teoria

Teoria wszystkiego – recenzja Asiek

Chrapał pies, chrapał Q, a ja się powstrzymałam, choć niewiele brakowało. „Teoria wszystkiego” to film, z którego wynika, że główny bohater miał nudne życie. Albo z premedytacją chcieli nas zanudzić na śmierć. A taka byłam napalona, gdy zobaczyłam zwiastun. Bo „teoretycznie” zapowiadało się, że będzie to film dla mnie. O miłości, która się nie boi choroby, o błyskotliwym głównym bohaterze – słodko-gorzka romantyczna opowieść. A przynajmniej liczyłam też, że dowiem się, jak tę trójkę dzieci zmajstrował będąc chorym na stwardnienie rozsianie zanikowe boczne, czyli paraliż całego ciała (dla ciekawych pada jedno zdanie – „to” działa automatycznie :).

theory_posterHistoria Stephena Hawkinga, geniusza fizyki, astorofizyki itp. który miał umrzeć dwa lata od diagnozy, a ma już 72 lata i porozumiewa się ze światem tylko jednym działającym nerwem na policzku, nadal fascynuje ludzi i dlatego powstał film. Albo dlatego, żeby ktoś Oscara mógł dostać ;).

Poczucie humoru fizyka jest powszechnie znane. Gdy Eddie Redmayne spotkał się z nim, żeby choć raz porozmawiać ze swoim bohaterem i pitolił trzy po trzy byle coś gadać (gdyż profesor wolno pisze odpowiedzi, więc chciał przykryć krępującą ciszę) i w końcu wypala: „łączy nas to, że obaj jesteśmy koziorożcami”. Odpowiedź Hawkinga? „Jestem astronomem, a nie astrologiem” :).

W filmie wszystkiego jest za mało!
Przede wszystkim błyskotliwego żartu, z którego słynie Hawking… Jestem pewna, że na ten genialny umysł poleciała jego przyszła żona Jane Wilde, bo przecież nie na to flegmatyczne angielskie kujonowate ciało. Ale to też nie zostało pokazane i romantyzmu brak. Przegadali jedną noc, on opowiedział jej, dlaczego w ultrafiolecie biel świeci na fioletowo. Ona na to – „a skąd ty tyle wiesz?”. Potem obejrzeli fajerwerki. Choć zapowiedział, że nie tańczy to… tak z nią zatańczył i bach mamy big love.

Nie czuć też w ogóle, że to jakiś geniusz. Łazi tylko w tych obszernych ciuchach po kampusie, słucha Wagnera i niby jest naukowo, ale nie jest. A gdy próbują coś wytłumaczyć, żeby nie było skomplikowanie, to nic nie skumałam. Ani teorii czarnej dziury na podstawie kawy i mleka czy warzyw na widelcu i teorii czasu czy czego. Wiem, to nie o tym miał być film… Jednak miło by było nie poczuć się głupolem, że się nie rozumie, choć podane wręcz na tacy.

Prawie niezauważalne jest, że astrofizyk lubi się zakładać. Nie ma nic o tym, że wierzy w podróże w czasie. Jest za to, że lubi zakładać papierowe torby na głowę i szaleć na wózku inwalidzkim…

SPOILERY. Kliknij TUTAJ jeśli chcesz przejść do podsumowania :).

Film był wzruszający do momentu, gdy okazało się, że przyszła żona przyjmuje go z dobrodziejstwem inwentarza (tak po 30 minutach) i mimo straszliwej diagnozy tak go kocha, że decyduje się za niego wyjść i dzielić życie z chorym człowiekiem, mimo że różnią ich dość mocno poglądy religijne. Bo żona jest wierząca, a fizyk raczej nie wierzy w boskie stworzenie świata. Po latach, zapytana dlaczego zdecydowała się na małżeństwo bez przyszłości, powiedziała, że: „były to czasy w cieniu broni atomowej, więc i tak wszyscy mieli raczej niewielką oczekiwaną długość życia” (byli małżeństwem przez 30 lat) – dobre, nie? Koniec dygresji. Po tych 30 minutach zaczyna się nuda, szybko skaczą w latach. Rodzą się dzieci, on nadal żyje… Ona się nim opiekuje i ma tego już trochę po dziurki w nosie. Jej matka radzi, że ukojeniem trosk będzie kościelny chórek. A tam chórek prowadzi dobroduszny wdowiec, który rozumie pragnienie zrobienia doktoratu z hiszpańskiej średniowiecznej literatury przez uwięzioną w domu żonę. Mężczyzna staje się też, na przyzwolenie Stephena, opiekunem i pomocnikiem w domu, przez co tworzą się plotki, że żyją w trójkącie miłosnym. Podobno nie żyli, a miłość między żoną, a kościelnym była tylko platoniczna.

