Benedict Cumberbatch w filmie "The Imitation Game" - fot. screen z Youtube
Benedict Cumberbatch w filmie "The Imitation Game" - fot. screen z Youtube

Gra tajemnic [The Imitation Game]

Polska premiera najnowszego filmu z Benedictem Cumberbatchem już za dwa dni (a właściwie to za półtora nawet) pora więc rozpocząć proces ocieplania wizerunku tego filmu. Filmu, który oprócz losów genialnego matematyka Alana Turinga przybliża nam też nieco brytyjske wysiłki mające na celu złamanie niemieckiej Enigmy. A jak zawsze w przypadku Enigmy, w Polsce wszystko inne schodzi na drugi plan, a najważniejszym pytaniem staje się to, czy powiedzieli coś o Polakach?

Tym razem nie będzie inaczej, a proces narzekania już się rozpoczął. Nie dalej jak wczoraj uciąłem sobie pogawędkę z Tomaszem Raczkiem (zwyczajnie, na Facebooku, żaden lans – każdy może), który zasmucił się, że wkład Polaków w złamanie kodu Enigmy został całkowicie pominięty. Zarzucił filmowi Mortena Tylduma (Łowcy głów), że po raz kolejny w dłuuugiej historii „enigmatycznej” (nie mylić z enigmatyczną) kinematografii zwyczajnie nas olano, przypisując pełnię sukcesu Anglikom.

Oczywiście podniosła się wrzawa, która w najbliższych dniach pewnie podniesie się jeszcze nie raz. No tak, szkoda czasu, żeby iść do kina, sami kłamcy i hipokryci, żałosne kino, które za nic ma fakty! Tyle tylko, że myli się Raczek twierdząc, że zostaliśmy całkowicie olani. A potem upiera się przy swoim, gdy zgadza się, że wzmianki o Polakach owszem są, ale należy je traktować podobnie jakby to były wzmianki o „Marsjanach”. Cóż, nie zgadzam się. I zupełnie inaczej patrzę na sprawę, bo uważam, że owe wzmianki, choć rzucone mimochodem i rzeczywiście na siłę, żeby mieć święty spokój, nie dość, że są, to jeszcze są bardzo konkretne. To polski wywiad wywozi według TIG maszynę Enigmy z Berlina, a sam Turing przyznaje, że przy tworzeniu swojej maszyny inspirował się polskim wynalazkiem.

Mało? Być może i mało, ale, dlaczego miałoby być więcej? Po pierwsze nie jest to film dokumentalny, po drugie nie jest to film polski, a po trzecie to nawet nie jest film o Enigmie, a o samym Turingu. Angole nakręcili sobie film o swoim bohaterze, bohaterze bolesnym, z którego smutną historią się rozliczają, w której to historii tle znalazł się ów kryptologiczny epizod w ostatecznym rozrachunku okazujący się kluczowym dla losów wojny. I mają prawo tyle wspomnieć o Polakach, ile im się podoba. Byle nas nie olali, bo wtedy nie byłoby już filmu czym bronić. Tak jak niczym nie mogą bronić filmu Amerykanie, których równie kluczowy wkład w ostateczne złamanie najbardziej zaawansowanej Enigmy został pominięty zupełnie. Ale jakoś wątpię, żeby się na to rzucali.

Trwa II Wojna Światowa. Niemcy są u szczytu wojennych sukcesów i nic nie wskazuje na to, że ich ofensywa na Europę zostanie powstrzymana. Nadzieją na przełamanie beznadziejnej sytuacji jest złamanie szyfru, potężnej Enigmy, które umożliwiłoby wiedzę z wyprzedzeniem na temat ruchów niemieckich wojsk. W Bletchley zbiera się grupa tęgich mózgów, by rozwiązać kryptologiczny problem. Wśród nich jest genialny outsider, który za nic ma dobre wychowanie i stwarzanie pozorów. Ale i on kryje przed światem pewną tajemnicę.

„Gry tajemnic” na pewno nie należy traktować jako ściągawki z lekcji historii. To, że dwa razy wspomniano tu o Polakach nie znaczy, że scenariusz do niej napisał Norman Davies. Wręcz przeciwnie. Pod względem prawdy historycznej to raczej typowe dzieło chwalące swój ogonek. Brytyjczycy wygrywają tu całą wojnę ratując przy okazji miliony istnień, a na dodatek cierpią okropnie pod butem najeźdźcy! No po prostu straszne są te płonące ruiny Londynu i pogłoski o panującym głodzie. Brakuje tylko, żeby Stalingrad wysłał pomoc humanitarną. Na dodatek manipulacje w historii dość nieudolnie mają udramatyzować film Tylduma. Nie trzeba zaglądać do trivii na IMDb, żeby zauważyć, że wyjątkowo słabo został rozegrany wątek z rosyjskim szpiegiem. A potem po zajrzeniu do ww. trivii tylko z niezdziwieniem kiwa się głową czytając, że obaj w Bletchley nawet na siebie nie wpadli. Podobnie w scenie, w której bohaterowie decydują, że nie ostrzegą statku przed planowanym atakiem U-Bootów. I wtedy, ojej, jeden z tych bohaterów orientuje się, że na statku jest jego brat! Mhm, na pewno.

No ale, jako się rzekło, to przede wszystkim film o Alanie Turingu (moim zdaniem dość przeciętny w tej roli Cumberbatch), którego biografia już bez samej Enigmy byłaby fascynująca. Dlatego łatwiej przymknąć oko na historyczne niedokładności i z przyjemnością oglądać ten film, który mimo trudnego tematu nie sili się na jakieś wielkie kino. Całość sprawia raczej wrażenie filmu przygodowego z szufladki dzielonej z „Kodem Da Vinci” przez co wartko się go ogląda, krótkie chwile wzruszenia przełamując niewymuszonym śmiechem z sytuacji wynikających z nieprzystosowania do życia w społeczeństwie przez głównego bohatera. I jego doktorohousowego podejścia do ludzi. Sam nie wiem, jak do końca ocenić całość, ale że zdecydowanie lepiej oglądało mi się „Grę tajemnic” niż inne pozycje, które ostatnio dostały ode mnie siódemki, więc: 8/10.

I tylko Keira Kneightley okropnie słaba.

(1850)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.