Włoski tydzień, odc. 1

Cóż, nie wiem czy na pewno będzie trwał tydzień i nie mam pojęcia, czy bez dwóch zdań będzie tylko i wyłącznie włoski, ale przynajmniej tytuł wpisu jest fajny. No i na pewno zgadza się „odc. 1”. Ideały w każdym bądź razie są szczytne – nadrobić trochę włoskich zaległości sięgających dalej niż ekipa Enterprise’a.

Macabre (1980) [aka Macabro]

Kiedy Mario Bava – ojciec chrzestny włoskiego horroru – zobaczył „Macabre” miał powiedzieć, że w końcu może spokojnie umierać. Szczerze mówiąc trudno mi w to uwierzyć, bo ja po obejrzeniu tego filmu byłbym raczej zaniepokojony i zastanawiał się, co poszło nie tak. No ale może trzeba by na to spojrzeć okiem ojca, który patrzy na debiut fabularny syna Lamberto? Nie wiem. Pewny jednak jestem tego, że po facecie, który co prawda debiutuje na krześle reżysera, ale ma za sobą lata współpracy z ojcem, Dariem Argento i innymi wielkimi tego okresu, należałoby oczekiwać trochę więcej. Choć, gdyby ktoś powiedział, że Lamberto nakręcił film z głową, to trudno byłoby mu zarzucić łgarstwo. Hłe hłe (napisałbym, że SPOILER, ale wszystko bym zdradził… Ups…).

Oparta na faktach fabuła (podobno naprawdę, naprawdę) jest największym atutem tego filmu. Szokująca (a przynajmniej jak na tamte czasy, bo dzisiaj trzeba by się bardziej postarać), nieprawdopodobna, murowany kandydat na jedynkę Superaka. Wydaje mi się, że Lamberto Bava tak się nią wzniecił, że zapomniał o całej reszcie. A przecież punkt wyjścia do filmu to jeszcze trochę mało jak na półtorej godziny zajęcia widza przed ekranem.

Główna bohaterka, znudzona żona i matka, która uwiła sobie zdradzieckie gniazdko w domu pewnego niewidomego chłopaka mieszkającego z matką, korzysta z każdej wolnej chwili, by spotykać się tam ze swoim kochankiem (straszny mosiek, trudno przez to uwierzyć, że ktokolwiek mógłby za nim aż tak tęsknić). Pewnego dnia upojną sielankę kończy telefon z domu – wydarzyła się tragedia, syn naszej bohaterki był się i utopił. Kochanka z kochasiem wsiadają w samochód, pędzą przed siebie i wpadają w poślizg. Mija rok.

Szybciej będzie napisać, co w „Macabre” jest godne uwagi. Mięsista historia już była, warto więc jeszcze dodać znośną muzykę (standardowo-włosko nijak nie pasującą do wydarzeń w filmie) i scenę z obiadem, która ani chybi zainspirowała Petera Jacksona do zrealizowania podobnej w Martwicy mózgu. No i może jeszcze to, czym charakteryzuje się w ogóle takie włoskie kino – nigdy nie wiadomo tak naprawdę, czego się spodziewać. W trakcie niedzielnego obiadu niespodziewanie może wydarzyć się wszystko. Cała reszta jest już nieciekawa. Źle zmontowana (nagrodę dam temu, kto uzasadni nagłe przeskoki między scenami dramatycznymi, a obyczajowymi), rozwlekle nudna, mrożąca krew w żyłach na siłę (gdy muzyka wskazuje, że za chwilę coś się wydarzy, można być pewnym, że w kulminacyjnym momencie bohater filmu dotknie gramofonu) i od pewnego momentu niezaskakująca (twist wiadomy jest od jakichś 40 minut przed jego ujawnieniem).

No i ta końcówka, która z powodzeniem mogłaby startować w konkursie na najgłupsze filmowe zakończenie ever. 3/10

***

A Blade in the Dark (1983) [aka La casa con la scala nel buio aka House of Dark Stairs]

Doprawdy trudno w to uwierzyć, ale „A Blade in the Dark” również został wyreżyserowany przez Lamberto Bavę. Minęły trzy lata od „Macabre” i być może spędził ten czas doszkalając swoją wiedzę filmową? Bo fakt faktem nic między jednym, a drugim filmem nie nakręcił. Mniejsza z tym. Ważne, że oto powstał film, którego nie musiał się wstydzić. Zrealizowany początkowo dla telewizji, ale przez nią odrzucony z powodu zbyt dużej dawki przemocy, jaką ze sobą niósł. Przeniesiony więc na ekran większego formatu.

„A Blade…” to książkowy przykład kina giallo. Być może dlatego o niebo lepszy od pierwszego filmu Bavy Jra, bo pewnie wystarczyło, że wziął jakiś podręcznik kręcenia giallo i po prostu ściśle trzymał się każdego rozdziału tego podręcznika. I gdyby szukać jakiegoś giallowego metra w Sevres, to można by za miarkę traktować ten właśnie film.

