WFF – Kapitan z Nakary [The Captain of Nakara]

Sztuka streszczania fabuły filmów ginie w narodzie. Albo i nigdy nie ożyła… Jakby nie było – opis „Kapitana…” na stronie WFF jest niepowtarzalny. Opowiada cały film od początku do sceny na napisach końcowych.

I trochę z powodu tego opisu wpakowałem siebie i Aśkę jak śliwkę w kompot, bo tego, co na końcu opisu spodziewałem się co najwyżej w 30 minucie filmu. A że było na końcu, więc film siłą rzeczy był o czymś innym.

A był o sympatycznym chłopaku, który w dzień amnestii prezydenta Nakary (w opisie jest, że niby akcja dzieje się w Kwetu, ale nie będę się nad tym rozdrabniał, bo nie ma to znaczenia – ważne, że państwo jest fikcyjne; BTW napisali też, że akcja filmu dzieje się w latach 70. ubiegłego wieku, ale jakoś tego nie zauważyłem – może mam za niskie mniemanie o Afryce…) zostaje wypuszczony z więzienia. Szybko zakochuje się w córce miejscowego arcybiskupa, która niby sympatyczna jest, ale ciągle tylko „kasa, kasa, kasa!”. Chłopina musi więc kombinować jak koń pod górkę.

Początek dość marny jest i wydaje się, że seans nie będzie łatwym przeżyciem. Sfilmowany dość amatorsko (no napiszmy, że „przy użyciu niewielkich środków z większym sercem niż portfelem), zagrany słabo (może ze dwóch aktorów potrafi coś zagrać) obronić się może jedynie humorem i historią. A tego na początku nie widać – humor jest wymuszony, a historia banalna (choć nie mogę się oprzeć wrażeniu podobieństwa pod względem gry i filmowania do… Martwicy mózgu; no przynajmniej do rozkwaszenia łepetyny małposzczurowi). Na szczęście potem jest już dużo lepiej. Dalej amatorsko, ale szczerze z zapałem i chęcią. Czułem, że reżyser kocha kino i kręci na miarę swoich kenijskich możliwości. Zresztą nie wstydził się firmować filmu swoją obecnością i czego się wstydzić rzeczywiście nie ma.

„Kapitan…” to taki afrykański… „Pułkownik Kwiatkowski”. Dość zabawnie wyszło, bo reżyser przed seansem zaprosił na coś nowego (nie wiem do końca o co mu chodziło; np. taki koryfeusz to już przecie w starożytnej Grecji był). Macie więc pojęcie, czego się spodziewać. Na pewno jest się z czego pośmiać, a i kilka uniwersalnych prawd o życiu można usłyszeć. I choć to produkcja z Kenii, to tematy w niej podejmowane są bardzo bliskie polskiemu widzowi, przez to jeszcze przystępniejsze.

Polecać nie polecam, ale w ramach poszerzenia horyzontów – można. 6/10

PS. Melodia grana na harmonii dodaje takiego klimatycznego uroku każdemu filmowi bez wyjątku!

(1434)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.