Włoski tydzień, odc. 2

Wpadło mi wczoraj w oko, że Ennio Morricone skrytykował Quentina Tarantino za nieumiejętne wykorzystywanie jego muzyki w swoich filmach. Opinia i gust – nikomu nie można zabronić posiadania swoich, więc komentować nie ma co, bądź co bądź autor muzyki wie najlepiej, do czego pasuje jego muzyka. Nie mogłem się jednak powstrzymać przed drobnym uśmieszkiem, bo nie podlega wątpliwości, że kto jak kto, ale akurat Włosi (niekoniecznie Ennio, choć zilustrował tyle tytułów, że na pewno by się coś znalazło) są mistrzami świata do wstawiania do filmów nie takiej muzyki, jak by się na chłopski rozum wydawało, że powinna tam brzmieć. Muzyki często pięknej, ale do krwawych jatek pasującej jak pięść do oka. I tak np. jeden z najpiękniejszych filmowych motywów sielsko-romantycznych przygrywa w Cannibal Holocaust.

Piszę o tym we wstępie, bo dzisiaj będzie trochę o niepasującej muzyce, Ennio Morricone i Quentinie Tarantino.

Siedem czarnych nut (1977) [Sette note in nero aka The Psychic aka Seven Notes in Black]

Chyba w czarnej tonacji, nie? 😛 Ech te polskie tytuły.

Prawdopodobnie najlepszy film, jaki wyreżyserował Lucio Fulci. A wyreżyserował ich sporo. Piszę „prawdopodobnie”, bo nawet połowy nie widziałem, ale na podstawie tego co widziałem nie sądzę, żeby po drodze czekało na mnie coś lepszego. Choć nie wykluczam takiej możliwości.

W wielu miejscach pisze się o „The Psychic” (kiepski, kawonaławowy tytuł nijak nie umywający się do włoskiego oryginału) jako o filmie giallo, ale z nurtem tym raczej nie ma nic wspólnego. To bardziej romantyczny thrillero-horror, który z pewnością zawiedzie miłośników krwawej wersji Fulciego znanej chociażby z „Zombi 2”. W rzeczywistości „The Psychic” znajduje się gdzieś tak pośrodku filmografii tego płodnego i zdolnego reżysera pomiędzy kinem giallo (i zylionem innych uskutecznianych przez niego gatunków), a finałowym krwawym rampage’em, którym zapewnił sobie nieśmiertelne miejsce wśród fanów przebijania oczu drzazgą i wiercenia dziury w głowie wiertarką.

I choć nie mam nic do przebijania oczu drzazgą czy do podwodnych zapasów zombiaka z rekinami, to chyba jednak trochę szkoda, że reżyser potrafiący zrobić tak dobry pod każdym względem film jak „The Psychic” wolał wykąpać się w morzu krwi. A może tylko przypadkowo mu wyszedł? Może większa w tym zasługa scenarzystów odpowiedzialnych za skrypt? Trudno powiedzieć, wszak napisał go m.in. Dardano Sacchetti, czyli stały scenarzysta Fulciego do czasu oskarżenia go przez reżysera o kradzież pomysłu na film. A że i na koncie Sacchettiego (sporo filmów opisywanych przeze mnie we włoskim tygodniu jest i będzie jego autorstwa) jest sporo gniotów, to wynika z tego raczej taki morał, że „The Psychic” to film, który po prostu wszystkim wyszedł.

Główna bohaterka filmu, Virginia, postanawia wyremontować letnią posiadłość swojego męża, która z lekka zaszła kurzem przez kilka ostatnich lat. Pojawiając się na miejscu zauważa, że jedno z wnętrz posiadłości jest łudząco podobne do pokoju, który wcześniej widziała w swojej wizji. Wizja była to niezbyt przyjemna, pełna tajemniczych szczegółów i przede wszystkim związana z morderstwem. Szybkie poszukiwania skutkują odkryciem szkieletu w jednej ze ścian.

