World War Z

Żadnemu filmowi nigdy nigdzie nie pomogły zawirowania wokół niego. Dokrętki, rewrite’y, nerwowe reakcje na próbne pokazy, czy nieodmienne przekonanie producentów, że oni wszystko wiedzą najlepiej. „World War Z” to najnowszy przykład na to stwierdzenie. Film pełen zostawionych w scenariuszu dziur (nie mylić z plothole’ami), w które producenci powpychali swoje pomysły.

Nie zgłębiam się za bardzo w temat, bo i gra nie jest warta poświęconego czasu, ale w oparciu o to, co gdzieś tam do mnie przez ostatnie lata docierało i o napisy początkowe WWZ, bez weryfikacji faktów (jak na posiadacza bloga przystało) stwierdzam, że powstawaniu filmu towarzyszył jeden wielki chaos. W „story by” mignęło mi nazwisko niespełnionej wielkiej scenariuszowej nadziei białych J. Michaela Straczynskiego (nie tak wcale dawno temu pojawił się jak Filip z Konopi i wydawało się, że teraz napisze scenariusz każdego hollywoodzkiego filmu), ale już wśród twórców scenariusza próżno było go szukać. Wnioskuję więc, że napisał pierwszy scenariusz, coś poszło nie tak, i postanowiono po nim poprawić. Moje podejrzenia potwierdza to, co zobaczyłem.

Fabuła jest prosta jak drut. Cały świat opanowuje epidemia zombie, a prawdopodobnie jedyną osobą na świecie, która może ją powstrzymać (drugą wysyłają do Korei nie zapewniając jej żadnych większych zabezpieczeń) jest Gerry Lane (Brad Pitt), który robił różne niewiadomo tajemnicze rzeczy w różnych ogarniętych niepokojami miejscach na świecie. Liberia, Bośnia – z grubsza wszędzie tam, gdzie z wizytą zawitała później Angelina Jolie niosąc pomoc i dobre słowo. Zresztą wpływ boskiej Angie widać przez cały film, bo i Pitt pracuje dla ONZ i obcokrajowego dzieciaka „adoptuje” – dziw, że też nie było jej w „story by” (tak, wiem, że to film na podstawie książki; może to jednak jej „wina”). No i na świecie jest generalnie coraz bardziej przerąbane, a Gerry próbuje znaleźć ratunek.

Trudno powiedzieć do końca, jaki tak naprawdę gatunek reprezentuje WWZ. Nie jest to na pewno klasyczny zombie-horror, ale nie jest to też film akcji, na który wskazywałyby zwiastuny. Piramidy zombie i przechwytywane w ten sposób helikoptery to może z pięć minut filmu. Nie jest to też film gore, co oczywiste po rzuceniu okiem na rating – twórcy starają się jak mogą, żeby nie dać się zirytować widzowi, że krwi tu brak, ale czasem aż się prosi, żeby było widać, jak Pitt wyjmuje siekierkę czy inny łom z głowy zombiaka… Najbliżej mu więc chyba (filmowi, a nie Pittowi) do kina katastroficznego, choć niestety przez dłuższy czas zupełnie pozbawionego napięcia. Trudno o nie, bo fabuła naznaczona kolejnym przepisywaniem jest poszatkowana strasznie i ułożona z jakichś pomysłów, których nie ma czasu rozwinąć. Jakby ktoś próbując załatać jedne dziury, stworzył za razem dziury kolejne.

Niżej będzie trochę lightowych SPOILERÓW. Zaznaczam, żeby nie było, ale uważam, że to film z gatunku tych, co to nie ma się w ich kontekście co martwić spoilerami.

