The Grand Seduction

Nieustannie cierpię na brak filmów lekkich, łatwych i przyjemnych. Zrobionych bez zadęcia, bez kombinowania czy dać kategorię R czy PG-13, bez ambicji do tego, żeby być nieprzeciętnym Ą i Ę. Ostatnio mało takiego kina albo ja na takie nie trafiam. Komedie romantyczne, które przez dłuższy czas zaspokajały te moje potrzeby, wypaliły się razem z Meg Ryan (choć ona wypaliła się bardziej), a prostych obyczajówek bez specjalnie wielkich dramatów też jakoś na horyzoncie dużo się nie pojawiło. Chcesz film z efektami specjalnymi to wystarczy, że rzucisz kamieniem w stertę filmów – trafisz. Chcesz niewymagającą, ale jednocześnie wystarczająco mądrą komedię obyczajową – kombinuj.

„The Grand Seduction” był moim grand kandydatem do roli takiego filmu. Oczekiwania spełnił, bo i złego słowa o nim nie mogę powiedzieć, ale oczekiwałem czegoś więcej. Proszę mnie nie pytać czego, nie wiem, nie jestem reżyserem. Film był przyjemny i nic ponadto. 7/10.

Małe, senne, kanadyjskie (chyba kanadyjskie, pół filmu zajęło mi rozkminianie gdzie się dzieje akcja filmu; nie podpisali i chłop się gubi 😛 – Irlandczyk w roli głównej, wysokie brzegi, ocean – ale bohaterowie lubili hokej, więc raczej nie Irlandia) miasteczko (port właściwie) ma problem. Odkąd zakazano połowów, miejscowi rybacy nie mają pracy. Odbierając co miesiąc zasiłek odzierani są z resztki godności, którą przywrócić im może praca. A na tę jest nadzieja w fabryce, która może tu zostać zbudowana. Potrzebny jest tylko lekarz na etacie, a tego brak. Z pomocą przychodzi przypadek i młody chirurg plastyczny, który utknął w miasteczku (porcie) na miesiąc. Mieszkańcy muszą zrobić wszystko, aby został tu na dłużej.

Każdy głupi się już domyślił, że mamy do czynienia z powtórką z rozrywki z „Przystanku Alaska”. I może w tym tkwi część mojego „problemu”, bo nigdy nie przepadałem za „Przystankiem…”. A tutaj wiele części składowych zgadza się co do joty. Nie jest to zresztą jedyne podobieństwo do innego dzieła, bo film Dona McKellara jest też przy okazji remakiem kanadyjskiej produkcji z 2003 roku pod tym samym tytułem (wiedziałem, że to remake, teraz widzę, że gdybym wcześniej przeczytał, że oryginał jest kanadyjski, to nie kminiłbym, gdzie dzieje się akcja). Oryginału nie widziałem, ale sądząc po zdjęciach – nic nie zmienili poza obsadą.

W rolach głównych zobaczymy tu sympatycznego jak zwykle Brendana Gleesona i nieco sztywnego jak zwykle Taylora Kitscha. Partneruje im kilka nieznanych twarzy obsadzonych po warunkach i bardzo dobrze odgrywających swoje role prostych ludzi, którzy nigdy nie wyściubili nosa poza swoje miasteczko (port). Zderzenie cywilizacji prostego człowieka z cywilizacją człowieka ery Facebooka przynosi sporo zabawnych sytuacji rozgrywanych w ładnych okolicznościach przyrody, ale filmowi bliżej do kina obyczajowego niż do prostej komedii. Nikt z seansu nie powinien być niezadowolony, a przy odrobinie dobrej woli będzie się nawet dobrze, wróć, sympatycznie bawić. Jeśli ktoś potrzebuje całkowicie odpocząć przy filmie, to „The Grand Seduction” nada się jak najbardziej. Człowiek niczym się tu nie zmęczy, bo przecież każdy już bez oglądania wie, jak się cały seans skończy.

(1777)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.