"Pizza" - fot. screen z Youtube
"Pizza" - fot. screen z Youtube

Pizza

Jeśli tęsknicie za horrorami, jakie kręcili 60 lat temu, oto propozycja dla Was.

Bo tak, pod tym spodziewanym w sobotni wieczór tytułem kryje się zupełnie niespodziewana treść. Bo nie dość, że horror (choć bardziej pasowałoby tutaj angielskie określenie: mystery), to jeszcze bollywoodzki! I odpowiadając od razu na nieuchronne pytania: nie, nie tańczą.

Choć Bollywood głównie kojarzy się z tańcem i śpiewem, to ostatnie lata w indyjskiej kinematografii jest czasem odchodzenia od przyjętych wcześniej schematów. Pojawia się tam coraz więcej tzw. normalnych filmów i nic dziwnego, że zaczęły pojawiać się i horrory. To nie znaczy, że nigdy wcześniej ich tam nie było, były, były, ale teraz jest ich jeszcze więcej. Duchów, krwi, zombiaków nawet – tak jakby ktoś odkręcił kurek z zachodnimi gatunkami i nagle pozwolił z niego czerpać.

Spokojnie, „Pizza” – jak mógłby na to wskazywać tytuł – nie jest kulinarnym horrorem. No wiecie, ktoś zjadł nieświeżą pizzę i teraz ma kłopoty żołądkowe. Nic z tych rzeczy. Bohaterem filmu jest rozwoziciel pizzy z aspiracjami („za trzy lata zostanę kierownikiem sali i dostanę trzykrotną podwyżkę”) i lekkimi domowymi problemami. Z żoną, początkującą pisarką horrorów, ledwo wiążą koniec z końcem, a tu jeszcze okazuje się, że ona jest w ciąży. Na domiar złego nasz bohater zawozi pizzę do tajemniczego domu, który w okolicy cieszy się złą sławą. Kto postawi tam nogę, tego nie przestanie opuszczać pech.

„Pizza” jest horrorem skrojonym na indyjską miarę. Nie jestem indyjskim widzem, ale potrafię sobie wyobrazić, że na większości z nich, tzw. statystycznych, nie jest trudno zrobić wrażenie horrorem z gatunku tych, jakich się już dzisiaj nigdzie indziej nie kręci. I „Pizza” jest właśnie taką propozycją, w zasadzie klasyczną można by rzec. Nawiedzony dom, wyskakujące zewsząd ucharakteryzowane duchy, klimat budowany minutowym wolnym krokiem schodami w górę. Wystraszyć się na nim nie wystraszycie, bo bardziej od nowoczesnego horroru przypomina przejazd kolejką u strachów w wesołym miasteczku. Siedząc bezpiecznie w domu strachu żadnego z tego nie ma.

No ale jak ktoś jest ciekawy tego, jak wygląda indyjski horror to może bez strachu spróbować, bo to normalny film. „Normalny film” – nie lubię tego określenia, ale jak inaczej wytłumaczyć, że nie należy spodziewać się musicalu? Wierzę, że wiecie o co mi chodzi, gdy tak piszę, na pewno nie jest to żadna drwina ani nic. Ot, stwierdzenie faktu.

No i jest tutaj ten zawsze chętnie wyczekiwany moment, gdy fabuła się zatrzymuje, muzyka daje znać, że zaraz odkryjemy master plan i ruszamy w podróż wstecz, by rzucić okiem raz jeszcze na niektóre wydarzenia. Aha, no i trwa tylko 100 minut ;).

(1857)

Jeśli tęsknicie za horrorami, jakie kręcili 60 lat temu, oto propozycja dla Was. Bo tak, pod tym spodziewanym w sobotni wieczór tytułem kryje się zupełnie niespodziewana treść. Bo nie dość, że horror (choć bardziej pasowałoby tutaj angielskie określenie: mystery), to jeszcze bollywoodzki! I odpowiadając od razu na nieuchronne pytania: nie, nie tańczą. Choć Bollywood głównie kojarzy się z tańcem i śpiewem, to ostatnie lata w indyjskiej kinematografii jest czasem odchodzenia od przyjętych wcześniej schematów. Pojawia się tam coraz więcej tzw. normalnych filmów i nic dziwnego, że zaczęły pojawiać się i horrory. To nie znaczy, że nigdy wcześniej ich tam nie…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl