"Late Phases" - fot. screen z Youtube
"Late Phases" - fot. screen z Youtube

Late Phases

Poszukiwania czegoś sensownego, co pojawiło się w tym roku na filmowym firmamencie trwają. Wnioski z poszukiwania są coraz gorsze, ale wierzę w to, że kiedyś posucha się skończy. Ale jeszcze nie teraz, ale jeszcze nie „Końcowym Stadium” (oby tytuł był proroczy).

O ile dobrze pamiętam, „Late Phases” pojawiło się wśród tytułów poleconych mi po moim dramatycznym apelu na Q-Fejsie o coś do oglądania. Potem o tym zapomniałem, sam sobie wynalazłem takie cudo do wypróbowania i w trakcie oglądania przypomniałem polecenie. Znaczy się komuś musiało się choć trochę podobać. Nie mam mu za złe wrzucenia mnie na tę minę, mogło być gorzej – zdecydowanie!

Ale mogło też być lepiej. Niestety, zdecydowanie więcej ciekawego dzieje się w obsadzie/wśród twórców filmu niż w ich finalnym produkcie, który z początku jeszcze dawał jakąś nadzieję, ale im dalej, tym bardziej wpadał w sztampę. I nie zamierzam nawet narzekać na gumowe wilkołaki z suwakami, bo mi nie przeszkadzały. Taki urok nie-CGI. Po prostu zabrakło wszystkiego innego.

No to cóż takiego dzieje się w tej ekipie filmowej odpowiedzialnej za LP? Znajdujemy tam przynajmniej dwa ciekawe nazwiska. Pierwsze to reżyser filmu, Hiszpan Adrián García Bogliano, który całkiem niedawno nakręcił świetny diaboliczny horror „Here Comes the Devil”. Tym razem z gatunku piekielnego przerzucił się na gatunek wilkołaczy, ale nie podołał. Pod względem walorów wizualnych, cofnął się parę kroków od „Here Comes…” i na pewno nie może uznać LP za sukces. Widać w nim co prawda (filmie, a nie reżyserze :P) wprawną rękę reżysera, ale klimatycznie jest bez porównania.

Drugie ciekawe nazwisko znajdziecie w obsadzie. Oto… Nick Damici. Tak, pewnie nie znacie tego nazwiska i raczej trudno kogokolwiek o to obwiniać. Żarówka powinna dopiero zaświecić się przy informacji, że Nick to nadworny scenarzysta Jima Mickle’a, czyli nadziei kina gatunkowego odpowiedzialnego za Stake Land, We Are What We Are czy niedawnej WFF-owej perełki Cold in July. Damici do wszystkich z nich napisał scenariusz. I może gdyby tu też coś skrobnął byłoby lepiej. Ograniczył się jednak tylko do występu w roli głównej i wykreowania fajnej postaci niewidomego i charyzmatycznego wojaka.

To nie koniec ciekawych nazwisk, ale darujmy sobie już wyliczankę i przejdźmy do filmu, w którym – jak już wiecie – pierwsze skrzypce gra wilkołak. Ów owłosiony koleżka terroryzuje co miesiąc spokojne osiedle zamieszkane przez emerytów. Do walki z nim staje świeżo upieczony lokator, niewidomy emerytowany wojskowy.

Dziwna sprawa z tymi wilkołakami. Jak przystałoby na klasycznego potwora powinny mieć swoje stałe miejsce w historii kina, a jednak nie mają szczęścia do dobrych filmów na swój temat. Gdzie im tam do zombiaków, które znakomicie wykorzystały swoje pięć minut. Wilkołaki atakują ekran od czasu do czasu, raczej rzadko, a jak już to zrobią, to nie na tyle mocno, żeby ktoś się nimi zainteresował na poważnie. Podobnie jest z „Late Phases”, który po dobrym początku pikuje potem w dół i nawet nie stara się dotrzymać kroku niedawnemu, bardzo fajnemu „Wer”. Nie mówiąc już o świetnych „Dog Soldiers”.