Spokojny film ze świetnym klimatem i chyba jeszcze lepszym scenariuszem, w którym kłócić można się co najwyżej o nie do końca wiarygodne motywy postępowania sprawcy całego zamieszania. Jako się już wyżej rzekło – próżno szukać tu jakichś mocniejszych scen gore i po dość obrazowym rzuceniu się z urwiska jednej z postaci na początku filmu, potem pod tym względem jest już spokojnie. Nie ma jednak co rozpaczać, bo jest znacznie więcej dobrych rzeczy, których nie trzeba maskować szokowaniem na siłę. Opowiadana historia świetnie się zapętla odkrywając przed widzem tajemnicę po tajemnicy aż do świetnego wprost finału, który jest uwieńczeniem dzieła. 9/10

Całości przygrywają dwa wpadające w ucho kawałki muzyczne. Pierwszy, jak to we włoskich filmach, prawie zupełnie nie na miejscu – romantyczna piosenka odśpiewana chwilę po ww. rzuceniu się z urwiska. Przy czym film bez niej z pewnością byłby uboższy, więc co z tego, że nie pasuje? Nawiasem mówiąc to tylko we włoskim kinie sprawdzasz co to za romantyczna wokalistka odśpiewała właśnie romantyczną balladę będąc pewnym, że to jakaś introwertyczna osóbka śpiewająca miłosne piosenki i znana z festiwali piosenki poetyckiej; a okazuje się, że jedyną piosenką filmową, jaką ma na swoim koncie to kawałek do „Zombi 2” (co oczywiście nie przeszkadza jej być introwertyczką śpiewającą na festiwalach piosenki poetyckiej).

Natomiast drugi kawałek pewnie znacie:

***

Blood and Black Lace (1964) [Sei donne per l’assassino aka Six Women for the Murderer]

Jakieś 10 lat przed tym, jak amerykanie wynaleźli slasher, Mario Bava ziewnął spoglądając na typowe w tym czasie dla włoskiego kina kryminały z gatunku „kto zabił?” i postanowił postawić je na głowie wprowadzając elementy, które wcześniej nie były w nich obecne, a bez których obecnie nie obejdzie się żaden szanujący się film – krew i cycki of koz. Przesadzam trochę, bo cycki grzecznie skryte tu były pod biustonoszami, a ilość krwi, choć było jej sporo, nie przekraczała granic przyzwoitości (co prawda za wielką wodą Herschell Gordon Lewis już od lat udowadniał, że w gore jest potencjał, ale po świecie się to jeszcze nie rozlazło).

Co ważniejsze, od zagadki kryminalnej wyrażonej w prostym pytaniu i dociekaniu odpowiedzi na nie, równie ważnym elementem filmu stało się dla Bavy doprowadzone później do perfekcji przez Dario Argento tzw. przygotowanie do zbrodni. Morderca nie zabijał i uciekał w przeciągu chwili, ale z pietyzmem przygotowywał swój mord pozwalając ofierze mieć nadzieję na to, że wywinie się od tego, co nieuniknione…. I w ten sposób pracuje się na miano ojca włoskiego horroru (bo ojcem znanego z pierwszego odcinka Włoskiego tygodnia Lamberto Bavy został zapewne w innych okolicznościach).

„Blood and Black Lace” to znów coś na pograniczu giallo, a nowoczesnego nam slashera. Oto w pewnym domu mody dochodzi do morderstwa jednej z modelek. Podejrzanych o zabójstwo jest przynajmniej kilka osób, a tajemniczy pamiętnik ofiary, który pojawia się na miejscu akcji każe przypuszczać, że to nie koniec ze zbrodniami. I rzeczywiście.