Momentów w WWZ, w których nic tylko złapać się za głowę jest za dużo. Gerry fruwa od Korei po Izrael aż do Szkocji, co pewnie ma uwypuklić skalę światowego problemu, ale przeciwnie, sprawia wrażenie jakby ktoś za wszelką cenę chciał uatrakcyjnić film egzotycznymi lokacjami. A w każdym tym miejscu przy okazji sprowadza apokalipsę. Bezpieczny Izrael wraz z jego przybyciem za sprawą śpiewanej zupełnie z tyłka pieśni (tak to zmontowali, że właśnie tak wygląda, przysięgam), zamienia się w kolejne siedlisko zombie itd. itp. W międzyczasie szum informacyjny nasilają wiadomości a to z Indii, a to z Korei Północnej i nie ma nawet czasu, żeby je przetrawić. Jakby opowieść o wyrywanych Koreańczykom zębach miała sprawić, że powiemy: WOW. (Choć to w sumie fajny patent, tylko nigdy nie skumam, czemu zakrycie aktorowi zębów charakteryzacją uważane jest za załatwienie sprawy; aktor nigdy nie wygląda wtedy jak ktoś bez zębów, tylko jak ktoś z charakteryzacją na zębach – niby nic, ale w produkcjach za miliony powinni dbać o takie pierdoły). Żadnych emocji i współczucia nie budzi też np. odsyłanie niepotrzebnych ludzi z lotniskowca na stały ląd. „W sumie miłe z ich strony, że ich do morza nie wypierdalają” mruknął tylko gambit i miał rację.

No dobra, ale po czym właściwie widać ten nieumiejętnie łączony z kilku wersji scenariusz? A choćby po roli Matthewa Foxa, który wcielił się w khm khm Parajumpera. Myślicie, że gdy przyjmował tę rolę, to wiedział, że pojawi się w filmie przez minutę, a połowa widzów go nie pozna, bo będzie w hełmie? Szczerze wątpię. Musiał mieć jakiś wiekszy wątek, nie wierzę, że zagrał rolę, którą mógłby spokojnie obsadzić jakiś koleś z reklamy środka przeczyszczającego. Albo rys postaci. Taka żona Gerry’ego (intrygująco ładna Mireille Enos). Gdy wybuchła epidemia, spokojna i opanowana. Jakby razem z Gerrym robiła te różne niewiadomo tajemnicze rzeczy w różnych miejscach. Zachowała spokój, osłaniała tyły – no przysiągłbym, że też po wojskowym przeszkoleniu. Trach i nagle zamienia się w półidiotkę, która ściska telefon, dzwoni kiedy nie trzeba i bez protestu daje się z dziećmi wsadzić do helikoptera. Coś czuję, że debaty w produkcji o to czy to wojowniczka, czy może kura domowa trwały jeszcze w trakcie kręcenia filmu albo i przy ostatecznym montażu nawet. Dla WWZ w takim wydaniu w jakim jest lepiej by było, gdyby jej nie było (jakie zdanie 😉 nie wiem nawet, gdzie przecinki postawić, żeby było dobrze). I jej dzieci też, bo sceny z nimi tylko zanudzają. A jeszcze wzięli sobie jednego chłopca w kolejnym dziwnym wątku, któremu komuś brakło jaj, żeby po prostu całkiem wyciąć.

A mimo ogromu scenarzystów nie uniknięto też zwykłych głupot – ręka do góry, kto się nie zirytował na scenie z „powiadomcie moją rodzinę”? A także naiwności – białoruski samolot ratuje wysłannika ONZ, no jasne. Łukaszenko bym zrobił dopiero world war z(dupy).

Na szczęście jest też trochę dobrego w WWZ 😉 Przede wszystkim zdjęcia. Wrażenia robią plany ogólne ze świetnie sfilmowaną paniką na ulicach. Szczególnie lotnicze zdjęcia oblężonej Jerozolimy ogląda się z przyjemnością. Dlaczego nie ma tego więcej? Od razu byłoby przyjemniej dla widza. I efektowniej. I zgodnie ze zwiastunem, To nie, pełną napiecia scenę z rowerami dali itp. Pod koniec filmu pojawia się też w końcu – i to kolejny plus dla WWZ – napięcie. Dla samej sceny przedzierania się przez laboratorium warto rzucić na film Forstera okiem.

Generalnie więc, cytując za Q-Fejsem: WWZ to przeciętniak z potencjałem, ale przekreślony przez dokrętki, przepisywania scenariusza przez zylion osób itp. Określenie „World War bZdet” byłoby za mocne, ale kilka facepalmów jest. 6/10

(1557)

PS. Choć z drugiej strony, jak tak teraz czytam na IMDb jak się WWZ pierwotnie miało skończyć, to… :)

PS2. LOL. Ma się tego nosa. Parajumper miał mieć romans z żoną Gerry’ego, says Trivia. 

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl