Podgoniłem Bates Motel

1×10 to był finał sezonu, nie? No to nie tylko podgoniłem, ale wręcz jestem na bieżąco! Ha!

Boję się robić listę seriali, które muszę/chcę nadrobić i tych, które chciałem zobaczyć. Wyszłoby ich pewnie tyle, że na sam widok listy odechciałoby mi się je oglądać, bo i tak by było wiadomo, że nie dam rady. Zamiast tego obejrzałem BM i choć miało się skończyć tylko na siódmym odcinku, to dotarłem szczęśliwie do końca. Udowadniając tym samym coś, o czym dobrze wiem: że to nie o brak czasu na oglądanie chodzi, ale o moją nieumiejętność organizacji tegoże czasu. Kiedyś było z tym prościej, bo aż tyle rzeczy nie czekało, żeby rozproszyć.

Do sedna. Nie będę ściemniał, że połknąłem ciurkiem te cztery odcinki, bo tak strasznie się wciągnąłem, że trzeba mnie było odrywać od telewizora. Tak nie było. Przeciwnie nawet, bo serial sobie leciał, a ja przy okazji coś tam od czasu do czasu dłubałem odrywając jedno oko. Ale i tak sam fakt dotrwania do 1×10 przemawia bardzo na korzyść serialu, bo np. takiego konkurencyjnego „Hannibala” nie chce mi się ruszać w ogóle nawet w tle i tak tkwię przed 1×04.

„Bates Motel” jest porządnym serialem, który żadnego szumu nie narobi. Ot jest porządny na tyle, żeby już dawno być pewnym kontynuacji w kolejnym sezonie i na tyle, żebym na pewno na ten s2 okiem rzucił. Bo choć nie ma tam nie wiadomo jakich twistów i meandrów fabuły – których być nie może, bo i tak wiadomo na kogo Norman wyrośnie – to ogląda się go solidnie. Nawet jeśli jest zbudowany wg nieśmiertelnej formuły „nieważne co dzieje się w odcinku, ważne, żeby skończył się z przytupem”. Czasem te przytupy są mniejsze, czasem większe, ale całość i tak nie pozostawia miejsca na zbyt duże pole dla wyobraźni. Przy tak swobodnym traktowaniu litery prawa jak w tym serialowym miasteczku i tak wiadomo, że co by się nie popieprzyło, to i tak łatwo się to odkręci. Trup prosto po sekcji zwłok w hotelowym łóżku? Luz, koroner zabierze go z powrotem i nie ma tematu.

Innymi słowy – „Lost” (przywołuję nieprzypadkowo z wiadomych chyba względów, nie?) toto nie jest – żadnych tajemnic przed nami nie ukrywa. Na dobrą sprawę zresztą skończył się już po szóstym odcinku, bo po nim to już było z lightowej górki. Nie zdziwiłbym się – nie sprawdzałem – gdyby właśnie po tych sześciu odcinkach kierownictwo stacji miało decydować o dalszych losach serialu. A nawet jeśli – w sumie dobrze, bo to dobrze wróży na kolejny sezon.

Minusy oczywiście są, ale dla takiego serialu, który można oglądać „w tle” nie czynią większej różnicy. Największy dla mnie minus to grający Normana Freddie Highmore. Sam już nie wiem czy on jest taki okropny (scena erotyczna z jego udziałem będzie mi się śnić w koszmarach po nocy), czy to tylko jego postać i tak świetnie ją gra. Przy czym bliższy jestem wersji pierwszej, bo serialowy Bates wcale nie jest creepy i spooky. Dziwny co najwyżej. I ślepy. Bo jak można woleć niezbyt urodziwą Bradley od Emmy? Hellouu! Średnio napisana jest też rola jego matki, która w zależności od humoru scenarzysty raz jest prawdziwie szurniętą mamuśką synusia, a innym razem całkiem sympatyczną kobitką. Raz zachowuje się rozsądnie, a innym razem jak idiotka. Wzięliby się i zdecydowali.

Paradoksalnie więc ciekawsze dla mnie jest całe otoczenie Normy i Normana niż oni sami, którzy powinni być główną siłą napędową tego serialu. Serialu, o którym raczej za pięć lat nikt nie będzie pamiętał, ale któremu póki co nie jestem w stanie dać swojego prywatnego cancela. 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.