The Dirty Picture

Czyli Bollywood w wersji biograficznej vel indyjska odpowiedź na „Boogie Nights”. Z zachowaniem odpowiednich proporcji oczywiście.

I choć „The Dirty Picture” nie opowiada o indyjskim przemyśle porno (no trochę opowiada), to są niewielkie podstawy do tego, żeby porównywać go do dzieła Paula Thomasa Andersona. Po pierwsze jego akcja dzieje się kiedyś tam -dziesiąt lat temu, a po drugie jest to film o aktorce, która zrobiła karierę dzięki pokazywaniu więcej ciałka niż należy, dzięki seksownym i uwodzicielskim ruchom w tańcu i niekonwencjonalnym zachowaniom w życiu prywatnym. Czyli to właśnie trochę takie porno na indyjską modłę, czyli seks w krainie filmowej, w której niemile widziane jest pokazywanie pocałunków.

Wedle informacji zawartej na początku filmu, nie jest on oparty na faktach, ale nikogo tym skromnym napisikiem długim na jedno zdanie nie zwiodą. „The Dirty Picture” pokazuje losy (podkręcone na potrzeby akcji, ale który film oparty na faktach trzyma się ich kurczowo i puścić nie chce) Silk Smithy, która w latach osiemdziesiątych zrobiła karierę w dawnym Madrasie (słowo klucz – w tym momencie już wiecie, że nie jest to aktorka bollywoodzka tylko kollywoodzka, prawda? :P)

EDIT:

mariola_jk
2012/02/13 19:03:53
Myślę, że bezpieczniejszym stwierdzeniem wobec Silk Smity będzie jednak ‚aktorka południowoindyjska’:D Grała bowiem dużo też w telugu i mallu (tam też w słynnych keralskich filmach blue^^), a że pracowała w Madrasie – well.. w latach 80 jeszcze całe południe kręciło swoje filmy właśnie tam:D (kino telugu dopiero zaczynało się powoli stamtąd ‚wyprowadzać do siebie’, mallu i kannada zdaje się jeszcze później)

KONIEC EDITA

, a jej burzliwe życie „erotycznej” aktorki zakończyło się w równie burzliwy sposób.

Reżyser filmu, Milan Luthria, utrzymuje jednakowoż, że chciał opowiedzieć historię uniwersalną i nie trzymał się tylko jednego nazwiska. W jego historii pobrzmiewają więc losy innych południowych seksbomb, ale także każdej innej aktorki z wszelkich szerokości geograficznych, którą szołbiznes połknął, przeżuł i wypluł. Ot takiej Marilyn Monroe np.

„The Dirty Picture” Vidyą Balan stoi. Stanęła przed koniecznością udźwignięcia trudnej roli i podołała temu w stu procentach. Nabrała krągłości tu i ówdzie, pokazała odważnie dekolt i inne fajne miejsca swojego ciała, ale przede wszystkim _zagrała_ tę trudną i wymagającą rolę. Zdominowała ekran całkowicie pokazując całe spektrum emocji, jakie zaoferował jej scenariusz. Przez chwilę dotrzymywał jej kroku Naseeruddin Shah, w którego postaci południowego megagwiazdora widzowie dostrzegają samego Rajinikantha, ale po absolutnie kapitalnych mrugnięciach do oka w wydaniu „przystojny licealista” zszedł na drugi plan i tylko krzywo patrzył się na Vidyę.

Zarzućcie więc na chwilę gdzieś na bok swoją awersję do Bollywoodu i rzućcie okiem na ten film, bo warto. Jest świetnie zrealizowany, rzeczywiście opowiada uniwersalną historię, jakich pełno dociera do nas każdego dnia poprzez tabloidy i plotkarskie portale, ma niewątpliwy atut w postaci postaci :) granej przez Vidyę, a także zabiera nas za kulisy tych kolorowych i rozśpiewanych produkcji, które w swoich szafach kryją niejeden szkielet. 7/10, bo standardowo jak to w Bollywood za długi o pół godziny, no i przydałoby się mu trochę dialogi podkręcić (choć 1: angielskie napisy do niego są beznadziejne i podejrzewam, ze połowę uroku „The Dirty Picture” stracił w tłumaczeniu; choć 2: takiej liczby onelinerów co tutaj dawno nie słyszałem w żadnym filmie).
(1333)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.