Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
recenzja Dark Was the Night
- Chyba widziałem na jego grzbiecie suwak. Myślę, że tego stwora można zabić!

Potworne nieporozumienie – recenzja filmu Dark Was the Night

Hen, hen na zadupiu pełnym prastarych lasów zły człowiek zaczyna wyrąb drzew. Podczas jedengo z takich wyrębów zaalarmowany zostaje jeden z kierowników. Wybierając się na miejsce, skąd dobiegł ów alarm, nie spodziewa się, że znajdzie tam odgryzioną rękę oraz krwawą śmierć w samochodzie. Jakiś czas potem w położonym nie tak daleko od miejsca krwawych zdarzeń miasteczku, jego mieszkańcy zauważają dziwne ślady. Zastanawiając się, co też mogło je zostawić, dochodzą do wniosku, że ich indiańscy dziadowie nie kłamali o dziwnych stworzeniach zamieszkujących okoliczne lasy.

Tak zaczyna się Dark Was the Night, a po tym streszczeniu każdy już zapewne zna dalszy rozwój wydarzeń. I ma rację, nie zaskoczy go tutaj nic. Choć trzeba przyznać, że akurat początek zapowiada całkiem udane kino, które na myśl troszkę przywodzi kultowe Wężoidy (no Wstrząsy aka Tremors, użyłem tytułu VHS-owego). Dwóch głównych bohaterów (konia z rzędem temu, kto mi powie po co w miasteczku z najwyraźniej piętnastoma mieszkańcami aż dwóch policjantów), dość przyjaznych twardych mężczyzn… No dobra, jeden z nich to Lukas Haas, ale drugi to już Kevin Durand! W każdym razie kolesi, którzy nie dadzą sobie w kaszę dmuchać. Mieszkających na zadupiu wszechświata w miasteczku z populacją mierzoną palcami trzech dłoni, któremu to zadupiu grożą jakieś indiańskie stworzenia. Wężoidy jak w mordę strzelił, no jedynie z dużo mniejszą dawką humoru. I odmiennym klimatem, bo chłodem przecinanym opadami śniegu.

Tak sobie jednak myślałem, że może dalej będzie tego humoru ciut więcej i sympatycznej rozwałki podobnej do początkowej sceny. Niestety nic z tych rzeczy. Film pozostał śmiertelnie poważny, co rzadko się sprawdza, jeśli chodzi o monster-moviesy, a rozwałki nie było już prawie nic.

To co było? No niewiele było. Pozytywnie nastawieni do filmu mówią, że reprezentuje taki gatunek co to widzowi uda się poznać bohaterów zanim zostaną zjedzeni. No ale ani nie zostają zjedzeni, ani nie są aż tak ciekawi, żeby przez godzinę z ich powodu w filmie nic się nie działo. Z wyjątkiem standardowych dla kina grozy strachów: „tato, tato, coś tam się czai w krzakach!”, „pójdę i sprawdzę na pewno tam nikogo nie ma”.

I jeszcze dałoby się film Jacka Hellera (producenta m.in. filmu o…. kupie – Bad Milo!) obronić, gdyby po tej nudzie przyszły konkrety. Niestety konkretami są tu jedynie skradający się z karabinami Hass i Durant, a gdy w końcu filmowy potwór się pokazuje, to wypada już tylko zadać pytanie: po co robić film o potworze, kiedy nie ma się kasy na potwora?

Fajna końcówka nic już w ocenie nie zmienia, a Dark Was the Night wypada nazwać stratą czasu. Aha, fajne jeszcze było to, że nie stracono tu czasu na częste w monster-movies kpienie z osoby, która twierdzi, że widziała potwora. Nie. Tu od samego początku wszyscy są pewni, że coś jest nie tak.

(1941)

Hen, hen na zadupiu pełnym prastarych lasów zły człowiek zaczyna wyrąb drzew. Podczas jedengo z takich wyrębów zaalarmowany zostaje jeden z kierowników. Wybierając się na miejsce, skąd dobiegł ów alarm, nie spodziewa się, że znajdzie tam odgryzioną rękę oraz krwawą śmierć w samochodzie. Jakiś czas potem w położonym nie tak daleko od miejsca krwawych zdarzeń miasteczku, jego mieszkańcy zauważają dziwne ślady. Zastanawiając się, co też mogło je zostawić, dochodzą do wniosku, że ich indiańscy dziadowie nie kłamali o dziwnych stworzeniach zamieszkujących okoliczne lasy. Tak zaczyna się Dark Was the Night, a po tym streszczeniu każdy już zapewne zna dalszy rozwój…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: Mieszkańcy małego miasteczka pod wodzą szeryfa stają do nierównej walki z potworem. Trudno powiedzieć po co robić monster-movie, kiedy nie ma się kasy na monstera.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.