Przeznaczenie [Predestination]

Poprzednia współpraca braci Spierig z Ethanem Hawke’em skończyła się na Q-Blogu 10/10 (albo 6/6, nie pamiętam czy to nie przed reformą było). Mało kto oprócz mnie zrozumiał zajebistość Daybreakers, ale to już nie był mój problem. Nic więc dziwnego, że gdy na orbicie pojawił się ich najnowszy film, nie zastanawiałem się zbyt długo nad tym, czy go obejrzeć.

„Predestination” pojawił się po cichu, niemal kameralnie. Bez żadnej wielkiej akcji promocyjnej, bez oczekiwania od pół roku. Ot po prostu został ukończony i tyle. Dziwić się trudno, bo to dopiero trzeci film braci, którym żadnego szumu w X-Muzie nie udało się jeszcze zrobić. Ale i tak jest dowodem na to, że jeśli się o czymś marzy, to trzeba to zacząć robić, bo wtedy nie ma rzeczy niemożliwych. Droga, którą przeszli bracia Spierig od zrobionego na pececie Undead lekko przypomina tę, którą przed laty wytyczył Peter Jackson. Dokąd dotrą? Za parę lat się dowiemy.

Trzeci film tworzących w Australii niemieckich reżyserów w porównaniu do dwóch poprzednich jest filmem równie kameralnym co jego promocja. Na bok zostały odłożone efekty specjalne i żywe trupy, a motorem napędowym jest zakręcona jak świński ogon historia snuta przez dwójkę właściwie bohaterów. Kanwą tej historii jest krótkie opowiadanie Roberta A. Heinleina „—All You Zombies—”, a wzbogacona została o grasującego gdzieś w tle seryjnego podkładacza bomb na wypadek gdyby igrająca z paradoksami czasowymi opowieść to było za mało.

Lata 70, Nowy Jork. Tajemniczy mężczyzna przysiada się do baru, przy którym ucina sobie pogawędkę z sympatycznym barmanem. Opowiada o tym, co leży mu na sercu i postanawia opowiedzieć historię swojego życia. Urodził się w 1945 roku jako kobieta – tak zaczyna się ta historia.

Nie ma „Predestination” żadnych pretensji naukowych i nie atakuje nas rozpisywanymi na wielkiej tablicy wzorami. Za wehikuł czas służy tu futerał do skrzypiec, na którym próżno szukać choćby jednej migającej kontrolki. Bo i nie o formę tu chodzi, a treść opowieści o przeskokach w czasie rozumianych na takim – nazwijmy to – podstawowym poziomie. I jeśli widz postanowi pozostać na tym samym poziomie to powinien się dobrze bawić. Wszelkie zaś poszukiwanie dziur w scenariuszu i logiki zakończyć powinno się zepsutym wieczorem i wnioskiem o stracie czasu na seans.

A jest w czym szukać, bo to prawdopodobnie najbardziej pokręcony film o podróżach w czasie, jaki powstał. Nie wygląda na taki na pierwszy, drugi i trzeci rzut oka przypominając raczej teatr telewizji, ale mnogość paradoksów, do jakich prowadzi narracja rozsadza skalę. I znów, jeśli nie wnika się głębiej pod ich powierzchnię – zabawa i lekki ból mózgu gwarantowany. Choć nie jest to efektowne kino, a raczej przyczynek do dyskusji z kumplami. Z pewnością lepiej wygląda opowiedziane przez kogoś („Widziałem wczoraj taki film, posłuchaj…”), choć mogę się tylko domyślać.

Na pewno nie jest to najlepszy film o podróżach w czasie, ale ogląda się go bez znużenia (szczególnie drugą jego połowę, która jest praktycznie nieustannym kinem z gatunku „dajemy muzę z Piły, a w jej rytm bohater składa sobie układankę w całość). Leży gdzieś pomiędzy zupełną czasopodróżową rozrywką i czasopodróżową powagą, a ode mnie dostaje 7/10. Byłoby punkcik wyżej, ale jednego plothole’a nie jestem w stanie znieść :).

(1829)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.