recenzja drugiego sezonu Detektywa
Gdzie kucharek sześć...

Detektyw, sezon 2, czyli… Jason Connery

Ale wymyśliłem, co? Prawda jest taka, że mam chwilkę na nastukanie czegokolwiek, co można by wrzucić na bloga i zapobiec niedzielnej dziurze w kalendarzu. Za chwilę wyjeżdżam (no, akurat w tej chwili, gdy to czytacie to wracam – magia planowania wpisów) i chciałbym sobie zapewnić spokojny weekend bez konieczności zaglądania na Q-Bloga i wkurzania się na ww. dziurę. A że nie mam niczego takiego, o czym chciałoby mi się napisać, więc muszę kombinować. I wykombinowałem, że napiszę o Detektywie. Bo z lekkim opóźnieniem, ale skończyłem drugi sezon.

Problem tylko taki, że nie mam o nim zbyt wiele do napisania, czego ktoś nie napisałby już przede mną. No ale…

…z kronikarskiego obowiązku

Opinia o drugim sezonie Detektywa jest raczej jasna. Pewnie, jest parę takich osób, którzy chyba sami siebie próbują przekonać, że s2 podobał im się bardziej albo choć tak samo jak s1. Ale oprócz nich opinia wygląda następująco: „To nie jest tak dobry serial jak w pierwszym sezonie„. Drugim powszechnie powtarzanym zdaniem o s2 jest zaś „Krzywdzące są dla niego porównania do pierwszego sezonu, bo to zupełnie inny serial niż wtedy i trzeba go traktować w oderwaniu od hitu z Harrelsonem i McConaugheyem„. Tylko, że tak się nie da. Chcąc nie chcąc jest to część jakiejś całości, być może w przyszłości całej policyjnej antologii, więc nie sposób zapomnieć, że był taki serial o Królu w Żółci i on był lepszy.

Smuteczek i przykrość

I może nawet współczuję s2 tego ciężaru, jakim był dla niego s1. To jak ze wspomnianym w tytule Jasonem Connerym, który całkiem niebrzydki był, coś tam potrafił zagrać i nawet ze dwie fajne role mu się trafiły (Robin Hood i nie wiem, jaka druga; tak, wiem, Michael Praed był lepszy). Tyle tylko, że ma ojca Seana Connery’ego i nic z tym nie jest w stanie zrobić. Czasem, bardzo rzadko, udaje się przeskoczyć ponad wysoko postawioną poprzeczką (Michael Douglas), ale przeważnie znany na całym świecie rodzic jest przeszkodą, nawet jeśli chodzisz po telewizjach śniadaniowych i opowiadasz, że na castingu podawałeś zawsze fałszywe nazwisko. Ta sama sytuacja spotkała s2 i pozostaje jedynie pytanie:

Czy Detektyw sezon 2 zrobił coś, żeby być lepszym od sezonu pierwszego?

A odpowiedź brzmi: Nie. Trudno powiedzieć dlaczego, być może z tego powodu, że i tak było wiadomo, że każdy go obejrzy. A jak mu się nie spodoba, to i tak będzie oglądał dalej z myślą, że sezon na pewno się rozkręci. To po co się wysilać? Zasialiśmy (s1), zbierajmy plony (s2). Inna sprawa, że sukces pierwszego sezonu Detektywa oznaczał też sukces jego autora Nica Pizzolatta. A to z kolei oznaczało mniej czasu. Zaproszenia, wywiady, brylowanie w towarzystwie i spijanie śmietanki z zewsząd płynących pochwał. Czyżby zabrakło już czasu na porządne pomyślenie nad tym, co chce się pokazać w drugim sezonie swojego serialu? I dopracowanie tego, co się wymyśliło? Niewykluczone.

Detektyw s2 nie jest zresztą taki zły, jest zupełnie w porządku. Tyle tylko, że nie wyróżnia się niczym na tle innych produkcji. Może realizacją. I trochę obsadą, choć ta jest nierówna – świetni Vaughn i Farrell po jednej stronie, nijacy Kitsch i McAdams po drugiej. I ta boleśnie niewykorzystana Kelly Reilly, wobec której miałem po pilocie nadzieje, że okaże się co najmniej Lady Makbet. Nie okazała się. Stała z jedną miną przez cały sezon. No czasem leżała.

