Cha Seung Won w "Blood Rain" - fot. screen z Youtube
Cha Seung Won w "Blood Rain" - fot. screen z Youtube

Blood Rain aka Hyeol-eui-noo

Festiwal 5 Smaków już za nami (przed nami jeszcze parę recek wyświetlanych tam filmów; a przynajmniej taki jest plan), ale pamięć po nim pozostanie zdecydowanie na dłużej. A wszystko za sprawą występującego w głównej roli w „Damie z Seulu Cha Seung-wona (nie podejmuję się prawidłowej odmiany jego nazwiska) i Aśka, któremu wpadł w oko. Od razu orzekła, że chce się zapoznać z całą jego filmografią, co też od paru dni czynimy. A to nie koniec dobrych wiadomości, bo sympatia Aśka rozlała się na całe koreańskie kino, które łykam od lat, a teraz jeszcze będzie z kim go oglądać. To prawdziwy przełom w stosunkach domowych, które do tej pory kształtowały się na chwiejnej linii chcę obejrzeć film/pokilkałabym po kanałach może co fajnego jest na TLC.

I to zdecydowanie najlepsza wiadomość tego roku, bo – jak ogłaszam tu od dawna – trzeba się bardzo napocić, żeby trafić na beznadziejny koreański film. A przy odrobinie zdrowego rozsądku można trafiać jedynie w filmy dobre, bardzo dobre i wybitne.

Ograniczenie się do jednego tylko nazwiska sprawę tę utrudnia, ale nie ma się co martwić na zapas. Głównie dlatego, że pierwszy ze sprawdzanych filmów (o dramach na razie pomilczę) okazał się znakomitym kinem!

„Blood Rain” z 2005 roku, bo o nim mowa, oprócz badassowego tytułu (wcale nie metaforycznego) ma jeszcze przynajmniej kilka atutów. Oto dzieło, które wpisało się swoim pojawieniem w pewną reformę koreańskiego kina, a szczególnie tak uwielbianych tam kostiumowych dramatów historycznych. Uwielbianych przez starszego widza – co nie umknęło uwadze producentów, którzy zaczęli szukać pomysłów na połączenie historycznego tła z efektowną fabułą i nowoczesnym, dynamicznym wykonaniem, by zachęcić do wizyty w kinie również widza młodszego. Udało się to znakomicie.

Fabuła filmu osadzona jest na kanwie prawdziwych wydarzeń, których szczegóły pomińmy, w końcu skoro nie były interesujące dla młodego widza koreańskiego to tym bardziej nie powinny być dla nas (choć akurat są interesujące ;)). Dość powiedzieć, że na początku XVII wieku w rządzonej przez dynastię Joseon Korei rozpętała się krucjata przeciwko kościołowi katolickiemu, a każdemu kto ośmielił się wyznawać wiarę katolicką groziła kara śmierci.

Oto na miejsce akcji – słynącą z wyrobu znakomitego papieru, odizolowaną od stałego lądu wyspę – przybywa młody i ambitny prokurator (CS-W). Ma poprowadzić śledztwo w sprawie podpalenia statku załadowanego po brzeg wartym fortunę papierem najlepszej jakości. Rutynowe dochodzenie bardzo szybko zamienia się w krwawą układankę, w której podejrzany może być każdy. A pierwszy bestialsko nabity na włócznię trup jest zapowiedzią wydarzeń, które wstrząsną wszystkimi na wyspie.

Jak zapewne widać, film Kima Dae-seunga to klasyczny kryminał przywodzący na myśl prozę Agaty Christie, a jeszcze bardziej – podobieństwa znaczne – „Imię róży” Umberto Eco. Odizolowane od świata mikrospołeczeństwo, oświecony obcy, który próbuje zgłębić wszystkie jego tajemnice, bezimienny morderca, który budzi grozę wśród wszystkich, którzy mają coś na sumieniu, no i tajemnica z przeszłości, która zdaje się być kluczem do rozwiązania zagadki. Zagadki, z którą zmierzy się nieustraszony i praworządny bohater zagrany przez charyzmatycznego Seung-wona, który tą właśnie rolą po serii kasowych komedii – jak sam mówi – wkroczył w końcu wśród prawdziwych aktorów. I rzeczywiście, ekran należy do niego.

Ale nie byłoby frajdy, gdyby nie misternie utkana tajemnica powoli rozwikływana wraz z kolejnymi zwrotami akcji. Tajemnica, w której śledzeniu trochę przeszkadza spora liczba postaci wymagająca dobrej pamięci do koreańskich nazwisk – to chyba jedyny minus filmu, jaki znalazłem, ale to problem widza, a nie z filmu. W każdym razie potrzeba troszkę czasu, żeby się wkręcić w fabułę, w której na początku co trochę pojawiają się jakieś nowe postaci. Warto jednak wysilić mózgownicę, żeby w pełni cieszyć się z tego, co ma do zaoferowania „Blood Rain”, bo to thriller pełną gębą, któremu nie przeszkadza historyczna otoczka i postaci, przy których kostiumolodzy mieli pełne ręce roboty. (Tak tylko piszę, że komukolwiek mogłoby to przeszkadzać, bo ja akurat do wczoraj nie przepadałem za koreańskimi historycznymi filmami). Niektórym może też przeszkadzać drobny wątek nadprzyrodzony, ale na moim przykładzie widać, że bardzo niekoniecznie.

Wartością dodaną tego filmu jest kilka naprawdę widowiskowych scen śmierci, które widzom o słabych nerwach mogą się wydać zbyt mocne. Nie ma co jednak z ich powodu odpuszczać seansu, a należy co najwyżej zamknąć oczy, gdy już się zabiorą do rozrywania ludzi wołami ;). O zawsze będących na wysokim poziomie w południowokoreańskim kinie zdjęciach, muzyce itd. nawet nie wspominam, bo pod względem realizacyjnym to również kawał kina.

(1827)

Festiwal 5 Smaków już za nami (przed nami jeszcze parę recek wyświetlanych tam filmów; a przynajmniej taki jest plan), ale pamięć po nim pozostanie zdecydowanie na dłużej. A wszystko za sprawą występującego w głównej roli w "Damie z Seulu" Cha Seung-wona (nie podejmuję się prawidłowej odmiany jego nazwiska) i Aśka, któremu wpadł w oko. Od razu orzekła, że chce się zapoznać z całą jego filmografią, co też od paru dni czynimy. A to nie koniec dobrych wiadomości, bo sympatia Aśka rozlała się na całe koreańskie kino, które łykam od lat, a teraz jeszcze będzie z kim go oglądać. To prawdziwy…

Czas na ocenę:

Ocena: 9

9

wg Q-skali

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.