Frozen

Pozostajemy w klimatach filmów z trzema aktorami na krzyż w obsadzie. Tym razem film na trzech aktorów i wyciąg narciarski z dodatkiem epizodów, których nie ma co liczyć, bo zagranych zapewne przez znajomych z podwórka reżysera.

Oto troje bohaterów spędza dzień w kurorcie narciarskim. On i on – dwaj najlepsi przyjaciele, którzy przyjeżdżają tu regularnie plus ona, dziewczyna jednego z nich, która drugiemu psuje tylko męski wyjazd, szczególnie że nie ma pojęcia o jeździe na snowboardzie i przez nią tracą czas. A będzie jeszcze gorzej. W wyniku niefortunnego (i naciąganego) zbiegu okoliczności zostają uwięzieni na krzesełku wyciągu narciarskiego wysoko nad ziemią. Nadchodzi noc, w odległości krzyku nie ma ani jednej żywej duszy, a kurort zostanie ponownie otwarty za kilka dni. Nieciekawie.

„Frozen” wyreżyserował Adam Green – facet od chwalonego tu przeze mnie przy byle okazji „Hatchet„. I trzeba przyznać, że film znów mu fajowy wyszedł, co tylko zwiększa mój apetyt na sequel toporka.

Ów survival horror często porównywany jest do „Open Water” i słusznie, bo opowiada o tym samym. Tam bezkresny ocean, tu bezkresne zimowe stoki. Tam rekiny, tu wilki. tam dwie osoby (o ile dobrze pamiętam) tu trzy. Itd. W mojej jednak opinii „Frozen” jest filmem dużo lepszym od oceanowego poprzednika, bo ma coś, czego tamten film nie miał. „Open Water” był śmiertelnie poważny, natomiast „Frozen” momentami jest zupełnie lekki i przyjemny i ogląda się go jak jakieś BH 90210 prawie. I w sumie w filmie o dość poważnym problemie nie ma miejsca na śmichy chichy, to jednak te dwa światy zagrały dobrze (w przeciwieństwie do aktorów, którzy zagrali słabo) i te momenty zupełnego rozluźnienia pozwalały potem lepiej wczuć się w beznadziejną sytuację zagrożenia i niechybnej śmierci.

Dlatego „Frozen” ogląda się bez większego znudzenia i choć kręci się wokół statycznej sytuacji, to od początku do końca żyje i zlatuje (nomen omen hłe hłe) dość szybko. Parę mocnych scen nie daje widzowi przysnąć (szczególnie jedna taka), a ładne zdjęcia przyprawiają całość o przyjemne wrażenia wizualne.

Broń Boże nie jest to żadne arcydzieło filmowe i momentami widać amatorkę bez specjalnie dokładnego przyglądania się, ale 7(10) daję, bom zadowolony był po seansie.
(1027)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.