Projekt 2000 (Część 36)

Z ochotą i zapałem zasiadłem ci ja sobie do pisania po dłuższej przerwie kolejnego „Projektu 2000”, a tu na początek…

Pociąg do Hollywood

To jeden z wielu filmów, które się po prostu widziało. Kiedyś tam, dawno temu. Gdzieś leciał to się go obejrzało. Specjalnie do gustu nie przypadł, bo był chyba za mądry mimo wszystko dla młodego widza, który wolał strzelaniny w Bronksie. Wydawało się więc, że nie ma się czym podniecać (hmm, nie pasuje do tego filmu jednak 😉 ) i ze to jakaś niezrozumiała do końca bzdurka z dziwnymi ludźmi nie z prawdziwego życia tylko z polskiego filmu właśnie.

No i ma się ten film zaliczony, bo przecież się go widziało, ale nie było ochoty/okazji, żeby powtórzyć go bardziej świadomym. I nie wiem teraz czy to rzeczywiście słaby film, czy po prostu potrzeba odrobiny dobrej woli i więcej niż trzynaście lat, żeby go zrozumieć. Podejrzewam, że to drugie, bo Piwowarski naprawdę fajne rzeczy kiedyś robił do czasu aż mu przeszło. Bądź co bądź – typowa dla jego filmów nostalgia to w ogóle jeden z moich ulubionych filmowych motywów. O ile nawet można go motywem nazwać.

Tak czy siak Figura karierę zrobiła i dobrze jej „Pociąg…” wywróżył. Może u Deodato mroziła cycki w lodówce, a u Altmana pokazała dupę, ale przynajmniej wyjechała i coś poza gadaniem zrobiła. Zapewne spodziewała się więcej, ale że nie skończyła w 7-Eleven czy innym Walmarcie, to nie ma na co narzekać.

A z filmu i tak pamiętam jedynie jak się z przyszłym buddystą w bajorze tapla.

***

Jak rozpętałem drugą wojnę światową

A tu z kolei sytuacja odwrotna. Też klasyka, ale ta z gatunku coświątecznej. Czyli generalnie chodzi o to, że trudno znaleźć miesiąc, w którym gdzieś tego nie wyświetlają w telewizji. A co za tym idzie widziałem kiedyś i potem widziałem jeszcze nie raz. I wątpliwości nie ma, że to film bardzo dobry z gatunku, kolejnego już w tym krótkim akapicie – kiedyś to w Polsce potrafili robić komedie.

Streszczanie nie ma sensu, bo każdy wie o co chodzi. Dodam tylko, że najbardziej lubię segment z Legią Cudzoziemską.

I ciekawosteczka, którymi miał z początku „Projekt” stać. Kiedyś na Amidze miałem na dyskietce całą piosenkę z JRIIWŚ. Myślałem wtedy, że to szczyt techniki i cud nad cudy, że komputer gra mi piosenkę.

Parę lat później zupełnie nieświadomie zassałem jakiś dziwny plik z rozszerzeniem mp3. Nie wiedziałem co to za rozszerzenie, ale po uruchomieniu słyszałem jakąś piosenkę Kazika. Zostawiłem na dysku jako ciekawostkę. (uprzedzając ewentualne roszczenia pana Staszewskiego – już jej nie mam! 😉 )

***

Wykidajło [Road House]

Nie wiedzieć czemu, nigdy nie znalazłem w domu schowanego przede mną pornosa. Dlaczego o tym piszę? Bo jedyną kasetą, jaką znalazłem schowaną przede mną była kaseta z „Wykidajłą”, czyli jak to się wtedy nazywało „Przydrożnym barem”.

Domyślam się, że to przez gorące sceny z udziałem Kelly Lynch, no bo chyba nie przez przemoc? Z tego względu film obejrzałem dopiero sporo później zachodząc w głowę co też miało mnie w nim deprawować.

Kwintesencja kina lat 80. i początku 90. Światowej sławy wykidajło Patrick „Myślałem, że jesteś większy” Swayze zostaje wynajęty przez Kevina Tighe (przez jakiś czas jeden z moich ulubionych aktorów, niektórzy z was znają go pewnie jako ojca Johna Locke w Loście) do wyrwania chwastów przeszkadzających w biznesie. Problem w tym, że chwasty pracują dla lokalnego bandyty, który nie cofnie się przed niczym. Swayzemu przyda się pomoc w postaci desantu Sama Elliotta (ulubionego z kolei aktora mojej mamy).

Dobra muzyka, ładne dziewczyny, dużo redneckowej napierdalanki, bójki w knajpie i poza nią, przystojny Swayze trenujący tai chi nad ranem – nie sposób sie nudzić. Wieje co prawda lekką tandetą, ale daj Boże zdrowie.

***

JFK [JFK]

Otagowałem to „Fakty – tak te autentyczne”, choć lekko średnio pasuje. Z drugiej strony któż to może wiedzieć czy czasem Oliver Stone nie trafił w dziesiątkę z rozwiązaniem zagadki zabójstwa Kennedy’ego.

Stone, kolejny reżyser który się skiepścił, kręcił kiedyś w zasadzie same dobre filmy. Nie wiem, może przez ostatnio producenci się za bardzo rozbestwili i reżyser nie ma nic do gadania przy swoich filmach. Coś musi być na rzeczy. Przecież jeszcze 20 lat temu jak zapuszczałeś nowy film Olivera Stone’a (przykładowo, bardziej chodzi tu o instytucję Dobrego Reżysera), to mogłeś być pewny, że za 20 lat będziesz o nim pamiętał. A teraz? Teraz boisz się, żeby za 20 dni go całkiem nie zapomnieć.

