Druhny, Beth Cooper, Kac Bangkok

Wolałbym się poopieprzać, ale trzeba trochę ponadrabiać. Bo niby niewiele oglądam, a do nadrobienia parę recek zostało.

Druhny [Bridesmaids]

Powiadają, że to damska odpowiedź na „Kac Vegas„. Nie wiem dlaczego (znaczy wiem, ale bardziej mi pasuje, że nie wiem). Powiadają, że akcja filmu dzieje się w Las Vegas. Nie wiem dlaczego, chyba nawet tam nie dojeżdżają. Powiadają, że oglądałem ten film. Hmm, też mi się tak wydaje, ale mało co z niego pamiętam.

Czyli że nie ma co słuchać tego co powiadają ludzie, bo zwykle pierdoły gadają. Jak się samemu nie przekonasz, to się nie dowiesz. Ja się przekonałem i już wiem – podobało mi się tak na 6/10.

Najlepsza przyjaciółka głównej bohaterki wychodzi za mąż. Główna bohaterka nie ma zaś szczęścia do facetów (oczywiście ona myśli, że to przez facetów, bo są beznadziejni). Jej chandra sprawia, że nie wszystkie przygotowania do ślubu idą tak, jak by tego chciała panna młoda i jej tytułowe druhny.

Przede wszystkim nie jest to żadna odpowiedź na „Kac…”, bo to film obyczajowy bardziej niż komedia, czyli zupełnie na odwrót do „Kaca…”. Dlatego gdyby ktoś chciał się pośmiać, to nie ten adres. Trochę śmiesznych rzeczy tu jest (zarówno obrzydliwych, jak i autentycznie śmiesznych), ale większość filmu to zapasy głównej bohaterki z życiem i podchody do niej bardzo pierdołowatego policjanta, który zdaje się chciał udawać brytyjski akcent, ale mu nie wyszło.

***

Kocham Cię, Beth Cooper [I Love You, Beth Cooper]

Jeśli ktoś Wam powie, że osoba odpowiedzialna za casting w tym filmie nie zna się na swojej robocie, to nie walcie tego kogoś po pysku (nawet, jeśli to Wy odpowiadaliście za casting w tym filmie), bo ma absolutną rację. Pierdołowaty bohater jest za bardzo pierdołowaty, a super laski są przeciętnymi dziewczynami. No ale to drugie pewnie po to, żeby czirliderka z „Heroes” mogła błyszczeć.

Paradoksalnie jednak zepsuta obsada wcale nie zepsuła filmu, który okazał się być dokładnie taki, jak tego chciałem i wcale nie był taki, jak by to wynikało z internetowych recenzji, w których raczej film ów się gnoi. Bzdura. „I Love You…” kupił mnie od samego początku wspaniałym monologiem, który już dostał nominację do NFQ i potem do końca było sympatycznie. Czyli lekka, łatwa i przyjemna komedia do obejrzenia na poprawę humoru bez konieczności używania przy tym mózgu. Pełny light.

Licealny kujon przez całą szkołę podkochiwał się w szkolnej piękności. Nigdy jej jednak o tym nie powiedział, więc gdy chwila jest naprawdę ostatnia – podczas mowy końcowej do zgromadzonych w auli absolwentów wyznaje tytułowe słowa budząc konsternację, jak i grymasy wkurwu na twarzy kilku wspomnianych również w przemówieniu osób.

Podobno to ekranizacja jakiejś książki. Podobno nieudana. Nie wiem, nie czytałem. Podobno też filmowi zaszkodziło PG-13, bo w wielu scenach aż się prosiło o cięższe żarty i więcej nagości. Bzdura. Jestem ostatni, żeby narzekać na brak cycków, ale uważam, że i one i klozetowy żart pełen faków był tu zupełnie niepotrzebny. Może w książce się sprawdził – film jest OK taki jaki jest. Przynajmniej nie trzeba się wstydzić, że się go ogląda. Film, a nie humor 😛

„Sekretny dziennik Adriana Mole’a” toto dla nikogo nie będzie, ale obejrzeć warto. 8/10

***

Kac Vegas w Bangkoku [The Hangover Part II]

Lubię narzekać na polskie tłumaczenia zarówno filmów jak i ich tytułów, ale jakoś w tym przypadku polski tytuł mnie nie razi. Co mieli dać? „Bangkac”? Trudno, czasem sytuacji szklanopułapkowych uniknąć się nie da, a nikt nie jest jasnowidzem, żeby przewidzieć, że będzie kontynuacja.

Filmowa Wataha wyrusza na wesele dentysty do Bangkoku. Tam budzą się rano w obskurnym pokoiku na mieście i nie wiedzą, czemu znowu spotyka ich to samo.

Nie jest tajemnicą, że nie jestem fanem pierwszego „Kaca…”. Jest OK, ale szaleństwo na jego punkcie jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. I może dlatego dwójka podeszła mi nieźle. Nieważne, że to zupełnie ten sam film, ale oglądało mi się go bardzo dobrze. Bardzo dobrze na 7/10, bo już nie przesadzajmy :) Odgrzany kotlet, to zawsze odgrzany kotlet.

Ktoś gdzieś napisał, że jeśli nie chcecie sobie spoilerować „Kac Vegas 2” nie oglądajcie „Kac Vegas 1” i ma rację. Z tego też względu nie ma się co rozpisywać. Humor ten sam, fabuła ta sama, bohaterowie ci sami – różnicy nie stwierdziłem.
(1248)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.