WFF – Stoichkov

„Jestem pewien, że Itso zrobił karierę, bo dostawał ode mnie po uchu. No i miał talent. Nie można dać cieśli piłki i lać go regularnie po łbie. Nie zostanie dobrym piłkarzem”.

Trochę siedzę już w stolicy, ale jakoś do tej pory – bez żadnego konkretnego powodu – omijałem Warszawski Festiwal Filmowy. W tym roku – bez żadnego konkretnego powodu – postanowiłem to zmienić i zaatakować z grubej rury. I choć ludziska narzekają, że z oferty festiwalowej nie ma co wybrać, to ja póki co nie narzekam i na razie dokonałem samych słusznych wyborów (chwila na oklaski). Mniej lub bardziej, ale słusznych. Obym dalej miał takiego cela.

„Stoichkova” byłem pewny, bo cóż może być niefajnego w dokumencie o ikonie bułgarskiej piłki? Dokumenty lubię, piłkę nożną lubię – można iść w ciemno. I, nie trzymając dłużej w napięciu, miałem rację. 9/10

Przy okazji „Stoichkova” przekonałem się, że publiczność festiwalowa to publiczność wysmakowana i zorientowana. Jest w filmie taka scena dotycząca meczu bodajże ME pomiędzy Bułgarią i Hiszpanią, w którym sędzia nie uznał prawidłowo zdobytego gola przez bohatera naszego filmu. Piłkarze narzekają, że gdyby nie sędzia to mecz ułożyłby się inaczej. Pomstują, że ślepy, bo przecież spalonego nie było. No i pokazują powtórkę akcji, moment podania, a wśród otaczającej mnie _żeńskiej_ publiczności pomruk: „nooo, nie było spalonego!” 😉

Jakość publiczności potwierdzają też dwa króciutkie fragmenty, w których na ekranie mignął Jose Mari Bakero. Obydwa skwitowane serdecznym śmiechem.

Sam film skierowany jest raczej dla piłkarskiej publiczności i zdecydowanie lepiej ogląda się go znając przedstawione w nim mecze i sytuacje (np. słynny gol z eliminacji MŚ w meczu z Francją nie do końca dobrze został nakreślony – kto go nie pamięta, nie do końca zrozumie, jaka była to sytuacja), ale i olewając na co dzień piłkę nożną można chyba uznać seans za udany. Głównie dlatego, że jest w tym filmie sporo humoru serwowanego przez głównego bohatera, jak i jego kolegów czy w końcu zwykłych kibiców („pamiętam jak zawiesili go za nadepnięcie sędziego; powinien mu jeszcze kopa sprzedać!” rzucone z rozbrajającą szczerością przez leciwą fankę Barcelony). No i przede wszystkim sama historia jest ciekawa – droga młodego i zadziornego chłopaka z Bułgarii prosto na piłkarskie salony. Opowieść to barwna i wciągająca.

Nie sposób też oprzeć się wrażeniu, że podobny dokument można by nakręcić o Wojtku Kowalczyku. Prawie. A prawie robi dużą różnicę. Wszystko w historii obydwu piłkarzy w zasadzie zgadza się co do joty (nawet zabawowe piłkarskie pokolenie też jest) z tą różnicą, że Stoichkov osiągnął dużo, dużo więcej. Ale czy w filmie kandydaci na przyszłe gwiazdy futbolu znajdą odpowiedź na pytanie: co sprawiło, że Itso dotarł o wiele dalej niż Kowal? Chyba nie, ale to nie jest zmartwienie tego filmu.

Pełno w filmie migawek z najlepszymi akcjami Stoichkova począwszy od meczów bułgarskiej ligi, pełno wspomnień kolegów ze złotej (choć czwartej na świecie) reprezentacji, pełno miejsc, w których wychowywał się Stoichkov – zaglądamy do szatni biednych bułgarskich klubów, jak i do szatni Barcelony – całość opowiedziana w takim imprezowym bałkańskim stylu.

Jedna rzecz mi tylko nie pasowała – aktor z ulubionego filmu Stoichkova, jego idol z młodości. Starszy już pan odwiedza na początku piłkarza i słucha jego przemyśleń na temat filmu i życia. Widać, że nic nie kuma i nie ma nic do powiedzenia poza finałową mądrością. Mogli sobie go darować.

(1430) 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.