recenzja filmu Kung Fu Killer
Donnie Yen i kijek do selfie.

Siedem. Stylów walki – recenzja filmu Kung Fu Killer

Trzeba przyznać, że ktoś w Hongkongu miał przebłysk geniuszu i w ten sposób, bo innego nie ma, wpadł na genialnie prosty pomysł połączenia serial killer thrillera z filmem kung fu. Brawa, jestem pod wrażeniem.

O czym jest film Kung Fu Killer

Policja z Hongkongu zostaje wezwana na miejsce wypadku. Tam znajduje ciało mężczyzny, którego okoliczności śmierci są co najmniej podejrzane. Wiadomość o wypadku trafia do telewizyjnego programu informacyjnego, dzięki czemu dociera do osadzonego w więzieniu mistrza kung fu (największy aktualnie gwiazdor kina kopanego z HK Donnie Yen, a przynajmniej z tych ciut młodszych) Hahou Mo. Mistrz od razu przeczuwa pismo nosem i wojowniczej pani policjant zdradza, że to początek serii. A ofiarą seryjnego mordercy będą mistrzowie określonych stylów walki. W zamian za ułaskawienie Hahou Mo oferuje swoją pomoc.

Pomysł to nie wszystko

Jakkolwiek doceniam pomysł i naprawdę uważam, że jest świetny, to zupełnie nie przekonuje mnie jego wykonanie. Takie całkowicie a’la akcyjniak z HK. Mają one swój specyficzny styl i klimat, który do mnie nie przemawia. Oglądając je ma się wrażenie, że uczestniczy się w życiu jakiegoś sztucznego świata, który w pozaekranowej rzeczywistości tak nie wygląda. Mimo możliwości technicznych twórcy z Hongkongu często wplatają w swoje filmy jakieś zupełnie telewizyjne wstawki ze sztucznym grinboksem widocznym z kilometra i wystylizowane postaci z rodem azjatyckiego komiksu. Pani komisarz musi jeździć cool motocyklem, a mistrz kung fu musi ubierać cool ciuszki, jakby w poczekalni przy wyjściu z paki był sklepik Gucciego. A w thrillerze o seryjnym mordercy chciałoby się jakiegoś mroku, większego realizmu i zwyczajnych postaci.

Ale nie wiem, może oni w tej Azji wszyscy tacy plastikowi są. Nawet jeśli – mnie to nie przekonuje. A przecież dałoby się coś z tym zrobić. Nie ma drugiego równie pokręconego kina jak japońskie. A jednak w takim Like Father Like Son nie czujesz, że oglądasz film o kosmitach, a o normalnych ludziach takich jak ty.

No i te cholerne i wszędobylskie sznurki, które zawsze psują całą zabawę. Jeszcze dobrze sobie po mordzie nie dadzą, a już któryś z bohaterów nienaturalnie upada albo odbija się w locie nie wiadomo od czego. Zupełnie nie rozumiem po co to. Nie dodaje walce uroku nic a nic. Wręcz przeciwnie. Widząc je (a właściwie to nie widząc, ale wiadomo o co chodzi) od razu jestem nastawiony anty.

recenzja Kung Fu Killer

– Kamera! Akcja! I uważajcie z tymi mieczami na sznurki!

Kung Fu Killer – opinia

Sumując to wszystko zostaje oryginalny, ale wciąż przeciętny film, którego fabuła nie jest na tyle wciągająca jak mogłaby być. Szybko wiadomo kto stoi za całym zamieszaniem i w sumie z dużej chmury zostaje kolejny przykład azjatyckiego kina kopanego, który nie wyróżnia się na tle innych podobnych produkcji. Mimo zagrywek rodem z thrillera i rozwiązań takiego kina.

Doceniam rozmach inscenizacyjny w trakcie walki na wielkim szkielecie, podobała mi się sekwencja walki z mistrzem miecza (pomijam debilny wstęp do niej), ale więcej mnie tu irytowało – na czele z finałową walką na ruchliwej autostradzie. To najbardziej sztuczna scena akcji, jaką ostatnio widziałem, która bardziej pasowałaby do kina z Tollywood. I te wkurwiające klaksony co chwila, aż musiałem przyciszyć.

(1954)

PS. Bardzo fajne napisy końcowe. Niby nic szczególnego, ale głównie dzięki muzyce wróciłem na chwilę do czasów Klasztoru Shaolin w kinach i zamarzyło mi się obejrzenie takiego filmu w chińskim wydaniu. Kung Fu Killer nim nie był.

Trzeba przyznać, że ktoś w Hongkongu miał przebłysk geniuszu i w ten sposób, bo innego nie ma, wpadł na genialnie prosty pomysł połączenia serial killer thrillera z filmem kung fu. Brawa, jestem pod wrażeniem. O czym jest film Kung Fu Killer Policja z Hongkongu zostaje wezwana na miejsce wypadku. Tam znajduje ciało mężczyzny, którego okoliczności śmierci są co najmniej podejrzane. Wiadomość o wypadku trafia do telewizyjnego programu informacyjnego, dzięki czemu dociera do osadzonego w więzieniu mistrza kung fu (największy aktualnie gwiazdor kina kopanego z HK Donnie Yen, a przynajmniej z tych ciut młodszych) Hahou Mo. Mistrz od razu przeczuwa pismo…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Mistrz sztuk walki kontra seryjny zabójca z planem. Wystrzałowe połączenie, przeciętne wykonanie.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.