A był materiał do czegoś więcej. Głównie dzięki głównemu bohaterowi, którego poznajemy w kozackich okolicznościach, gdy zamawia sobie nagrobek. Jest konieczna dawka autoironii, za chwilę wbity w ścianę pazur, rozszarpana staruszka, a potem… potem to już się tylko widzi, jak bardzo ten film nie ma sensu.

(1881)

Poszukiwania czegoś sensownego, co pojawiło się w tym roku na filmowym firmamencie trwają. Wnioski z poszukiwania są coraz gorsze, ale wierzę w to, że kiedyś posucha się skończy. Ale jeszcze nie teraz, ale jeszcze nie „Końcowym Stadium” (oby tytuł był proroczy). O ile dobrze pamiętam, "Late Phases" pojawiło się wśród tytułów poleconych mi po moim dramatycznym apelu na Q-Fejsie o coś do oglądania. Potem o tym zapomniałem, sam sobie wynalazłem takie cudo do wypróbowania i w trakcie oglądania przypomniałem polecenie. Znaczy się komuś musiało się choć trochę podobać. Nie mam mu za złe wrzucenia mnie na tę minę, mogło być…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Emerytowany, niewidomy wojskowy staje do nierównej walki z wilkołakiem. Z każdą minutą coraz słabiej aż do zupełnej przeciętności.

7 odpowiedzi

  1. Zgoda, że nie jest tak dobrze, jak być powinno (czyżby znów syndrom I am Legend vel. zabitego psa? ;P ), niemniej nie jest też tak źle. A w czym to niby ten „Wer” jest fajniejszy (bo, że „Dog Soldiers” poza konkurencją to wiadomo – i tu ciekawostka – tam nie ginie pies 😀 )? Liczba bzdur w fabule „Wer” jest większa, a jego pozowanie na „poważny”, niemal „realistyczny” film tylko je uwypukla, podczas gdy w nakręconym z przymrużeniem oka „Late Phases” łatwiej na głupotki przymknąć oko.

  2. ale żem napisał to ostatnie zdanie z tymi przymykanymi oczami, heh… 😉

  3. Quentin

    W tym jest fajniejszy, że mnie się bardziej podobał – nie wystarczy? :)

    Odkładam na bok bzdury w filmach o wilkołakach. Zostaje taki dziki i bliższy naturze Wer kontra zdziadziały Late Phases z przymrużeniem oka, które nie wpasowało się w mój humor.

  4. Ja nie trawię trzęsącej się kamery i found-footage’owych wstawek, więc już na starcie „Wer” u mnie miał krechę. Sceną w kostnicy (chyba najlepsza jaka się twórcą udała) wyszedł na zero, ale potem fabuła zaczęła się roić od takich debilizmów (choć już sam pomysł wyjściowy z amerykańskimi adwokatami we Francji i wieśniakami z Rumunii – pewnie z Transylwanii jeszcze 😀 – był cholernie irytujący) że już był tylko jeden wielki zjazd w dół. Zdecydowanie wolę Nicka Damiciego z łopatą robiącego za „ślepą furię”. 😛

  5. Quentin

    „Ja nie trawię trzęsącej się kamery i found-footage’owych wstawek”.

    No to nie ma o czym gadać :).

  6. No, dobra, pierwszy „Rec” jeszcze mi się podobał. Greengrassowe Bourne’y też. 😛 Większośc innych twórców idzie w podobnym kierunku raczej z braku funduszy i pojęcia niż z sensownego pomysłu.
    Zresztą fabularne debilizmy „Wer” nie wynikają ze stylistyki ani budżetu. ;P

  7. Nie no, ja się zgadzam co to found footage’ów tak generalnie, ale uważam że w Wer wyszło to na tyle fajnie, że już debilizmy mi nie przeszkadzały i radar na nie wyłączyłem zupełnie :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.