Nie lubię bostońskiego kina policyjnego

Mnie osobiście nie podeszła też tematyka s2. To bostońskie kino policyjne o sprzedajnych gliniarzach, problemach w ratuszu i korupcji. Rzadko kiedy podobają mi się tego typu historie i tutaj podobnie. Co mnie obchodzi korupcja w jakimś wyimaginowanym mieście (bo ono wymyślone było, nie?) i „odkrycie”, że bogaci mogą wszystko? No cóż, niewiele. Dlatego w połowie sezonu na dobre pogubiłem się w tym co, kto i z kim i nawet nie chciało mi się tego ogarniać. Byle obejrzeć do końca i zobaczyć, co też wydarzy się naszym bohaterom.

Nie można powiedzieć, że w drugim sezonie Detektywa niewiele się działo. Działo się sporo, było dużo akcji, strzelanin i tego typu policyjnego szajsu. Dlatego jakoś specjalnie się nie nudziłem. Przy okazji nie narzekając na miałkie dialogi, bo nie oczekiwałem po nich cudów (nie jestem fanem filozoficznych gadek McConaughaya). Nie zmienia to jednak faktu, że o s2 Detektywa zapomina się od razu po zakończeniu finałowego odcinka i nie sposób go traktować inaczej niż jako serial, który ma potencjał, ale wymaga generalnego remontu i dopracowania wielu rzeczy i głupotek. Typu ostatnia akcja Colina Farrella. Kurde, chce wysłać maila ze sporym załącznikiem i dyma do lasu, gdzie na pewno będzie miał zasięg. Nie mówiąc już o tym, że chyba większe szanse miałby jadąc do zatłoczonego centrum albo gdziekolwiek, ale nie do lasu!

7 odpowiedzi

  1. >Stała z jedną miną przez cały sezon.

    Jej dekolty skutecznie to maskowały.

    >bo ono wymyślone było, nie?
    Vinci oparto na Vernon, nawet specjalnie się z tym nie kryjąc.
    http://www.laweekly.com/news/the-corrupt-town-in-true-detective-is-based-on-vernon-and-vernon-couldnt-be-happier-5709057

  2. Lugalkiniszedudu

    Nie jestem wyznawcą jedynki to do do dwójki podchodziłem bez spiny, obejrzałem bez bólu, NIE porównywałem (jednak się da) i śmieję się twarz wszystkim bólodupcom 😀

    Wiem, że Ty nim nie jesteś, ale lubię się z nimi droczyć, bo mnie strasznie bawi ta ich mantra „a w jedynce to, a w jedynce srmato”.

    Mnie bardziej wkurzyło, że nie było żadnej fajnej nagiej sceny, tu faktycznie, chylę człona przed Alexandrą Daddario… ok, po namyśle, jedynka jednak lepsza.

  3. s2 zaskoczył przecież, przemknęła się przez e02 panna Rosati jako Agnes, a e03 nawet pływała topples. Faktem jest, że nie były to atrybuty na miarę Daddario.

  4. Ja już jakiś czas temu rozgryzłem w czym tkwił problem z drugim sezonem. Sezon pierwszy miał świetne odcinki a sezon drugi świetne momenty.

  5. Oj Q, dołączasz się do tego „narzekania” na sezon drugi 😉 a fakt faktem, że bez tego całego porównywania dostalibyśmy całkiem znośny (wręcz bardzo dobry) sezon. Aktorsko jestem zadowolony – nawet z leżącej KR. Kilka fajnych scen, wciągająca historia (dla mnie). I tak zgoda, zapominamy o sezonie drugim w momencie jego zakończenia – tylko, że zapominamy tak o 99% sezonów seriali. Taka prawda.

  6. Quentin

    No właśnie, czyli jest mocno przeciętnie. I bez porównywania też by tak było. Pogubiłem się i miałem w nosie co, kto, kiedy, z kim i dlaczego niezależnie od tego, jaki był pierwszy sezon. A tak być nie powinno w serialu chcącym być choć ciut wyżej ponad przeciętnością. A chyba tego należałoby oczekiwać. (po pierwszym sezonie :) ).

  7. Jak dla mnie oba sezony dobre, ale nic ponadto. Pierwszy mnie bardziej zawiódł zakończeniem. W dwójce finał sezonu to już był kabaret, więc zawodu nie było :)
    Generalnie 1 ciut lepsza, ale tylko ze względu na grę aktorów, bo fabuła cienkaaaa.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.