Strażnicy Galaktyki [Guardians of the Galaxy]

Powiem szczerze, że nie za bardzo wiem, co mógłbym o tym filmie napisać. Jest bardzo fajny, jest mocno przyjemny, warto wybrać się na niego do kina i to właściwie chyba tyle. Z jednej strony więc same superlatywy, ale z drugiej – coś chyba jest nie tak z filmem, o którym nie ma co więcej napisać. Problem w tym, że nie mam pojęcia co (jest nie tak – przyp. aut.). Może więc nic?

Seans nie miał łatwego wprowadzenia. Jeszcze na urlopie dopadły mnie entuzjastyczne wiadomości od gambita, że oto obejrzał prawdopodobnie najlepsze, co przydarzyło się kinu rozrywkowemu w tym wieku. A kto wie, czy jeszcze nie dalej w przeszłość. Zwykle nasze opinie się pokrywają, ale nie chciało mi się wierzyć, że jest aż tak dobrze. Fakt, dobre zwiastuny zmieniły szybko moje nastawienie do „Strażników…” z wieszczącego kupę stulecia na przewidywanie fajnego filmu, ale jednak nie arcydzieła.

No i arcydzieła nie zobaczyłem. Czy to aż kina, czy tylko kina rozrywkowego. Zobaczyłem lekki film łamiący na pół śmiertelną powagę i patos komiksowych produkcji takich jak Batmany czy nowe Spidermany, chyba naprawdę dobrze się bawiłem („chyba”, bo ze śmiechu nie umarłem ani razu), ale wciąż – coś było nie tak.

Mimo tego przeświadczenia przyczepić się mogę jedynie początku, a ściślej rzecz biorąc kilku minut po porwaniu małego Petera w kosmos. Musiała minąć ta kilkuminutowa chwila zanim wpasowałem się w klimat filmu. Była potrzebna do tego, żeby tekściki i grypsy zaczęły mnie bawić. Bo, szczerze mówiąc, tym początkowym trochę brakowało w moich oczach. Niby ktoś rzucał onelinerem, ale już zaczynałem się krzywić, że to bardzo wysilony oneliner. Na szczęście potem mi przeszło. Pewnie więc przesadzam, a sądzę, że to dlatego – i tu drugi zarzut – że zbyt szybko zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę nowego uniwersum. My, czyli ci, którzy komiksowego pierwowzoru nie znają. Ci drudzy zapewne nie mieli z tym problemu, ale ja miałem. Czułem się tak jakbym zaczął oglądać film od dziesiątej minuty przegapiając całe wprowadzenie. Czyimi córkami/siostrami/łotewer były Gamora i Cebula do tej pory nie wiem. Jasno to nie zostało wyjaśnione, jak i zresztą inne zawiłości łączące bohaterów – ten jest niedobry, ten jest jeszcze gorszy, ci miłują pokój, tamci coś tam… Trudno się cieszyć z onelinerów, gdy się człowiek stara nadążyć.

A kiedy już kompas mi się w głowie poustawiał na właściwą północ – problemy zniknęły.

Od premiery filmu zdążyły się już przewalić pod jego adresem przeróżne pochwały i właściwie mógłbym się pod wszystkimi podpisać. Nie ma większego sensu ich powielanie. Owszem, GotG są filmem lekkim, zabawnym, mają szybkie tempo, zwariowaną fabułę, świetną ścieżkę dźwiękową, wyraziste postaci (Szop i Groot miażdżą wszystko – aż człowiekowi głupio, że go wzruszają animowane nieistniejące postaci), wartką akcję, w wielu miejscach stempel z poczucia humoru reżysera Jamesa Gunna („czemu miałbym mu przejechać palcem po szyi?” itd.), no i perfekcyjną realizację z o dziwo dobrym 3D. Wszystko to prawda. Tyle, że tam, gdzie inni wygłaszający taką opinię podsumowują, że obejrzeli arcydzieło, film roku i inne pochwały – ja nie mogę. Film oceniam wysoko – 8/10 – ale np. drugi „Kapitan Ameryka” (nie ma Q-recki? no ja p…) podobał mi się bardziej, żeby pozostać w komiksowym temacie.

(1754)

PS. Szkoda Benicia del Toro do takich ról jak tutaj. Johna C. Reilly w zasadzie też. „W zasadzie”, bo go nie lubię i mi wszystko jedno.

Tak, Glenn Close też szkoda. 

PS2. Do niedawna komiksowym królem był Joss Whedon (sprzeczałbym się co do jego wielkości, ale mi się nie chce), niedługo James Gunn może go zdetronizować. Obaj zresztą mają podobną wizję swojego kina. Najwyraźniej widać go w scenie z wizytą u ww. del Toro i jego muzealnymi zbiorami. Niektórzy już pewnie czekają na blureja, żeby połowić smaczki w postaci eksponatów. Nie inaczej było w Domie w głębi lasu i piwnicy z horrorowymi artefaktami… Bawienie się kinem zawsze ma przyszłość. 

2 odpowiedzi

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.