Potem znowu lata mijają, fizyk ma już słynny przetwarzacz mowy. Opiekuje się nim dość wyzwolona kobieta, która rozumie jego potrzebę oglądania pism dla panów i też leci na jego umysł. Małżeństwo się rozpada, kościelny dostaje swoją szansę, a fizyk zostaje z opiekunką.
Koniec.
Pomijam fakt, że nic nie mówi się o tym, że Hawking ożenił się z opiekunką, która była żoną faceta, który skonstruował dla niego ten przetwarzacz mowy. Ani o tym, że rozwiedli się po 10 latach. Nic o jego udziale w filmach, o tym jak stał się ikoną popkultury, miał swoją postacie w rysunkowych serialach czy śpiewał piosenki. Słyszałam nawet, że był rozważany do Bonda do roli genialnego złego naukowca :).

Koniec SPOILERÓW.

Zawiodłam się, bo słodko nie było, romantyzm gdzieś przepadł, a wnikliwej psychologii postaci też nie pokazali… Dla mnie Dawid Ogrodnik z Chce się żyć był lepszy niż Eddie Redmayne. Już nie mówiąc o tym, że film (nasz polski) o wiele lepszy i również na faktach. Jak słusznie zauważyła moja przyjaciółka: gdyby Ogrodnik zrobi ten film w Hollywood, to miałby już dawno Oscara.

Jestem ciekawa, jak poradził sobie kiedyś w roli mój kochany Benedict Cumberbatch?

Też swego czasu zagrał Stephena Hawkinga tylko, że w BBC, jakieś parę lat temu, gdy nie był jeszcze słynnym Sherlockiem. I tak przechodzimy do tego, że ja kompletnie nieobiektywna (bo kocham Benia) uważam, że Gra tajemnic i historia twórcy pierwszego komputera z Benedictem w roli głównej niesłusznie została przyćmiona przez „Teorię wszystkiego”.

Suma summarum, jeśli macie wolną kasę i czas to lepiej pójdźcie na coś innego, a na ten film poczekajcie spokojnie do jakiegoś świątecznego, leniwego dnia, gdy między przekąską a zakąską będzie hitem nad hitami po raz pierwszy w TV.

(1867)

Chrapał pies, chrapał Q, a ja się powstrzymałam, choć niewiele brakowało. „Teoria wszystkiego” to film, z którego wynika, że główny bohater miał nudne życie. Albo z premedytacją chcieli nas zanudzić na śmierć. A taka byłam napalona, gdy zobaczyłam zwiastun. Bo „teoretycznie” zapowiadało się, że będzie to film dla mnie. O miłości, która się nie boi choroby, o błyskotliwym głównym bohaterze – słodko-gorzka romantyczna opowieść. A przynajmniej liczyłam też, że dowiem się, jak tę trójkę dzieci zmajstrował będąc chorym na stwardnienie rozsianie zanikowe boczne, czyli paraliż całego ciała (dla ciekawych pada jedno zdanie – „to” działa automatycznie :). Historia Stephena Hawkinga,…

Czas na ocenę:

Historia: 30%
Aktorstwo: 80%
Romantyzm: 20%
Błyskotliwość dialogów: 50%

45%

Podsumowanie: Twórcy mogli się postarać lepiej. Eddie dostał Oscara i cudownie uroczo go odebrał, mówiąc, że jest szczęściarzem. Niewątpliwie jest, bo film sam w sobie nudny, a szkoda.

2 odpowiedzi

  1. Film ma wiele wad, bo faktycznie nie mówi wiele o fenomenie samego Hawkinga, znaczeniu jego prac. To co widziałam bardziej podchodzi pod tezę, że za wielkimi karierami mężczyzn stoją ich kobiety. Można się zastanawiać co by się stało ze Stephenem gdyby nie Jane. Ta myśl oraz fenomenalna rola Eddiego to jedyne pozytywy „Teorii wszystkiego”.

    Nie widziałam wersji benedictowej, ale chwilowo mam go dość, bo krąży wokół jednego typu postaci – trudnych, smutnych i tragicznych.

  2. Asiek

    To fakt Benedict moglby pokazac sie w jakiejs komedii czy zwyklym milym filmie i zagrac tak ze nas zachwyci.

    Co do teorii z Teorii… tak gdyby nie zona to by pewnie zamknal sie w sobie i umarl po tych 3-ch latach.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Asiek

Asiek
Za dnia poważna pani redaktor. Zaś w nocy bogini ogniska domowego, która ogląda koreańskie dramy, tollywoodzkie filmy i jest jak Dr. Jayashree i Mr. Hyun!