The King of Arcades

Niby komputerowe gry arkadowe już dawno wypadły z obiegu i w dobie konsoli do gier i grania z kumplami po sieci nikt o nich nie pamięta, a jednak temat to wdzięczny, na który nakręcono już przynajmniej kilka filmów. Po średnim Chasing Ghost i znakomitym The King of Kong, teraz czas na „The King of Arcades”.

Przewija się tutaj wiele znanych z poprzednich filmów twarzy. Jest Walter Day w swojej koszulce sędziego hokejowego, jest Billy Mitchell z tradycyjną fryzurą na czeskiego piłkarza i jest też Steve Wiebe, ale jego jest niedużo. Wielce żałuję, że nie ma za to mojego ulubieńca – Roberta Mruczka. No szkoda. Wszyscy jednak, którzy są i ci, których nie ma – w tej akurat produkcji stanowią tło dla głównego bohatera, tytułowego Króla Richiego Knuckleza.

Richie, frontman zespołu rockowego tak sławnego, że nawet na Wikipedii nie mogę o nim znaleźć wzmianki (ale może słabo szukam) pewnego dnia doszedł do wniosku, że nie ma co dymać w hucie, ale trzeba robić to, co się kocha. A że kochał arkadowe gry, postanowił wskrzesić ducha dawnych salonów gier. Odrestaurował dziesiątki starych maszyn i wprowadził w życie swój pomysł.

„The King of Arcades” to po trosze film o grach, a po trosze o samym Richie’em. To facet, któremu nie zamyka się gęba i właśnie z jego ust poznajemy historię oryginalnego biznesu, a przy okazji parę złotych myśli. Sam nie wiem, co o kolesiu sądzić – trochę mnie denerwował, a trochę wzbudzał sympatię. No ale chyba właśnie tacy powinni być ludzie, o których kręci się filmy. W każdym razie ten konkretnie film nie jest tylko historią gier w pigułce, ale przede wszystkim opowieścią o człowieku z pasją. Ze wszystkimi jego wzlotami i upadkami. Opowieścią pełną nostalgii do czasów, które dawno minęły, ale które dzięki takim właśnie ludziom wciąż są żywe.

W trakcie seansu nie sposób nie wspomnieć swojego dzieciństwa i gier naszej młodości. Życie życiem, ale w dokumencie o grach nie mogło ich przecież zabraknąć. Twórcy filmu przepytują więc ile wlezie mistrzów świata w przeróżnych grach (cóż za przedziwny panteon), a także osoby związane z tym przemysłem. Znów możemy posłuchać paru laurek pod adresem Waltera Daya, który słusznie kreowany jest na wizjonera. Bo i takim wizjonerem był, szkoda tylko, że oprócz koszulki hokejowego sędziego niewiele więcej z tego ma. No jeszcze przyjaźnie, a to – mówią na mieście – najważniejsze.

Takie pomieszanie dość hermetycznego tematu z życiem codziennym sprawia, że to film dla każdego. Nie tylko dla tego, kto spędził dzieciństwo w salonach gier. W końcu np. ja tak go nie spędziłem (mój stosunek do gier jest dość dziwny, chciałbym lubić w nie grać, a nie lubię; znaczy lubię, ale bardziej przemawia do mnie rozrywka, którą można skończyć w 120 minut; a Bollywood w 180 :) ). Choć w moim Ogrodzieńcu też taki salon był, a maszyny działały na 20-złotówki z Marcelim Nowotką, a nie na jakieś tam ćwierćdolarówki. Trochę tam pograłem, ale nigdy mistrzem w nic nie byłem. Ale wiele gier pokazanych w filmie obudziło moje wspomnienia. No bo kto nie ma żadnych wspomnień z „Moon Patrolem” czy „Froggerem”? A kilka z nich otworzyło jakąś przegródkę w moim mózgu odpowiedzialną za okrzyk: „O cholera, grałem w to! Zupełnie zapomniałem!”. To w ogóle fajne uczucie, bo człowiek myślał/myśli, że grał w jakąś wymyśloną w NRD pierdołę, której nikt nie zna, a tu się okazuje, że to ogólnie znane na całym świecie gry. I wiele to mówi o „tamtych czasach”. Człowiek nic nie wiedział, co się dzieje na świecie.

Czyli, jak chyba widać, fajna sprawa. 8/10.

(1772)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.