Iron Sky, Monster Brawl

Dobra, kypba, pora skończyć ten za długi weekend w końcu i przywrócić życie na Q-Blogu! Tylko jak to zrobić, kiedy taki śpioch mnie właśnie zebrał?

Dzisiaj o dwóch filmach, trochę podobnych, a zarazem zupełnie różnych. Podobnych w tym, że ich zwiastuny mogły urwać dupy w niektórych okolicznościach i w tym, że całe filmy zrobione za tyle pieniędzy, ile wydaje się na waciki przy produkcji filmu z Robertem Downeyem Juniorem nie były już tak bardzo urywającodupowe, jak to się marzyło po zobaczeniu zwiastunów. A różne we wszystkim innym. Zacznijmy od tego mniej hype’owego.

Monster Brawl

Oto arena na opuszczonym cmentarzysku gdzieś w stanie Michigan. Za chwilę rozpocznie się na nim epicki turniej walki, w którym zwycięzca może być tylko jeden (teoretycznie, bo reguły się okazały podobne do tych, jakie co roku są w ważnych zawodach siatkówki). Do walki ze sobą stanie osiem klasycznych potworów. Czemu? Bo to cool pomysł i nie ma się co doszukiwać logiki.

Zdziwiony jestem marnymi ocenami tego filmu. A trzeba zauważyć, że są bardzo marne. Ludzie narzekają, że nie ma w nim scenariusza, że motywacje potworów są zbyt słabo zarysowane (sic!), że wykonanie jest amatorskie… Daj Boże taką jakość wykonania wszystkim amatorskim produkcjom, a takie fajne napisy każdemu polskiemu filmowi. A co do motywacji, to nie wiem co powiedzieć, bo szczena opada. No wywiad z Borkiem w Polsacie Sport chciał wygrać Swamp Gut.

Po raz nie wiem już który okazuje się, że ludzie się nie znają. „Monster Brawl” jest zabawnym filmem, który dobrze wykorzystuje pomysł na siebie i zostawia całą masę funu. Owszem, choreografia walk pozostawia sporo do życzenia, ale choć to kino sportowe (sic!), to jednak ciekawsza jest tu otoczka towarzysząca walkom.

„Monster Brawl” jest stylizowany na PPV transmisję z walk wrestlingu. Mamy dwóch komentatorów w rolach głównych, przedstawianie zawodników (bardzo fajne impresje filmowe, szczególnie ta Swamp Guta), wypowiedzi ich samych, a w końcu samą walkę na śmierć i życie. Potwory podzielone zostały na dwie dywizje (Kreatury i Nieumarli) i po prostu się ze sobą naparzają, bo to o tym jest film. Wśród zawodników mamy wilkołaka, wampirzycę, mumię, potwora Frankensteina, ww. bagiennego potwora, wiedźmę, zombiaka i cyklopa. Fabuły nie ma, bo jest tu zbędna.

Fajnie się to ogląda, można się pobrechtać, nie trzeba się martwić, że ktoś nam przeszkadza i co chwilę gubimy wątek itd. Mnie zaś najbardziej podobały się dialogi, a raczej wypowiedzi stylizowane na te znane z transmisji sportowych. Bardzo fajnie ich słuchało (charakterystyczny akcent) i słychać było, że scenarzysta ma bardzo bogate słownictwo. 7/10

***

Iron Sky

Nie będę po raz kolejny rozpisywał się na temat tego, jak długo czekałem na ten film, bo to łatwo sprawdzić na Q-Blogu i nie ma się co powtarzać. Oczywiście teraz jak już trafił do kin to prawie bez wyjątku każdy czekał na niego od dawna, więc nic innego bym w tej kwestii nie napisał. Ja także, podobnie i do tych co usłyszeli o nim dopiero w zeszłym tygodniu. Tak, to był sarkazm. Nie wiem po co :)

O całej historii powstania filmu też pisał nie będę, bo tu podobnie. Wszyscy ją znają, bo przecież kibicowali projektowi od dziesięciu lat przynajmniej.

Napiszę po prostu o filmie, który z jednej strony moich oczekiwań nie zawiódł, ale z drugiej nie udźwignął oczekiwań, jakie można było mieć po zwiastunie. W sumie nic dziwnego, bo cała historia rzeczywiście na cool trailer była znakomita, ale na półtoragodzinny film już trochę mniej. Choć skłamałbym, gdybym napisał, że film miał dłużyzny, w trakcie których nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Nie miał. Był równy od początku do końca. Równy na 8/10. Może i troszkę za wysoko, ale premia za odwagę w realizacji pomysłu się należy.

Na Księżycu siedzą naziści, którzy odlecieli tam pod koniec wojny. Jako że okoliczności ku temu sprzyjają, postanawiają w końcu odkurzyć swoją wunderwaffe i w wielkim stylu powrócić na Ziemię.

Do rozpaczy doprowadzają mnie te wszystkie recenzje „Iron Sky”, które za punkt honoru stawiają sobie przynajmniej dwuakapitowe opisanie tego, jaką to świetną aluzją do codzienności, ze wskazaniem na politykę, jest ten film. Pokazują palcem trafne pointy, demaskują ukryte pod płaszczykiem parodii i pastiszu prawdy o naszym świecie i odgadują, co reżyser chciał nam wszystkim między wierszami powiedzieć. Otóż uważam, że nie chciał nam nic powiedzieć, a jedynie zafundował sobie trwającą kilka lat frajdę z realizacji marzenia. Jego celem z pewnością nie miało być otworzenie oczu widzów i zmuszenie ich do refleksji, a jedynie dobra zabawa, która musiała wyniknąć z absurdalnego pomysłu. A że wplątał w akcję swojego filmu politykę (spóźnioną, bo kto dziś pamięta Sarę Palin w wydaniu innym niż to zaprezentowane przez Lisę Ann…) to dlatego, że z niej nabijać się najprościej.

Zatem jeśli oglądać „Iron Sky” to nie jako metaforę i film mądrzejszy niż w rzeczywistości jest, bo takie podejście to chyba tylko dlatego, że ktoś się wstydzi, że podobał mu się film o nazistach z kosmosu.

Jest tu odpowiednia dawka wszystkiego – śmiechu, rozpierduchy, muzyki, krzywego zwierciadła, fajnych dekoltów itd. Kino rozrywkowe przez spore R zrealizowane z rozmachem, którego nie potrafią osiągnąć filmy z dużo większym budżetem. I tylko przydałoby się ze dwóch lepszych aktorów, bo np. świetna scena parodii „Upadku” została w połowie położona przez ładną (choć dziwnie ładną, bo gdyby mnie ktoś zapytał, kto mógłby zagrać Miss Piggy w aktorskiej wersji Muppetów to wskazałbym na nią), ale niestety marną aktorkę.
(1366)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.