Thor – Mroczny świat [Thor – The Dark World]

Zacznę może (na pewno!) niezbyt optymistycznie. Otóż gdzieś tak w środku seansu przeszła mi przez głowę jedna myśl: Rany, jaka to strata czasu! Co ten film wniesie dobrego w moje życie, żeby nie żałować tych dwóch godzin? Ano nic. Wyimaginowane statki strzelają do siebie w wyimaginowanej krainie pełnej wyimaginowanych krajobrazów… Rany, jakie to głupie!

Razem z myślą nie przyszło jednak żadne katharsis, jeno lekki niesmak pozostał, że nie spożytkowałem tego czasu np. na czynienie dobra (choćby i tylko dla siebie). Gorzej. Gdy do kin trafi trójka to pewnie też na nią pójdę, choć dobrze wiem, że to również będzie strata czasu. Ale, oby jak w przypadku dójki, dość wartka i w porównaniu do słabej jedynki – o wiele lepsza.

Podziwiam Marvela, że tak sobie to wszystko ładnie poukładał i wykombinował. Co pół roku jakiś film, co dwa/trzy lata większe pierdzielnięcie i tak do kolejnych części i kolejnych setek milionów zarobionych dolarów. Szapoba. Drugi Thor, umiejscowiony rzecz jasna po rozpierdusze w Nowym Jorku, nijak nie pchnął do przodu komiksowego uniwersum. Druga część Avengersów pewnie wyglądałaby tak samo, czy powstałby Thor 2 czy nie i już samo to zasługuje na pochwały. Niby ciąg dalszy, ale tak naprawdę film, którego mogłoby nie być – sprytne. Gdzieś do tego jeszcze wmiesza się pewnie delikatnie shieldowy serial i ciągle pozostanie wrażenie jednej wielkiej ciągłości przy czym kolejne jej fragmenty równie dobrze mogłyby egzystować osobno.

Asgaard ma kłopoty. Do końca nie wiem jakie, bo się pogubiłem już na początkowej przemowie (swoją drogą ciekawe, co czuje Anthony Hopkins musząc wygłaszać takie tyrady pełne wymyślonych nazw, a przy tym pozostać śmiertelnie poważnym jakby mówił o problemach egzystencjalnych Ziemi), ale centralne w nich miejsce ma jakiś tam czerwony Eter (substancja taka, bardzo groźna!) i facet, którego kiedyś wygnano w kosmos, ale niezbyt daleko i w statku kosmicznym, którym szybko może przylecieć z powrotem do Asgaardu. Kłopotom zaradzić może jedynie Thor i to tylko w towarzystwie uwięzionego za rozwałkę Wielkiego Jabłka – Lokiego. A jemu zaufać nie można.

W tym samym czasie na Ziemi na Thora czeka Natalie Portman i za chwilę oba światy zaczną się przenikać.

Jedynka nie podobała mi się wcale, ale dwójkę już bardzo przyjemnie się ogląda (pomijając oczywiście, że to strata czasu :) ). Sama akcja może nie robi takiego wrażenia, bo rozpirzanie wymyślonej krainy raczej nikogo nie wzruszy – wiadomo, że to dekoracje, a i wczuć nijak się nie można jak w sytuacji, gdy np. wieczny mróz atakuje dobrze nam znane miejsca – ale duża dawka dobrego humoru nadaje filmowi lekkości i sprawia, że chce się go oglądać. Jest oczywiście sporo smaczków, a przenikanie się światów zostało tu wyżęte do granic dawanych przez to możliwości. Thor jest odważny, Loki podły, Natalie Portman ubrana (w przeciwieństwie – niestety – do Stellana Skarsgarda), a Eccleston – główny wróg – chłodno diaboliczny. Dzieje się sporo, przynudzania nie ma – śmiało można się odmóżdżyć. 7/10

Po filmie są oczywiście obowiązkowe after creditsy. Osobiście moda ta działa mi na nerwy, ale co poradzić. Fajne to było w jednym filmie na tysiąc, ale w co drugim to już się robi nudne. Strach z kina przed czasem wyjść, a strach też siedzieć do końca niepotrzebnie jak baran. Tyle dobrego, że w przypadku Marvelów ac są pewne. A w przypadku T2 było ich aż dwa. Jeden zapowiadający jakiegoś spinoffa, którego nie ogarniam (nie wygląda zachęcająco, nawet z Beniciem del Torem), a drugi już taki standardowy na samym końcu napisów. Doczekaliśmy na niego z gambitem jako jedyni na całej sali i nie zraziło nas nawet to, że już dochodziła pierwsza w nocy.

Nie traćcie pieniędzy na 3D, jeśli uda Wam się ustrzelić 2D bez dubbingu to wybierajcie bez wahania. Lepiej na tym wyjdziecie.

(1622)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.