"A Hard Day" - fot. screen z Youtube
"A Hard Day" - fot. screen z Youtube

A Hard Day aka Kkeutkkaji Ganda

Nominowany w kilku kategoriach do wielu koreańskich nagród filmowych (parę nominacji zamieniło się w nagrody) film Kima Seong-huna swoją premierę miał na festiwalu w Cannes. Nie ma tu jednak mowy o żadnym artystycznym, festiwalowym kinie, a o soczystym thrillerze z gatunku, który ja nazywam per Wszystko Się Pieprzy. Jakieś wydarzenie uruchamia lawinę kolejnych, coraz bardziej pokręconych. I z jednej strony to najprostszy chyba sposób na thriller, bo ogranicza go tylko wyobraźnia scenarzysty, a tak naprawdę cudów narracji nie musi dosięgać, a z drugiej byle czym się widza przed ekranem nie utrzyma.

I wyznacznikiem jakości „A Hard Night” jest właśnie reakcja widzów na ten film, który po pierwszym weekendzie wyświetlania zapowiadał się na klapę. Mimo słabego wpływu z biletów ci, którzy go widzieli nakręcili taką spiralę zainteresowania filmem, że zanim zniknął z miejscowych kin obejrzały go już ponad trzy miliony widzów.

Jasne, ale gust koreańskiej widowni wcale nie musi być wyznacznikiem dobrego filmu dla nas. I rzeczywiście przez pierwsze minuty sytuacja jest na tyle abstrakcyjna, że trzeba do niej przyłożyć miarkę „no dobra, ale to Korea, tam tak pewnie jest”. Na szczęście długo to nie trwa, bo już po zawiązaniu akcji film rusza z kopyta i wciąga coraz bardziej, szczerze już zastanawiając co też się jeszcze jego bohaterowi przydarzy.

A bohaterem jest koreański glina, który w noc poprzedzającą pogrzeb swojej zmarłej matki śmiertelnie potrąca na ulicy przechodnia. Przerażony konsekwencjami postanawia wywieźć go w miejsce, gdzie nikt go nie odnajdzie. Pakuje trupa do bagażnika, rusza przed siebie, by za chwilę wpakować się wprost w środek policyjnej obławy na nietrzeźwych kierowców. Jego tajemnicze zachowanie od razu budzi podejrzenia funkcjonariuszy.

„A Hard Day” nie jest thrillerem z gatunku Siedem. Nie ma tu mowy o mrocznym śledztwie w strugach padającego deszczu. To bardziej thriller rozrywkowy, który chce się oglądać głównie z powodu ciekawości tego, jak bohater wyplącze się z kolejnych ciosów od losu (a wyobraźnię mają i los i bohater). W pierwszej połowie przypomina bardziej czarną komedię, by w drugiej zamienić się już w prawdziwą grę o życie – nie tylko bohatera, ale i jego rodziny. Ogląda się to bez znużenia, mimo że jak przystało na koreański film – trwa on blisko dwie godziny. Są to jednak dwie godziny dobrej rozrywki na koreańskim poziomie realizacyjnym. Czyt. poziomie wysokim.

(1832)

Nominowany w kilku kategoriach do wielu koreańskich nagród filmowych (parę nominacji zamieniło się w nagrody) film Kima Seong-huna swoją premierę miał na festiwalu w Cannes. Nie ma tu jednak mowy o żadnym artystycznym, festiwalowym kinie, a o soczystym thrillerze z gatunku, który ja nazywam per Wszystko Się Pieprzy. Jakieś wydarzenie uruchamia lawinę kolejnych, coraz bardziej pokręconych. I z jednej strony to najprostszy chyba sposób na thriller, bo ogranicza go tylko wyobraźnia scenarzysty, a tak naprawdę cudów narracji nie musi dosięgać, a z drugiej byle czym się widza przed ekranem nie utrzyma. I wyznacznikiem jakości "A Hard Night" jest właśnie reakcja…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.