U-a-ha, Maniaki dwa

Pamiętajcie, jak gdzieś wyhaczycie konkurs na najgłupszy tytuł czegokolwiek, to zgłoście do niego ten wpis.

Na początek cała fura dobrych wiadomości. Dobrych, zakładając, że ktoś w ogóle tęsknił za Q-Blogiem i codziennie go odświeża po trzysta razy (wiem, że nie, mam wgląd do statystyk :P). I już sto razy miał się odezwać z pytaniem, gdzie jestem i wyznaniem, że mu mnie brakuje, ale jakoś tak nie było dobrej okazji. Pierwsza dobra wiadomość jest taka, że żyję. Zresztą na Q-Fejsie można śledzić moje EKG. Druga dobra wiadomość jest taka, że remont w końcu się skończył i nie mam burdelu nad głową (a co najwyżej nauczycielkę muzyki). Wróciła cisza i spokój, zniknął rozgardiasz – można znowu pisać bloga. To trzecie dobra wiadomość. Ostatnia kończąca furę. Bo, że przez ten czas obejrzałem zylion filmów to napisać nie mogę. No ale remont rządzi się swoimi sprawami.

A teraz przechodzimy do sedna, czyli dwóch filmów o uroczym tytule „Maniac”. Jednego z 1980, a drugiego z 2012.

Pierwszy, podobno kultowy. Piszę „podobno”, bo w moich stronach kultowy nie był. Z innych dzieł jego reżysera – Williama Lustiga – na wyobraźnię młodego Q działał „Maniakalny gliniarz”, ale „Maniac” nigdy nie nawinął się pod jego magnetowid. W związku z czym musi ślepo wierzyć w to, że to kino kultowe. A w zasadzie nie musi, ale co mu szkodzi.

Jedna rzecz – kultowe, wcale nie znaczy, że dobre. Bo „Maniac” dobrym filmem nie jest. Gdyby nie jego „shock value” (sorry, memory, polskie słownictwo filmowe jest za ubogie), to nikt by na niego nie spojrzał. A nawet gdyby, to odpadłby widząc obleśnego głównego bohatera (autora scenariusza zarazem – który naoglądał się włoskiego kina –  i faceta, który pozwolił Rocky’emu Balboa odbierać w swoim imieniu długi). I nie ma moim zdaniem znaczenia, że koleś grał maniaka, jego obleśność to insza inszość. Nadaje się na drugi plan, a nie do roli głównej. A zresztą, pomijając kwestię obsady, nadal zostaje nam źle zrobiony film, w którym ktoś może i chciał dobrze, ale nie umiał tego zrealizować.

Jeśli więc warto w ogóle się za film Lustiga brać, to tylko z powodu kilku scen gore zmajstrowanych przez speca nad specami w tej dziedzinie – Toma Saviniego. No i ewentualnie jako podkładkę do jego remake’u, co zresztą ja byłem i uczyniłem.

A przechodząc do ww remake’u wypływamy nagle na zupełnie inne wody filmowej sztuki i mamy niepowtarzalną okazję, by zobaczyć, jak oryginał wyglądałby, gdyby nakręcili go ludzie znający się na swojej robocie.

O nowym „Maniacu” było głośno już od dłuższego czasu. Głównie za sprawą dwóch rzeczy – krwawego zwiastuna i, co niektórym nie mieściło się w głowie, Elijaha Wooda w roli tytułowej. Niebieskooki hobbit krwawym seryjnym mordercą?

Ano tak. Główny bohater filmu Francka Khalfouna (napisanego przez speców od francuskiej makabry dawno wessanych przez Hollywood – Alexandra Aja i Grégory’ego Levasseura) za dnia prowadzi sklep z manekinami (w końcu ma jakieś zajęcie, o tym, że bohater oryginału jest kamienicznikiem dowiadujemy się chyba tylko z opisu filmu, bo w filmie to tylko płacze i zabija na zmianę), a wieczorem poluje na kobiety skalpując je na pożegnanie. W domu opętany wspomnieniem rozwiązłej matki i mieszkający pomiędzy manekinami udającymi jego ofiary – coraz głębiej zapada się w swoją maniakalną naturę i nic nie wskazuje na to, że jest jeszcze dla niego jakiś ratunek.

„Maniac” (ten z 2012 roku, żeby nie było wątpliwości) jest przede wszystkim pięknie zrealizowanym filmem. Pod względem warstwy wizualnej, czy muzycznej nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia. Cieszy oczy pięknymi zdjęciami i przemyślanymi ujęciami, aż dziw bierze, że to „tylko” brutalny thriller (a dokładniej rzecz biorąc to giallo). Brutalny i krwawy, sceny mordów robią wrażenie i zdecydowanie nie polecam go osobom o słabych żołądkach (choć dla żołądków wprawionych raczej wielkich niespodzianek nie ma; jednak wciąż – piękno realizacji nawet i tych scen robi wrażenie). Przez większość czasu filmowe wydarzenia widzimy oczami głównego bohatera i tym samym osobiście możemy poczuć się tytułowym maniakiem. To zresztą kolejne wyzwanie dla operatorów – pokazać nam Elijaha w odbiciach luster itp – z którego wyszli z tarczą. Nie wiem tylko trochę po co im dalej w film, tym bardziej rezygnować z FPP-a na rzecz normalnego filmowania. Wydaje mi się, że ciekawiej i bardziej intrygująco byłoby utrzymać ten FPP do samego końca.

Elijah dał radę, choć całkowicie chyba nie odciął się od słodkich postaci, z których go kojarzymy (wiem, wiem, „Sin City”). Ale w roli maniakalnego mordercy wypadł przekonywująco. Duża w tym zasługa samej postaci, w którą się wcielił (w oryginale nie potrafiono pokazać jej dramatu, a beczący główny bohater nie zostawiał miejsca na sympatię). Nasz Frank nie jest bezmyślnym sadystą, który morduje, śpi, morduje, śpi. To człowiek, który sam jest ofiarą, który sam cierpi i któremu chcąc nie chcąc zaczyna się współczuć. I może też dlatego wybór słodkiego Elijaha wpłynął pozytywnie na całą historię… Polecam, jeden z najlepszych i najbardziej uzasadnionych remake’ów.

Maniac [1980]: 6/10
Maniac [2012]: 9/10

(1528)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.