Nawet biorąc pod uwagę pół wieku, jakie minęły od premiery filmu Bavy – nadal robi on wrażenie. W trakcie seansu ma się wrażenie, że za kryminał Agaty Christie wziął się reżyser horrorów i postanowił połączyć wszystko co najlepsze w obu światach. I choć rozwiązanie zagadki jest zbyt banalne, to trudno nie czuć przyjemności z oglądania stylowo nakręconego i jeszcze lepiej oświetlonego filmu. Świetnie grają tu półmroki, jakieś kolorowe dymy w tle, postaci w czerwonych oknach – to po prostu ładnie i niepokojąco wygląda wizualnie, a do tego połączone jest z nowoczesną jak na owe czasy formą. Nie ma strachu, że morderca w bezkształtnej masce, kapeluszu i płaszczu spowoduje uśmiech pobłażania. 8/10

***

What Have You Done to Solange? (1972) [Cosa avete fatto a Solange? aka The School That Couldn’t Scream]

Oto film, do którego Włosi wytoczyli swoje najcięższe armaty. Reżyseria i scenariusz (napisany z kolegami, oparty luźno na powieści Edgara Wallace’a – nie wiem kto to, ale wszyscy o tym wspominają :) ) Massimo Dallamano (operator m.in. u Sergia Leone przy „Za garść dolarów” i Za kilka dolarów więcej), zdjęcia Joe D’Amato (reżyser tysiąca kultowych i kultowych inaczej filmów), muzyka Ennio Morricone (hater Quentina Tarantino). Czy mogło z tego wyjść coś złego? Ano nie mogło.

I nie wyszło (w dobrym tego słowa znaczeniu :) ). Przy okazji w końcu nie muszę pisać, że to film z pogranicza tego i tamtego, bo w tym przypadku to już klasyczne giallo i nie ma się co wdawać w szczególiki.

Londyn. Zakochana para płynie sobie łódką w jakimś zadupiowym zakątku miasta (jednakowoż bardzo romantycznym). On chce się dobrać do onej, a ona się opiera. I kiedy, kiedy już ulega, nagle zdaje się jej, że widzi zamaskowanego mordercę goniącego z dużym nożem w ręku za półnagą dziewczyną. On się denerwuje, że ona zmyśla, żeby się mu nie oddać i obrażony zabiera ją do domu. Tam słyszy w radio, że nad rzeką znaleziono ciało młodej dziewczyny. To nie koniec niespodzianek – ofiara uczęszczała do szkoły dla dziewcząt, w której nasz on uczy WF-u i języka włoskiego.

Jeśli zastrzygliście uszami na dźwięk wyrażenia „szkoła dla dziewcząt” to przeczucie Was nie myliło: jeśli w pierwszym akcie giallo pojawia się szkoła dla dziewcząt, to w ostatnim akcie dziewczyny muszą iść pod prysznic.

A skoro giallo to wiadomo o co chodzi. Ktoś morduje, nie wiadomo kto. Młode dziewczyny giną w okropny sposób (dźgnięte nożem w krocze; epicka scena z rentgenem i epicka inaczej scena z sierpem), a my podejrzewamy coraz to kolejne osoby (podejrzenie rzucane są raz sprytnie, innym razem nieco mniej sprytnie). Do końca nie wiadomo o co chodzi… Standard, w którym ważniejsze jest wykonanie. Świetne zdjęcia, dobra muzyka (super kawałek w kościele), niespieszne opowiadanie ciekawej historii bez chodzenia na skróty i po prostu ciekawa historia. 7/10, bo jednak od filmów wyżej moim zdaniem gorszy.

W tytułowej roli Camille Keaton, w przypadku której to aktorki cieszę się, że jej nie odbiło, bo po takich rolach, jakie zagrała (pamiętna Jennifer Hill w oryginalnym I Spit on Your Grave) niejednemu by się we łbie poprzewracało. A jej chyba nie, bo choć długo nigdzie nie grała to ostatnio wróciła do zawodu i wkrótce będziemy mogli ją oglądać w nowym filmie Roba Zombie’ego – The Lords of Salem.

(1517)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl