Miracle in Cell No 7, The Five

Po seansie kolejnych dwóch koreańskich filmów dokonałem dzisiaj wiekopomnego spostrzeżenia. Nie jest to wielce odkrywcze spostrzeżenie, ale chyba wcześniej go tutaj jeszcze nie wyartykułowałem. Otóż zastanowiłem się nad tym, dlaczego koreańskie filmy są takie dobre. I wyszło mi ni mniej ni więcej tylko tyle, że Koreańczycy po prostu się nie przejmują. I uważają, że jeśli coś pasuje do opowiadanej historii, to należy to bezwzględnie wykorzystać.

Niby proste, ale niewykonalne w „zachodnim świecie” obostrzonym PG-13 i polityczną poprawnością. Tutaj reżyser zanim coś nakręci, dwa razy zastanowi się, czy ludzie pójdą na to do kina, czy media nie zwyzywają go od rasisty lub homofoba itd. W związku z tym finalny efekt to wynik skomplikowanych równań pełnych założeń. Gdzie można zaryzykować, gdzie ryzykować nie wypada, które lepsze zło wybrać.

Inaczej w Korei. Jeśli dziecko ma krwawo zginąć, to dziecko krwawo ginie. Jeśli w komedii mamy fragment o molestowaniu, to jest to molestowanie. Jeśli ktoś krwawi, to krwawi. Itd. itp. Sprowadzam to tylko do przemocy, ale rozciąga się to także poza nią. Przy czym, bardzo ważna sprawa, znaleźli sposób na to, by nie było to niesmaczne i obliczone na tani efekt szoku, jak to często bywa w Hollywood. Tam albo mamy bardzo grzeczne filmy, albo idą po całości przekraczając wszystkie bariery – złotego środka od dawna nie uświadczysz. A Koreańczycy znaleźli ten złoty środek. Odkryli, gdzie można zagrać mocniej, a gdzie stonować napięcie komedią. Dodali do tego azjatycką wrażliwość (oto świat melancholijnych morderców, kochających rodziców dzieci, pełnych rozpaczy zwyczajnych nieszczęść) i azjatyckie uwielbienie mieszania stylów. Przy czym, w przeciwieństwie do popadającego w przesadę masalowego Bollywoodu, potrafią skutecznie pomieszać humor ze smutkiem. Thriller z komedią. Misz z maszem.

Miracle in Cell No 7

Wyobrażacie sobie hollywoodzki film o takiej fabule: Młoda prawniczka odwołuje się od wyroku na swoim niepełnosprawnym umysłowo ojcu, który przed laty został skazany za molestowanie seksualne i morderstwo. Wraca pamięcią do tamtych dni, gdy została sama, a kompani ojca spod celi znaleźli sposób, by przemycać ją do więzienia, by mogła być razem z ukochanym i kochającym tatą.

Podpowiem: nie wyobrażacie sobie ;P A może inaczej: wyobrażacie, ale macie przed oczami familijne kino, w którym scenę śmierci dziewczynki znamy z opowieści, a pedofilię raczej się przemilcza, skazując pewnie ojca za jakieś mniej straszne przestępstwo. Takich różnic jest dużo więcej, ale daruję sobie spoilery. Ważne jest to, o czym pisałem na początku: jesli coś jest ważne dla historii, to zobaczymy to w filmie. Jeśli tłuką głównego bohatera to go tłuką, jeśli szczegóły śmierci dziewczynki są ważne (zabił, czy jednak nie? a jeśli nie, to co się wtedy naprawdę wydarzyło?), to przeanalizujemy je szczegółowo i najlepiej w zwolnionym tempie, by poczuć grozę sytuacji i jeszcze bardziej wciągnąć się emocjonalnie w film. Jeśli coś może wzruszyć cię jeszcze bardziej – jasna cholera, dajemy to! A przy tym wszystkim to dalej pozostaje familijna komedia. Tylko w Korei.