My generalnie mamy w nosie kto zabił Kennedy’ego, w końcu zniesienia wiz nam nie obiecał, ale dla Amerykanów jest to wcale nie mniejszy powód do dyskusji co brzoza smoleńska. Co za tym idzie nigdy nie odczujemy „JFK” tak jak być może odczuwają go amerykańscy autochtoni. Nie zmienia to jednak faktu, że to kawał (kaawaaał) kina historycznego i obowiązkowa lektura dla wszystkich miłośników teorii spiskowych. Któż tam nie gra! Same sławy. Nie będę wymieniał, bo to za długo potrwa.

A najlepsze w nim jest to, że tak naprawdę to nie pamiętam nawet kto tego Kennedy’ego nieszczęsnego zabił wg Stone’a, więc kiedyś na pewno go obejrzę i na pewno z przyjemnością jeszcze raz. Szczególnie, że „Fakty…” to jeden z kolejnych moich ulubionych filmowych motywów.

***

Powrót żywych trupów 2 [Return of the Living Dead Part 2]

Bezapelacynie i do samego końca (mojego lub jej) to moja ulubiona część „Powrotu żywych trupów”. Choć generalnie nie ma żadnej konkurencji.

Ciężarówki wojskowe przewożące w beczkach trujące odpadki gubią po drodze kilka beczułek w małym amerykańskim miasteczku. Beczułki znajduje kilku chłopców i je otwiera. Na drugi dzień mają grypą (taaa). Wkrótce krążący po okolicy trujący opar sprawia, że spod ziemi wyłażą trupy, a poradzić sobie z nimi będą musieli rezolutny chłopak, jego siostra, bezczelny złodziej cmentarny i ktoś tam jeszcze.

Oto przykład filmu, który po prostu się udał. Nie podejrzewam, że ktokolwiek chciał nakręcić najlepszy film na świecie. Zebrał obsadę, która w zasadzie nic nikomu nie mówi, wziął na warsztat oklepany od dziesiątek lat temat, pomalował statystów na zgniłe trupy i dobrze się kręcąc bawił. A zrobił to na tyle dobrze, że bawili się razem z nim widzowie skończonego dzieła.

I tak po prostu, teksty wyszły śmieszne, gore gorowate, bohaterowie sympatyczni, fabuła nieprzeszkadzająca w niczym itd. itp. A Michael Kenworthy, który potem zagrał już tylko w dwóch produkcjach i przepadł – w tym akurat filmie zagrał oskarowo.

Ot taki „Attack the Block” ponad 20 lat wcześniej. 10/10

***

Ognisty podmuch [Backdraft]

Fakt 1 – Multistarrery (kiedyś im jakąś inną nazwę wymyśliłem, ale nie pamiętam już jaką) gwarantowały kiedyś świetny film. Widziałeś w obsadzie Russella, DeNiro, Sutherlanda itd. i po prostu wiedziałeś, że to będzie dobry film. Dzisiaj gwarantują co najwyżej „Sylwester w Nowym Jorku”…

Fakt 2 – Ron Howard kręcił kiedyś dobre filmy. Jak jest dzisiaj pisałem w przypadku Olivera Stone’a.

Fakt 3 – Baldwinowie nie zawsze byli obiektem kpin.

Fakt 4 – Efekty specjalne kiedyś naprawdę robiły wrażenie. Dziś, gdy o wszystko jest łatwiej (ale i trudniej też, bo urząd miasta nie wyda nigdy zgody, żeby ognisko na powietrzu rozpalić) efekty już zwykle śmierdzą tylko komputerem.

Kontynuujący tradycje rodzinne świeżo upieczony (hehe) strażak stara się rozwikłać zagadkę serii tajemniczych podpaleń, w których są ofiary. Ogląda się to znakomicie. 10/10

***

Najlepsi z najlepszych 2 [Best of the Best 2]

Jakiś czas przed tym jak Chris Penn pożegnał się z tym łez padołem, zmarło się też kreowanej przez niego postaci w „Najlepszych z najlepszych”. Było to, nie powiem, spore zaskoczenie, gdy pierwszy raz oglądałem film. No ale z grubsza taki był punkt wyjścia do kolejnej fabuły, w której Eric Roberts mógł znów pokazać, że tylko udaje, że umie się być, a Phillip Rhee mógł pokazać, że nie wiadomo czemu kariery nigdy w kinie kopanym nie zrobił.

Nielegalne walki, diaboliczny promotor, wielki mistrz o wyglądzie Ralpha Moellera – wszystko na nic gdy dwójka reprezentantów USA w kickboksingu taekwondo się wkurwiła. A że na miejscu był jeszcze Dae Han, tym razem serdeczny przyjaciel (prywatnie brat Phillipa), to reszta wiór po Pennie leciała już tylko z badgajów. No i jeszcze trochę z na siłę i bez sensu wsadzonego tu Sonny’ego Landhama.

Ale złego słowa o tym filmie nie powiem, bo naprawdę ogląda się go bardzo fajnie. Taka straight-to-vhs A klasa mimo wszystkich jego widocznych jak na dłoni słabości.

Nie zmienia to faktu, że dla umiejętności Phillipa Rhee warto o wiele gorszy film nawet zmęczyć.
(1321)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.