Brestskaya krepost aka The Brest Fortress

W Brześciu sielanka (pewnie ciągle trwa impreza z okazji zagarnięcia Polsce fajnego kawałka lądu). Koniki taplają się w rzeczce, niebieskookie panny dostają od swoich chłopców bukieciki świeżo zerwanych polnych kwiatów, przyjeżdża kino i wyświetla film, a uśmiechnięci komisarze NKWD spędzają dnie i noce na nauce hołubców i grania na trąbce. WTEM. Coraz głośniejsze są plotki o tym, że Niemcy mają zamiar rozpocząć wojnę z Sowietami. Ci drudzy nie chcą w to uwierzyć, przecież dogadani byli, ale gdy na twierdzę spadają pierwsze bomby, wiedzą już, że to nie przelewki. Trzeba bronić matuszki rasiji przed blond okupantem. Jest rok 1941.

Heroiczne kino wojenne powstaje w każdym zakątku świata (nawet u nas jest „Czas honoru” czyli przysłowiowy rak na bezrybiu, choć nakręcony w ten sposób, że w pewnym momencie zacząłem już trzymać kciuki za Niemcami). Wynika z niej jedna rzecz – kto by takiego filmu nie nakręcił ten miał przerąbane, Najeźdźca zabijał kwiat męskości, gwałcił brudnym członkiem bogobojne kobiety, a na to wszystko patrzyły dzieci, żeby w najlepszym wypadku zacisnąć zęby i po wojnie okupantowi przebaczyć nie chcąc zrównać się do tegoż okupanta. No i trudno się dziwić, że takie filmy powstają, bo przecież kto mądry będzie robił film o swoich zbrodniach wojennych i swoich bohaterów przedstawiał w świetle niejednoznacznym? Powstają i powstawać będą. I pomijając sympatie, antypatie i tego typu uprzedzenia oraz zamykając oczy na propagandę żałować można tylko jednego. Że nikt jeszcze nie wyciągnął z tych wszystkich produkcji innego wniosku – że wojna jest po prostu zła. I czy zamiast kręcić filmy o swojej niedoli, nie lepiej zrezygnować z wojen w ogóle? Idealista mi się włączył, widzę, ale myślę, że póki to się nie zmieni, to takie filmy pozostaną sztuką dla sztuki i częściej zamiast wzruszać (choć jestem pewien, że obywatele Rosji (nie mylić z ZSRR) wychodzili z kina zapłakani) spowodują co najwyżej nowe konflikty pod znakiem: „no jak można tak historię przeinaczać?” O tym za chwilę.

Bo na razie pomijam ww. sympatie, antypatie i uprzedzenia i chciałbym słówko o samym filmie, jako filmie, a nie filmie jako sposobie na szerzenie propagandy. Jak przystało na widowisko wojenne jest tutaj widowiskowo, domy się burzą pod bombami, żołnierze mocno krwawią i zostawiają na polu bitwy swoje kończyny. Realizacja jest sprawna, choć batalistyka specjalnie dupy nie urywa, a tego typu atrakcje kończą się na uuura, urraaa, pach, pach, trup, trup. Aktorom nie można nic zarzucić, zdjęcia robią wrażenie, muzyka specjalnie się nie wybija, ale brzmi właściwymi dla tego typu filmów nutami. Czyli ogólnie ktoś groszem sypnął, a inny ktoś dobrze ten grosz wykorzystał. No tylko ta 40-minutowa końcówka to już była przesada, dlatego pozbawiona uprzedzeń ocena wyżej 6/10 nie podskoczy.

Oczywiście film nakręcony z jedynej słusznej perspektywy nie jest pozbawiony elementów kontrowersyjnych z punktu widzenia innej perspektywy. Przy czym nie jest to przeinaczanie historii z gatunku „patrzcie, przecież to tak było”, a raczej z gatunku przemilczeń. Czyli – opowiadamy sedno historii, a jakieś poboczne wątki nas nie interesują. Przyszli Niemcy? Przyszli. Zabijali naszych. Zabijali. Nasi się dzielnie bronili. A jakże! No więc o co chodzi? To tylko kino.

No może, ale nie trzeba być specjalnie biegłym w historii, żeby wyłapać bezbłędnie te wszystkie niedopowiedzenia. Wiadomo, że nie każdy radziecki żołnierz był bohaterem bez skazy, a tutaj tylko tacy się pojawiają. Wiadomo, że nic nie jest jednoznacznie białe ani czarne, żeby sparafrazować klasyka. A tutaj tak właśnie jest – jasna czerwona strona i ciemna strona blond. Widać to nawet w sposobie, w jaki giną żołnierze w tym filmie. Niemcy padają jak muchy od każdego strzału choćby strzelała kobieta z pistoletu z drugiego piętra, natomiast Ruscy zwykle giną w zwolnionym tempie z odpowiednią muzyką „pod spodem” wcześniej zabiwszy (jest takie słowo?) tuzin okupanckiego balastu. Apogeum tego bohaterstwa następuje w 40-minutowej końcówce, w której nieśmiało przemyca się widzowi takie informacje jak to, że dzielni obrońcy Twierdzy Brześć cierpieli po wojnie stalinowskie represje. No normalnie załamać się można, tacy biedni.

Jednym słowem propaganda jak się patrzy. Chyba nawet nie znaleźli żadnego niemieckiego aktora, żeby Niemca zagrał, bo filmowi Niemcy z twarzy Niemców nie przypominają, a posługują się niemieckim z akcentem. W „1612” to przynajmniej Żebrowski nadrabiał twarzą w kwestii złudzenia wiarygodności obrazu.

Jako kino wojenne daje radę i z pewnością warto rzucić okiem (choć ponad przeciętną się ani przez chwilę nie wybija dowodząc, że trudno jest zrobić dobry i nieszablonowy film wojenny). Ale jak ktoś ma awersje na tego typu niedomówienia, to niech sobie nerwów oszczędzi.
(1159)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.