Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Kevin Costner w filmie McFarland, USA - recenzja filmu
- Jak wygracie to zatańczę z wilkiem! - Kevin Costner w McFarland, USA.

Biegnij, Jose, biegnij! – recenzja filmu McFarland, USA

Amerykanie są mistrzami świata w wielu dyscyplinach, ale chyba w żadnej z nich przewaga nad resztą stawki nie jest tak wielka, jak w przypadku robienia filmów sportowych. Nie dość, że wznieśli ten gatunek na wyżyny, to jeszcze dzięki znakomitemu podejściu do sportu licealnego i uniwersyteckiego oraz równie znakomitej organizacji tychże, każdego roku są w stanie wygrzebać przynajmniej jedną, czy dwie prawdziwe historie, których sednem jest ziszczenie się amerykańskiego snu.

I wcale nie szkodzi, że większość tych historii zaczyna się od: Do małego miasteczka przyjeżdża doświadczony trener. Dostaje w swoje łapy gromadkę rozwydrzonych bachorów, które co prawda tworzą drużynę, ale nie wygrali od półtora roku ani jednego meczu, a punktów zdobyli cztery na krzyż. Udaje mu się do nich dotrzeć i rozpoczyna podróż, która zaprowadzi ich w miejsce, o którym nikomu z nich się nie śniło… Nie szkodzi, bo i tak przeważnie świetnie się to ogląda. Zresztą czego innego można by się spodziewać po mistrzach gatunku?

Podobnie można by zacząć streszczenie fabuły McFarland, USA. Co jednak trochę wyróżnia go od reszty amerykańskiego sportowego kina, to dyscyplina sportu, którą wziął na tapetę. Tym razem nie obejrzymy kolejnego mistrzowskiego przyłożenia (choć wszystko zaczyna się w footballowej szatni), dziesiątego z rzędu home runu, czy efektownego slam dunku. Główny bohater filmu (w tej roli Kevin Costner, którego zawsze z przyjemnością oglądam i cieszę się, że ostatnio jest ku temu coraz więcej możliwości) pojawia się z rodziną w jednym z najbiedniejszych amerykańskich miasteczek, by uczyć tam fizyki i pomagać trenerowi footballu. Jego uwagę zwraca jednak kilku uczniów pochodzenia meksykańskiego i ich predyspozycje do biegania przełajowego. Przekonuje dyrektora do założenia odpowiedniej sekcji i rozpoczyna trening. Jest rok 1987, a reszta jest historią.

prawdziwi biegacze z mcfarland, tak wyglądali naprawdę

W czerwonych koszulkach prawdziwi bohaterowie tej historii, biegacze z McFarland – fot. johnhartephoto.files.wordpress.com

Nie ma się co silić na próby przekonania, że McFarland, USA to coś nowego, świeżego i dawno nie widzianego na ekranie. Owszem, to znów to samo kino sportowe, feel-good movie, jak by to powiedzieli Amerykanie (ech, polska terminologia filmowa, brak nam takich słów, określeń, które trafiałyby w sedno jak taki feel-good movie). Ale po co zmieniać coś w formule, która sprawdza się od lat i która zabiera widza na bardzo pozytywne 120 minut? #nieruszałbym

Nie jest jednak tak, że film wypełniony jest po brzeg sportem i treningami. Zresztą, cóż tu ukrywać, bieganie przełajowe nie jest aż tak widowiskowe, żeby dało się z niego zmontować coś na miarę wojny, jak zrobiono to np. w Any Given Sunday. Starter daje znak do biegu, potem biegniesz i dobiegasz do mety. Możesz się co najwyżej przewrócić po drodze – ziew. I reżyserka Niki Caro wcale nie próbuje zrobić z tego emocjonującego filmu o bieganiu. Nie musi, bo cały meksykański background znakomicie nadaje się na historię o samozaparciu, wierze w osiągnięcie celu i ciężką pracę, którą można tego dokonać. Podobnie jak trener White z początku widzimy tylko kurz, smutek i kamieni kupę, ale stopniowo i dość szybko dostrzegamy razem z nim, że to wcale nie jest koniec świata, tylko prawdziwe życie. W którym zawsze masz pod górkę i tylko od ciebie zależy, czy coś się zza tej górki wyłoni.

Bardzo pozytywny film i bardzo ciekawa historia. Oczywiście fabuła została trochę podrasowana na potrzeby dramaturgii, ale tym bardziej warto po filmie zapoznać się z tym, jak było naprawdę. A okaże się, że było jeszcze więcej dramatu, który ta produkcja Disneya pomija dla lżejszego, choć wcale nie słodkiego filmu.

(1908)

Amerykanie są mistrzami świata w wielu dyscyplinach, ale chyba w żadnej z nich przewaga nad resztą stawki nie jest tak wielka, jak w przypadku robienia filmów sportowych. Nie dość, że wznieśli ten gatunek na wyżyny, to jeszcze dzięki znakomitemu podejściu do sportu licealnego i uniwersyteckiego oraz równie znakomitej organizacji tychże, każdego roku są w stanie wygrzebać przynajmniej jedną, czy dwie prawdziwe historie, których sednem jest ziszczenie się amerykańskiego snu. I wcale nie szkodzi, że większość tych historii zaczyna się od: Do małego miasteczka przyjeżdża doświadczony trener. Dostaje w swoje łapy gromadkę rozwydrzonych bachorów, które co prawda tworzą drużynę, ale nie…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Trener footballu amerykańskiego zakłada sekcję biegów przełajowych w jednym z najbiedniejszych amerykańskich miasteczek. Oparte na faktach kino sportowe w najlepszym familijnym wydaniu.

Odpowiedź

  1. Feel-good movie to naprawdę idealne określenie! Rzeczywiście fantastycznie czułam się po obejrzeniu tego filmu. Istotnie w rzeczywistości było nieco inaczej, ale historia została pokazana dobrze.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.