Zaczyna się smakowicie. Trzech chłopaków wybiera się nocą na cmentarz (chyba cmentarz, przegapiłem prawdę powiedziawszy), by jeden z nich mógł przejść inicjację. Wystrachany schodzi w dół przerażającego korytarza i… tyle go widzieli. Przenosimy się do wypasionej willi, w której kompozytor filmowy pracuje nad ścieżką dźwiękową do swojego pierwszego w karierze thrillera. Zamknięty w opustoszałym domu, by lepiej wczuć się w thrillerową atmosferę, wkrótce zaczyna podejrzewać, że w mroku krzaków czai się na niego morderca.

Wszystko w tym filmie poszło do przodu. Nawet Stanko Molnar, aktor grający niewidomego chłopaka w „Macabre”, odzyskał wzrok :) Szczególnie pierwsza połowa robi wrażenie i ciekawi niebanalnym pomysłem na głównego bohatera, który w jednej chwili komponuje muzykę do thrillera, a za chwilę odsłuchując jej myszkuje po domu stając się bohaterem innego thrillera, do którego sam właśnie tworzy muzykę. Później jest już gorzej, a napięcie po widowiskowym morderstwie w łazience zamiast rosnąć – spada do raczej spodziewanego finału z twistem. Choć bez dwóch zdań nie tak oczywistym jak w poprzednim filmie Bavy.

Na koniec wspomnę jeszcze o obsadzie, a właściwie o dwóch nazwiskach – kompozytora gra Andrea Occhipinti, który wygląda wypisz wymaluj jak młody Hugh Jackman (kuknijcie na fotę w IMDB – dalej podobny) i można sobie spokojnie wmówić, że to on. A w innej ciekawej roli zobaczyć możemy Michele Soaviego, reżysera takich filmów jak „Dellamorte Dellamore” i La Chiesa. 7/10 (dla filmu, nie dla obsady ;P)

***

Paranoia (1970) [aka Un posto ideale per uccidere aka A Quiet Place to Kill aka Oasis of Fear]

Zanim Umberto Lenzi został na zawsze zapamiętany jako reżyser „Cannibal Ferox”, kręcił to samo co i wszyscy we Włoszech. Filmy o barbarzyńcach, filmy wojenne, giallo, thrillery – you name it. Natłukł tego ze czterdzieści pozycji do chwili, gdy kanibale zapewnili mu miejsce w historii kina. Wśród tych filmów była też „Paranoia” (nie mylić z innym filmem Lenziego pod tym samym tytułem – wcześniejszym o rok „Paranoia” aka „Orgasmo”), finałowa część trylogii, której nie łączy żaden wspólny fabularny mianownik, a przynajmniej tak sądzę.

Helen (Carroll Baker z domu Karolina Piekarski – sprytnie, nie? :) ), blondwłosy kierowca wyścigowy z biustem, ulega groźnemu wypadkowi, w wyniku którego nie może się denerwować, pić, ani uprawiać seksu. Nie może też kontynuować kariery, a sponsor życzy sobie kupy kasy w zamian za skasowane auto (czasy się zmieniają; tak samo jak i kobieca uroda – można to łatwo zaobserwować, bo Carroll dość często biega bez ciuchów; zresztą w każdym z opisywanych dziś filmów nagość jest normą). Niespodziewanie otrzymuje zaproszenie od swojego byłego męża, który kusi ją pobytem w luksusowych warunkach na Majorce. I jak tu nie skorzystać? Carroll rusza na Majorkę, gdzie poznaję żonę swojego byłego. Kobietę majętną, która sponsoruje la dolce vita swojego męża playboya przez duże P. Szybko okazuje się, że zaproszenie dla naszej wyścigowej blondynki ma co najmniej jedno drugie dno.

Thriller społeczny rzekłbym. Zainspirowana „Les diaboliques” fabuła kręci się wokół chęci (kręci się wokół chęci :) ) zamordowania wyszczerzonego kochanka i tego, jak takie mordercze plany mogą się zagmatwać. Innymi słowy to raczej standardowy kryminał osadzony w rajskim klimacie, pełen zadowolonych z życia ludzi w średnim wieku i raczej społecznych obserwacji, a nie żądzy krwawego mordu. Zobaczyć można, choć raczej trudno się dziwić, że to dzięki „Cannibal Ferox” zostanie zapamiętany Lenzi. BTW w „Paranoi” przebijają się na wierzch jego mordercze instynkty w postaci dyskusyjnej sceny z gołębiami. Z powodu której co bardziej wrażliwi widzowie mogą mieć problem z całym seansem. 6/10

(1514)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.