. A stąd już tylko o krok od tytułowego inferna.

Recenzja The Green Inferno

Cóż dobrego można powiedzieć o pierwszych 40 minutach? Nic. To absolutnie okropnie słaby film, którego można by się spodziewać biorąc pod uwagę jakość ostatnich produkcji duetu Roth&Amoedo (Aftershock, The Stranger, Knock Knock – ten ostatni był w porządku, co nie zmienia faktu, że pod względem jakości filmowej też był słabiutki). Słabo zagrany przez słabych aktorów, nudny, naiwny, wypełniony słabymi dialogami – no filmowy koszmar. Teoretycznie niezbędna podbudówka przed przejściem do sedna (ta okropna pierwsza połowa filmu zanim zaczną się zabijać), ale konia z rzędem temu, kto nie wyłączyłby The Green Inferno nie wiedząc z góry co będzie dalej i będąc tego ciekawym.

Zakrwawiona Lorenza Izzo wrzeszczy wyrywając się z łap kanibali

– Ja nie chcę drugi raz oglądać tego szitu! – recenzja filmu The Green Inferno

A jeśli ktoś wiedział, co ma być dalej, to temu pewnie podczas oglądania nasunęło się od razu pytanie: po co marnować taśmę filmową? Nie lepiej zacząć od katastrofy samolotu i sru bohaterów do garnka? No teoretycznie lepiej, tyle że druga połowa The Green Inferno jasno pokazuje, że na taką ewentualność twórcy filmu też nie byli przygotowani i film skończyłby się po jakiejś pół godzinie ze względu na brak u nich jaj do pokazania przemocy.

Jak krwawe jest The Green Inferno?

Tak, tak, to co miało być największą zaletą The Green Inferno jest jego największym zawodem. Przykra wiadomość dla wszelkiej maści zwyrodnialców, którzy ostrzyli sobie pazury na kanibalistyczne uczty i inne okropieństwa, od których nie da się nie odwrócić z obrzydzeniem oczu – The Green Inferno jest filmem umiarkowanie krwawym, a odliczając jedną naprawdę mocną (nie ekstremalnie mocną, ale mocną) scenę jest filmem mało krwawym. Smutna odpowiedź na ww. pytanie o możliwości współczesnego kina w kreowaniu makabry jest taka, że właściwie dalej nie wiadomo, gdzie są granice. Roth i spółka nie poszli na całość i w pewnym momencie powiedzieli stop, wycofujemy się przed dotarciem na szczyt. Zostawiając widza z naprawdę marnym filmem pełnym debilnego humoru, który psuje całkowicie jakikolwiek klimat zagrożenia, napięcia i śmiertelnego niebezpieczeństwa

Czy w The Green Inferno da się znaleźć jakieś plusy?

Da się! Zielona dżungla wygląda naprawdę ładnie i zielono, a w połączeniu z wymalowanymi na czerwono Indianami tworzy naprawdę malowniczy obraz, na którym z przyjemnością można zawiesić oko. Głównie dzięki temu jakieś dziesięć minut filmu począwszy od pojmania bohaterów aż po pierwszą ucztę jest naprawdę fajnym kawałkiem kina, które budzi grozę, obrzydzenie i autentyczną ciekawość tego, co będzie dalej i w jakich męczarniach zginą kolejni bohaterowie. A potem jest wspomniana w tytule scena z biegunką i wszystko co było do tej chwili dobre, dosłownie zostało przesrane.

Zdecydowanym plusem jest też to, że Roth nie poszedł za daleko z tym homage’em i od zwierzaków trzymał się z daleka nie szlachtując żadnego na ekranie. A właściwie ograniczając je do komputerowej pantery, czy co to tam za kocisko siedziało na kamieniu.