O przypadku działania tej formuły nie może być mowy. „Miracle…” to właściwie największy sukces w historii południowokoreańskiej kinematografii. Zajmuje co prawda dopiero trzecie miejsce na liście najchętniej oglądanych filmów (z widownią ponad… 12 milionów widzów), ale w przeciwieństwie do filmów nad nim budżet i oczekiwania miał o wiele mniejsze. To po prostu ten jeden na milion przypadków, w którym coś po prostu się dzieje i nie do końca wiadomo nawet dlaczego. Choć oczywiście próby zrozumienia tego fenomenu są podejmowane.

Ostatecznie jednak nie ma się co dziwić, bo ta wzruszająca familijna historia to samograj. Znajdziemy w niej wszystko od śmiechu po łzy, a przecież tego oczekuje się po kinie. By rozbawiło, by wzruszało. „Miracle…”, szczególnie z tego drugiego punktu wywiązuje się znakomicie. I nie przeszkadza, że przedostało się do niego sporo tej dziwnej azjatyckiej stylistyki, którą po prostu trzeba akceptować, a i fabuła jest, co by dużo nie mówić, fantastyczna. Co z tego, skoro to działa. 8/10

***

The Five

Przeskakujemy już do rasowego thrillera, ale reguła, którą dzisiaj próbuję przeforsować, nadal działa. A sam film krótkimi momentami znów zahacza o umiejętnie wplecioną romantyczną komedię nawet. I właśnie przez to robi jeszcze większe wrażenie.

Oto w życie szczęśliwej rodziny wkracza z buciorami seryjny morderca. Za nic ma zbudowany kolorowymi ujęciami obrazek familii, która dni spędza na budowaniu kolorowych mozajek z klocków domina i zmyślnym ukrywaniu urodzinowych prezentów. Co w amerykańskim filmie znów pewnie byłoby tylko zaznaczone uciekającą za kadr kamerą, tutaj wręcz przeciwnie. Killer z zimną krwią morduje męża i córkę (która wydawała się być główną bohaterką filmu – spokojnie, to wszystko dzieje się na początku, a zresztą i tak pewnie nie będziecie oglądać ;P), a mamę z konieczności zostawia w stanie ciężkiej śpiączki. Mijają dwa lata. Przykuta do wózka inwalidzkiego matka obsesyjnie próbuje wytropić człowieka, który zniszczył jej życie. Wprowadza w życie plan, w który wplątana zostaje tytułowa Piątka.

Wszystkie te zabiegi byłyby jednak na nic, gdyby koreańskie filmy wyglądały jak nakręcone za 20 złotych. Nic z tych rzeczy. Sprawność realizacyjna wzniesiona została tam już na taki poziom, że nie ma nawet sensu o niej wspominać, bo to oczywiste, że pod tym względem jest znakomicie. Same zaś fabuły może lekko trącą naiwnością, ale to naiwność w dobrej wierze. Obecna tylko po to, by wywołać w widzu jeszcze większe emocje, a i zagmatwać nieco, często prowadząc do efektownego twista. Tutaj twista żadnego nie ma, ale i tak ogląda się to świetnie. 8/10. Nie rozpisuję się dalej, bo i tak już sporo zdradziłem.

Obejrzałem już dziesiątki koreańskich filmów, ale nadal mam to samo wrażenie, że koreańscy twórcy wciąż bawią się kinem, którego kręcenie sprawia im zwyczajną przyjemność. Nie wymyślają niczego, czego do tej pory by nie było, ale potrafią zgrany temat pokazać w taki sposób, że robi wrażenie. I to też bez wątpienia dzięki temu, że nie muszą się na nic oglądać. Jeśli coś doda filmowi wartości, to nieważne, że może nie pasuje, może jest zbyt zbulwersuje – ma się w nim znaleźć i basta. A ten dobry wpływ nieskrępowania niczym widać potem jak na dłoni, gdy spojrzy się na filmy kręcone przez koreańskich reżyserów w Ameryce. Z producentami na głowie, z książką nakazów i zakazów, z certoleniem się o każdą pierdołę za chwilę, jak na razie, wracają z podkulonymi ogonami do Korei. By kręcić kolejne świetne filmy.

(1716)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.