The King of Kong – A Fistful of Quarters

„Wyzwałem Billy’ego na pojedynek. Byłem w gazie i szło mi nieźle. To była świetna gra, którą zakończyłem z 200 tysiącami punktów. Billy zrobił 800 tysięcy. Na pierwszym życiu”.

Ameryka to wspaniały kraj. Bez ironii. Można się z nich śmiać, że nie potrafią dobrze podpisać Polski na mapie konturówce Europy i z wielu innych rzeczy, które można by mnożyć, ale nigdzie indziej jak właśnie w Ameryce z wszystkiego potrafią zrobić Coś. Zawsze imponowało mi ich podejście do sportu (rozgrywki licealne, akademickie itd. – więcej o tym pozachwycam się w recce „Undefeated”) i w ogóle do współzawodnictwa. Nie znajdzie się chyba takiej dziedziny życia, której właśnie w Ameryce nie doprowadzą do perfekcji traktując ją z powagą godną Sądu Ostatecznego. I może ten mistrz świata w sklejaniu domków z zapałek, rzeźbieniu w maśle, czy w pluciu na odległość tylko to w życiu potrafi, ale właśnie w tym jest najlepszy.

Może trochę przesadzam, bo wszelkie rekordy bije się na całym świecie, nie tylko w Ameryce, ale fakt jest faktem, że często łapię się na tym, że nawet nie pomyślałbym, że z czegoś można zrobić zawody sportowe i wyłaniać w nich mistrzów, a tymczasem tacy perfekcjoniści co roku spotykają się w jakiejś dziurze w Ameryce i tam walczą na śmierć i życie o to, który z nich jest najlepszy. Nieważne, że dotyczy to czegoś, co interesuje jakiś malutki promil osób na całym świecie. I bardzo mi się to podoba – stąd ten entuzjastyczny i czołobitny początek.

Tematem opisywanego tu filmu jest właśnie takie współzawodnictwo. Może nie w aż tak niszowej konkurencji, bo – szczególnie ostatnimi czasy – zawody w grach komputerowych są coraz bardziej popularne, a jednak wywołującej uśmiech na twarzy na myśl o tym, że i tacy zapaleńcy chodzą po świecie. Mowa o osobach grających w klasyczne arkadowe (nie wiem, czy to dobre określenie, pardon) gry wideo, a dokładniej o specach od starego, poczciwego „Donkey Konga”.

Jak w każdej rywalizacji – muszą być dwie strony. Nie inaczej i w tym przypadku. Oto Mistrz, przez wielu określany jako najlepszy gracz komputerowy na świecie. Uznany, opiewany w pieśniach, zapraszany na konwenty, wyznaczający styl życia dla jego wyznawców. A oto Pretendent, koleś, który właśnie stracił robotę, a który zawsze chciał być w czymś najlepszy. Wybrał „Donkey Konga” i postawił maszynę do niego u siebie w piwnicy. I ćwiczył, by któregoś dnia pobić ponad dwudziestoletni rekord Mistrza. Oprócz nich jest też Sędzia, który wprowadza nas w tajemniczy świat oficjalnych rekordów i sposobu ich uznawania, a także kilku Zauszników Mistrza, którzy dla mnie – szczególnie jeden z nich (archetypowy w zasadzie: „już dochodziłem do kill screenu, ale…”) – są tu charakterami najczarniejszymi. Choć wkurwiają tak zwyczajnie po ludzku, a nie na poziomie robienia komuś wielkiej krzywdy.

Ale nie tylko oni, bo zanim skończy się film – wiele stanie na głowie.

TKoK to znakomity dokument, niemal trzymający w napięciu do ostatnich chwil thriller, którego zakończenia wyczekujemy z rosnącą ciekawością. Pełen krwistych postaci, na pewno bardzo geekowych i, można by rzec, stereotypowych, ale nadających produkcji niepowtarzalnego kolorytu, smaku i klimatu. Niemal bliźniaczo podobny do świetnego tegorocznego „The Crash Reel” (k…a! znowu nie ma recenzji??) opowiadającego o snowboardowej rywalizacji Kevina Pearce’a i Shauna White’a, ale dla mnie o jeden punkcik lepszy. Bo choć nie tak dramatyczny, to różniący się jedną, znaczącą kwestią. TCR opowiada o poważnych zawodach, igrzyskach olimpijskich i zmaganiach, które śledzą na żywo miliony, natomiast TKoK to zabawa w coś, o czym nikt by nawet nie pomyślał, że wzbudza podobne emocje. A jednak, dla bohaterów tego filmu to zmagania równie epickie jak igrzyska. I dla widzów za chwilę już też.

A skoro ten jeden punkcik wyżej, to ocena może być tylko jedna: 10/10. Dokumenty rządzą światem!

(1633)

3 odpowiedzi

  1. Odkopując trochę – dzisiejszy dzień dniem nerdowskich dokumentów. Ostrzę zęby na „The King of Konga”, „Man vs Snake” za mną, świetna rzecz!

  2. Quentin

    Tak, „Man vs Snake” jest zacny, ale „The King of Kong” zacniejszy. Jest dużo więcej Billy’ego Mitchella, no i jest mój ulubieniec Robert Mruczek. Oraz jednak dużo ciekawsza historia niż ta związana z rekordem w Nibblerze. Nie wiem tylko jak wypadnie oglądana jako druga, bo jednak trochę informacji dotyczących backgroundu Twin Galaxies się powtarza.

    BTW gdzieś tam na ścianie w „Man vs Snake” przez moment miga plakat „The King of Kong”.

  3. Super, oczekiwania mam duże, myślę, że się nie zawiodę. Billy’ego się świetnie oglądało już przez te parę minut w Nibblerze.
    „Man vs Snake” w pewnym momencie (a dokładniej, w momencie śledztwa wokół rzekomego cheatu Dwayne’a) łapie drugi oddech, uwielbiam to w filmach.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.