Autor Widmo [The Ghost Writer]

Jest coś niewdzięcznego w pracy reżysera. Stara się, żeby zachwycić widza zimnymi ujęciami (no dobra, operator się o to stara, ale to reżyser mu każe), ładnym klimatem, w miarę żwawym prowadzeniem akcji i innymi technikaliami – generalnie dba o to, żeby film był dopracowany w każdym szczególe – a i tak zawsze trafią się jakieś marudy takie jak ja, które zwracają uwagę na coś zupełnie innego. I tak przez 3/4 filmu.

Zwróciliście uwagę, jakiego leniucha i ciamajdę zatrudnili do napisania wspomnień byłego Prajm Ministra (PM)?

Noż kaman. Miał je przeczytać – usnął (nie kupuję, że tę masę kartek przedziobał w sześć godzin, ale już olać, może miał kurs szybkiego czytania skończony). A to tylko początek. Na przeredagowanie, poznanie życiorysu PM-a (nie interesował się polityką ani samym premierem poza to, co każdy zwykły obywatel o PM słyszy – tak nam to wynikało z początku filmu – pierwsze zdania: „Come on! But you realize I know nothing about politics?”), zdecydowanie co ze wspomnień wykreślić a co dodać (wiem, pisałem już o przeredagowaniu)… no generalnie ogarnięcie całej tej masy kartek, które w większości skreślił całkiem w MIESIĄC. A za chwilę w DWA TYGODNIE. Czyli posługując się cytatem: „mało casu, kruca bomba, mało casu”. Cóż więc robi ten leń patentowany? Rzuca się do pracy i ślęczy nad manuskryptem dzień i noc? Eeee. Snuje się po domu, gawędzi z jego mieszkańcami, jeździ na wycieczki rowerowe, a zamiast rozmawiać z PM-em to go wkurza. I, co najlepsze, zamiast siedzieć na dupie w obszernej przecież rezydencji – każdego dnia dojeżdża kawał drogi do hotelu, w którym nie może pracować nad manuskryptem, bo zabierać go ze sobą nie może (nawet Balkan pozwolił sześć milionów razy bardziej cenną knigę Corsowi zabrać). JAK ON TO CHCIAŁ W DWA TYGODNIE WSZYSTKO ZROBIĆ? to pytanie przez 3/4 kołatało mi się we łbie, a nie za bardzo miało je co zagłuszyć, bo tempo filmu wolniutkie było (to nie zarzut).

Pod względem technicznym nie można za dużo filmowi Polańskiego zarzucić. Może nawet w ogóle nic, choć to już pewnie przesadzam. Widać, że film zrobił ktoś, kto filmy robić potrafić i kto wie, na czym polega zabawa w kino. Gdybym miał się trochę poczepiać, to może zwróciłbym uwagę tylko na to, że cała ta tajemniczość w zdjęciach Edelmana, muzyce Desplata i scenografii nie wiem kogo jest trochę na wyrost, bo w samej historii nie ma aż takiego mroku i zagrożenia, na co by wskazywała oprawa opowieści. No i ten domek i jego sceneria są ciut przesadzone (czyt. perfidnie dobrane), bo akcja filmu mogłaby się toczyć absolutnie w jakimkolwiek budynku, a całe te szklane ściany, zimne wnętrza i „przezroczyste” schody były tylko po to, żeby nadrobić brak napięcia w fabule. Zdaję sobie sprawę, że trochę pierdami gadam, bo film to nie tylko fabuła, ale i wszystko oprócz niej, ale co poradzę, że czułem się jakbym oglądał film nakręcony według matematycznego wzoru. Przy czym pragnę nadmienić, że nie piszę o tym w kategorii wielkiej pretenchy czy krytykowania, tylko zwrócenia uwagi na rzeczy, które troszeczkę (powtarzam: troszeczkę) mi zgrzytały. Ocena filmu i tak będzie w miarę wysoka.

Znalezione zostaje ciało pisarza zatrudnionego do napisania wspomnień byłego PM-a Wielkiej Brytanii. Wspomnienia trza jakoś dokończyć, więc czym prędzej do tej niewdzięcznej roboty zatrudniony zostaje tytułowy autor widmo. Rzuca się w wir pracy (hłe hłe), ale szybko okazuje się, że nie wszystko jest złotem co się świeci. Sytuacja komplikuje się dodatkowo, gdy pojawia się napięcie związane z oskarżeniem PM-a o zbrodnie przeciwko ludzkości.

Nieprzypadkowo wspomniałem wyżej jeden z poprzednich filmów Polańskiego – „Dziewiąte wrota” – bo „Autor Widmo” jest do niego bardzo podobny. Bohaterem jest taki sam ironiczny kot łażący własnymi ścieżkami, jest książka i tylko tożsamość diabła została nieco zmieniona (swoją drogą na diabła, który w życiu bardziej daje nam się we znaki niż ten biblijny szatan, czyli diabła jakby nie patrzeć gorszego). No i generalnie rzecz biorąc klimaty obydwu filmów są podobne tylko trupów jest trochę mniej i „Dziewiąte…” jak przystało na iberyjskiego autora książki wg którego powstały są dużo bardziej ciepłe. I podobały mi się bardziej. Znaczy podobał, bo o film chodzi 😛

Przez długi czas „Autor Widmo” pracował na solidne 4(6), bo choć ocierający się momentami o techniczną perfekcję, to jednak nie wciągnął mnie jakoś strasznie, a i nie sposób nie zauważyć niespiesznego tempa, które wielu mylnie bierze za nudę. Niespieszne tempo nie jest nudą, jest tylko niespiesznym tempem i jeśli lubi się dynamiczne fajerwerki filmowe, to się za „Autora Widmo” nie bierze zamiast mieć potem pretensje o przynudzanie. Końcówka jednak sprawiła, że ostateczną oceną będzie 4+(6). No była to końcówka z gatunku takich, które generalnie większość lubi, choć w dużej części spodziewana już od dłuższego czasu. Zwracam uwagę na wyrażenie „w dużej części” – oznacza ono, że sedno było spodziewane prawie od początku filmu, ale nie oznacza, że dobrze wiedziałem o wszystkim co się na końcu wydarzy. To tak na wypadek, gdyby komuś się chciało bziuczeć i kpić, że taki domyślny jestem. A zresztą, co ja się tłumaczę, phi 😛 Fakt faktem – gdyby końcówka była zupełnie niespodziewana to kto wie, może by i o 5 się film otarł. A tak to nie ma mowy o takie wysokie pułapy. Szczególnie że bez trudu można tę końcówkę uznać za naiwną. Wystarczy tylko trochę niedobrej woli i już można nosem kręcić po cholerę [A zaROT13uje choć nie ma raczej spoilera dalej to lepiej na zimne dmuchać] nż gnx xbzcyvxbjnć fbovr żlpvr mnzvnfg jmvąć v mnqmjbavć qb xbtb gemron pujvyę cb cvrejfmlz bqxelpvh (pmlyv j btóyr wrfmpmr cemrq ebmcbpmępvrz svyzh) v bcbjvrqmvrć jfmlfgxb pb v wnx.
(997)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.