Ping Pong Summer

Znowu będzie o mojej liście Do obejrzenia, ale tym razem króciutko. Króciutko, bo niepochlebnie 😉 Poza tym nie ma się co męczyć, bo i tak zawęziło się grono odbiorców Q-Bloga, gdy ponarzekałem na politykę Bloxa na fanpage’u Bloksa – od razu czytelnictwo spadło mi z tragicznego do bardzo tragicznego. Przypadek?? MACIEREWICZ MODE OFF 😀

Ideą listy jest zapisywanie na niej rzadkich filmów, które uważam (po opiniach, recenzjach, zwiastunach) za godne do zobaczenia kiedyś tam. Przeważnie późno, bo na listę trafiają filmy, które po życiu festiwalowym dłuugo czekają na swoje drugie życie. Do tej pory jakiejś poważnej wpadki w moim przeczuciu nie zanotowałem – „Ping Pong Summer” drastycznie obniża mu skuteczność. Mojemu przeczuciu znaczy się.

Bohaterem filmu jest dorastający chłopak, który gdzieś tak w połowie lat osiemdziesiątych przyjeżdża z rodzicami do prowincjonalnej stolicy krewetek. Tam momentalnie zakochuje się w jednej z miejscowych dziewczyn, a także podpada miejscowym łobuziakom, którzy przeganiają go z klubu gier, w którym próbował sobie poodbijać piłeczkę na stole pingpongowym.

Czyli standard o dojrzewaniu. Coś, w czym każdy z nas może odnaleźć siebie itd. itp.

Niestety całość jest nudna i irytująca. To co prawda kino niezależne, któremu wiele można wybaczyć, ale bez przesady. Ideały były szczytne, bo twórcy porwali się z motyką na słońce chcąc wskrzesić ducha lat 80. zamiast niezależnym standardem wsadzić paru bohaterów do jednego pokoju, żeby starczyło budżetu. Niestety, miło dobrych chęci, przy próbie ogarnięcia tak ambitnego zadania wyszły na jaw wszystkie słabości niskobudżetowych produkcji. Nie ma więc mowy o wczuciu się w zamierzony klimat lat 80., bo na każdym kroku czuć budżetowe braki. Niczym dziwadła pojawiają się na ekranie bohaterowie (i przedmioty) wyglądający jak my trzydzieści lat temu, ale nie tworzy to żadnej całości. I przypomina raczej paradę przebierańców, którym ktoś kazał wpaść na plan i snuć się gdzieś tam w tle. Zupełnie nie pasują do świata, który przecież mają tworzyć.

Pomijając realizacyjną otoczkę, zupełnie nie przekonał mnie też sam film, który zapewne miał przypominać kino spod znaku Napoleona Dynamite’a połączonego z „Karate Kidem” (z Susan Sarandon – nieźle się trzyma – w roli sensejki). Żarty mnie nie smieszyły, a celowo przerysowane sytuacje raziły sztucznością. Szczególnie sceny gry w tenisa stołowego doprowadziły mnie do rozpaczy. Przerysowanie przerysowaniem, ale tak nieporadnie jak tam, to się z zamkniętymi oczami gra. Wpadłby byle jaki grający w pingla uczeń polskiej podstawówki z ww. lat i załatwił każdego serwa, czy odbicie soczystym ścinem. Nie byłoby co zbierać.

I ta duma jednego z zawodników, głównego bohatera, który cztery razy piłkę po kancie stołu świnią zagrał i nawet nie przeprosił jak należy, tylko miał minę jak mastah, że tak potrafi. Żałosne. Jak zresztą on sam. Ów główny bohater to mocny kandydat do miana największego lamusa w historii kina. Ten breakdancowy ruch przed serwisem… Co to, kurwa, było? AAAA. 4/10

(1747)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.