Metro Manila

Kontynuujemy zupełnie niezaplanowaną podróż po filmowym świecie, ale pozostajemy w krajach na literkę „F”. Wczoraj gościliśmy we Francji, by zaprezentować francuski, ale też niefrancuski zarazem Blood Ties, a dzisiaj gościmy na Filipinach i oglądamy niefilipiński, bo brytyjski film, na którym łatwo można by się nabrać, że jest niebrytyjski.

Pogubiliście się już?

A wszystko przez to, że zgłoszony przez Wielką Brytanię do tegorocznych Oscarów „Metro Manila” (ostatecznie podzielił los Wałęsy i w zasadzie wstyd, żeby był z nim w jednej szufladce), choć nakręcony przez Brytyjczyka itd. ma bardzo dużą zawartość Filipin w Filipinach. Akcja dzieje się w Manili (stolica Filipin :P), w głównych i wszystkich innych rolach występują Filipińczycy, którzy mówią po… dla pewności napiszę, że w języku, którym posługują się Filipińczycy.

MM od dłuższego już czasu znajdował się na szczycie mojej ekskluzywnej listy Do obejrzenia (muszę ją zaktualizować w końcu) i po seansie muszę przyznać, że było to miejsce w 100% zasłużone. Nie dziwią zupełnie nagrody i nominacje, jakie zebrał tu i ówdzie, bo na nie zasłużył. To z pewnością film, który zostaje w głowie, choć seans przez większość czasu nie jest przeżyciem miłym.

Oto mieszkający na wsi były żołnierz i jego rodzina zmuszeni zostają do emigracji do miejskiego megalopolis. Tam chcą poszukać lepszego życia, ale ich dobre serce nijak nie pasuje do surowych realiów ulicy, na której momentalnie się znajdują. I szybko będą musieli zrozumieć, że jeśli chcą na kogoś liczyć, to tylko na siebie.

Reżyserowi „Metro Manila” udała się niełatwa sztuka połączenia thrillera sensacyjnego z kinem społecznym. Pierwsza połowa filmu to zahaczająca niemal o dokumentalizm podróż po miejscach, do których nikt z nas nie chciałby nigdy zajrzeć. Wprost, a także miedzy słowami, dowiadujemy się dużo o codzienności anonimowych Filipińczyków, którzy często muszą schować do kieszeni godność, by tylko przeżyć. Łatwo ich wykorzystać i oczywiście znajduje się cała rzesza tych, którzy z uśmiechem na ustach to zrobią. I choć w szczegółach jest to opowieść o Filipinach, to dzięki uniwersalnym prawdom o świecie spokojnie można ją przełożyć na szerszy kontekst. Dlatego historia bohaterów porusza.

A w międzyczasie i mimochodem znajdujemy się w centrum emocjonującego thrillera i już do ekscytującego końca obydwa te światy świetnie się uzupełniają. Kawał kina, 10/10.

(1712)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.