Goon, Megan Is Missing

Dzisiaj o dwóch filmach skrajnie różnych, które łączy jeden wspólny mianownik – obydwa oparte są na faktach. Jeden chyba bardziej, drugi jak cię mogę.

Goon

Czyli film oparty na faktach bardziej. Nie guglowałem za tematem, więc cała sprawa może być zręczną manipulacją, choć wątpię. Na napisach końcowych są archiwalne urywki z meczów hokejowych z naszym bohaterem i wątpię, żeby komuś chciało się je mistyfikować. Ale zaznaczyć warto, żeby potem nie było „Q, aleś się dał wkręcić!”.

Nasz bohater jest półgłówkiem osiłkiem o złotym sercu (Seann William Scott, kiedyś go nie znosiłem, teraz jest o wiele lepiej). Pracuje jako bramkarz w małomiasteczkowej knajpeczce i marzy o tym, żeby znaleźć sobie jakąś niszę, w którą mógłby się wpasować i w ten sposób zarabiać na życie. Nisza znajduje go sama podczas wizyty na hokejowym meczu, gdzie łoi skórę jednego z graczy drużyny przyjezdnej. A potem to już telefony od trenera, pochwały i zaproszenia na trening zespołu, którego ma być gwiazdą. Doug (nasz bohater) na łyżwach jeździć nie potrafi, ale nikomu to nie przeszkadza. Wystarczy, że będzie na nich stał i okładał przeciwników pięściami.

Film dla tych, którzy uważają, że hokej rozpoczyna się dopiero wtedy, gdy na lód padają rękawice. Doug jest hokejowym łamiryjem, którego zadaniem jest wkraczanie na lód, gdy trzeba komuś narąbać i nie myślcie, że cała sprawa potraktowana jest metaforycznie. O nie. Hokeja jet tu więc troszeczkę (wiecie, podawanie sobie krążka kijami i strzelania bramek), a całą resztę wypełniają hokejowe bójki. Krew leje się strumieniami, fucki dźwięczą w co drugim dialogu, a całość wyreżyserował chyba William Testosteron co najmniej.

I o ile jedna hokejowa bójka na 60 minut meczu to znakomity przerywnik i odpoczynek od śledzenia krążka, to bójka hokejowa rozciągnięta na 90 minut filmu to stanowczo za dużo. Oczywiście między jednym a drugim nawalaniem jest jakaś fabuła, romantyczna nawet momentami, ale reżyser nie dał okazji polubić głównego bohatera przez co tak naprawdę cały film mamy w głębokim poważaniu. Ciągnie się i ciągnie, a gdy myślimy, że minęła już godzina, to tak naprawdę jest 20 minuta filmu. I nie wiadomo czy to miał być dramat, czy komedia, czy może jeszcze coś. Wszystkiego jest tu po trochu, a niczego nie ma na tyle, żeby się cokolwiek tym przejąć.

W zasadzie jedyne co tu fajne to muzyka bez której „Goon” byłby już zupełną stratą czasu. 5/10

***

Megan Is Missing

Czyli film oparty na faktach mniej. W zasadzie jest to książkowy przykład filmu, który na samym początku informuje nas, że jest oparty na faktach, czyli już wiemy, że coś tam się naprawdę wydarzyło, a pozostałe 80% filmu to fikcja. No może jest trochę inaczej, bo z tego co można przeczytać na stronie internetowej filmu fabuła powstała trochę jak… Kapitan Planeta – z połączenia kilku żywiołów. Konkretnie było to bodajże siedem historii, z których reżyser wziął sobie to, czego potrzebował, żeby zrobić na widzu wrażenie. I, kurde, zrobił!

Ironizuję trochę, ale nie jest to wstęp do dalszego gnębienia filmu tylko stwierdzenie faktu. Takiego samego, jak to, że całość nakręcono w osiem i pół dnia. Ta zapierająca dech w piersiach ilość dni zdjęciowych daje trochę wyobrażenia na to, jaki to jest film. Otóż w kategoriach czysto filmowych jest to film marny. Przede wszystkim fatalnie zagrany (z wyjątkiem dwóch głównych bohaterek reszta do odstrzału). Jakieś kompletne mośki grają role chłopaków i trudno jest ścierpieć każde ich pojawienie się na ekranie. Do tego podczas oglądania widoczny jest jak na dłoni niewielki budżet całej produkcji i nie wiadomo śmiać się czy płakać, gdy oglądamy urywki programów telewizyjnych rodem z lat 80, a nie z 2007 roku. Słabe aktorstwo, niski budżet, przesadne wulgaryzowanie (jest takie słowo?) młodzieży przez pierwsze pół godziny (wynika z filmu, że od czasu „Dzieciaków” świat 13-latków nie poszedł ani milimetr do przodu), żeby tylko zaszokować w każdy możliwy sposób ich zachowaniem… No trudno przy takich składnikach filmu zrobić coś, co zrobi na widzu wrażenie. Ale, kurde, robi!

Pisałem dopiero co przy okazji trailerów, że jednym z najprostszych sposobów na zrobienie ciekawego filmu jest zastosowanie „found footage’u” (pisz po polsku, Q). Jest on prosty, bo tani. Wystarczy umiejętnie przekonać widza, że właśnie ogląda przerażające nagranie zarejestrowane komórką i już. Dolary niepotrzebne, drogie kamery niepotrzebne. „Megan Is Missing” podąża tą właśnie drogą mokumentarną, a cały film stanowi zapis rozmów przez wideokonferencje, skajpy srajpy, nagrania z prywatnych i przemysłowych kamer, zdjęcia oraz fragmenty telewizyjnych programów.

Tym sposobem reżyser snuje opowieść o dwóch przyjaciółkach w wieku 13 i 14 lat – jednej rozchwytywanej w szkole i popularnej, drugiej, standardowo już nie wiedzieć czemu, zupełnie niepopularnej i zlewanej. Pierwsza poznaje na czacie świetnego chłopaka (a przynajmniej ona tak myśli; nie ma co ukrywać, jest idiotką i nikt tego nie ukrywa), umawia się z nią na spotkanie i ślad po niej ginie. Rozpoczynają się poszukiwania, które przynoszą szoking tłist, znika również jej koleżanka (to żaden spoiler, mowa o tym jest już na początku filmu).

Pisałem już, że film robi wrażenie? Oj robi. To jedna z tych historii, które albo wciągają i dają ci po łbie, albo drażnią swoją amatorszczyzną i nieprawdopodobnymi wydarzeniami i nielogicznymi bohaterami i nie pozostaje ci nic innego jak tylko kpić. Mnie trochę beret zryła i myślę, że oglądanie jej po północy nie było najlepszym pomysłem. Jest tu przynajmniej kilka scen, które chodzą potem za człowiekiem i odczepić się od niego nie chcą. I nie ma znaczenia, że wiedziałem, kiedy się ich spodziewać. Pierdolnęły i już. A do nich doszły jeszcze te, które zwykle działają na moją wyobraźnię. W zasadzie nic się w nich nie dzieje. Ktoś stoi na siódmym planie za krzakami albo nagranie z kamery przemysłowej powtarzane jest na zoomie kilka razy. I człowiek nigdy nie wie, czy za chwilę coś nie wyskoczy na pierwszym planie i go nie zabije z przestrachu.

Film pod rozwagę na temat gówna, jakie chodzi po świecie i łatwości, z jaką można się na nie natknąć. Słaby, ale wrażenie, kurde, robi. 8/10.
(1360)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.