(1993)

Minęły dwa lata odkąd Eli Roth wybrał się ze swoim chilijskim padawanem Guillermo Amoedo do peruwiańskiej dżungli, by nakręcić film o kanibalach. Od tego czasu film  ów miał ciągłe problemy ze znalezieniem dystrybutora. W końcu się udało, ale seans The Green Inferno jasno odpowiada na pytanie: czemu nikt nie chciał zająć się dystrybucją tego filmu? Przed Wami recenzja filmu The Green Inferno. Filmy o kanibalach - nie mrugnij, bo przegapisz Jak to w przypadku znakomitej większości pokręconych gatunków filmowych - wszystko zaczęło się we Włoszech. Było to lata przed tym, gdy włoska kinematografia upadła z takim hukiem, że dopiero niedawno…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: Grupa młodych aktywistów wpada w amazońskiej dżungli w łapy kanibali. Piątka właściwie za tę jedną scenę w połowie filmu. Będziecie wiedzieć, którą.

6 odpowiedzi

  1. Jak czyimś najlepszym filmem jest „Cabin Fever” (chociaż gdyby nie ograniczać się do pełnych metraży to chyba ten fake-film „Duma narodu” z „Bękartów…”) to sorry, ale nie mówimy o wybitnym twórcy kina, ale jakimś przereklamowanym reżyserzynie i raczej na cuda z jego strony nie ma co liczyć. Chyba pozostanę przy „Cannibal Holocaust” bo nie wiem czy mi starczy piwa w lodówce by sięgać po „Green Inferno”. 😉

  2. Quentin

    Jako naczelny hejter Eliego Rotha pozostaje mi się jedynie zgodzić :).

  3. A nie jest czasem tak, że to może wcale nie reżyserzy zrobili niekrwawy film, tylko producent albo dystrybutor kazał powycinać co krwawsze kawałki, żeby w ogóle film do kin wszedł?
    Nie tam, żebym w ogóle miał ochotę to włączać, ale na pewno chętnie przeczytałbym wywiad z reżyserem, w którym odpowiedziałby na pytanie na ile to co na ekranie jest jego wizją, a na ile była to cenzura.

  4. Quentin

    Wykluczyć nie można, ale gdyby tak było, to by ta jedna scena, o której piszę też się w filmie nie znalazła. Film jest bardzo krwawy (jak na film kinowy, bez żadnych wątpliwości tylko dla dorosłych), ale jak na film o kanibalach to już nie.

    A tę jedną scenę, sądząc po reakcjach na IMDb, w niektórych krajach wycinają.

  5. Dowiemy się pewnie za 5 lat, jak przy okazji zupełnie innego filmu, ktoś odważny do niego wróci i jeszcze pójdzie to w internet. Bo mogło też być tak, że wszystko mu ocenzurowali, to postawił się, że chociaż tę jedną scenę chce mieć.
    Plus jest taki, że jeśli mam rację, to pewnie niedługo wyskoczy wersja „Unrated” i będzie można się przekonać.
    Albo jest tak jak mówisz, że winnymi badziewia są sami reżyserzy i nie ma co szukać dla nich usprawiedliwienia.

    W ogóle zastanawiałem się po cholerę udziwniać ten scenariusz? Dlaczego samolot musiał spaść, nie mogli polecieć i wylądować bez przygód, znaleźć w dżungli to plemię, a ono okazałoby się nie do końca takie, jakie sobie białasy wyobraziły? Bez katastrofy lotniczej się nie dało, naprawdę?

  6. No153@tlen.pl

    Wg IMDb:
    „Eli Roth said during an AMA that the film released to theaters is the original film he created. The MPAA did not request any scenes be cut in order to obtain an R-rating.”
    Jeżeli to prawda, to Eli Roth dał dupy nie wykorzystując takiej okazji do przekroczenia barier.

    Jedna scena o której piszesz, to stanowczo za mało, jak na taki film i oczekiwania z nim związane.

    Mi dla odmiany początkowa połowa filmu podobała się, bo w trakcie oglądalnia czułem że to będzie preludium do rzezi, a okazało się przyfługim wstępem do biegunki.

    Bardzo się zawiodłem, ale masz rację – tak samo było z Aftershock – pomysł fajny, klimat interesujący, ale rozwiązania fabularne kompletnie nie trafione i potencjał zmarnowany. Szkoda.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.