Projekt 1000 (Część 19)

Ostatni skaut [The Last Boy Scout]

Mówiąc najzupełniej szczerze – jakoś tak nie od początku przepadałem za tym filmem. Dalej nie ma szans na czołówkę mojej listy ulubionych filmów, ale z pewnością lubię go bardziej niż po pierwszych seansach. Jakoś tak wtedy Willis kojarzył mi się tylko z „Die Hard” i zmianę nazwiska i poniekąd zawodu na potrzeby innego filmu niż kultowa seria traktowałem z niewielką przychylnością. McClane – tak, Hallenbeck – nie.

A przecież jest w tym filmie wszystko, co sprawia, że po latach mówimy o nim w samych superlatywach używając słowa, którego nie lubię, a którego użyję tu już drugi raz – „kultowy”. Zgorzkniały bohater z pistoletem i wiecznym kacem, onelinery spod pióra mistrza Shane’a Blacka (który prezentuje tu uroczy dystans do całej sprawy – „mamy lata dziewięćdziesiąte, nie możesz tak bez słowa walić faceta deską surfingową; musisz powiedzieć przy tym coś zabawnego!”), striptiz Halle Berry, akcje, wybuchy, strzelaniny itd. Nie mam pojęcia, czemu dziecięciem będąc nie lubiłem tego filmu. Może dlatego, że męczyło mnie to, że nie mogłem wyczaić ococho z tym całym: „bom to spierdalaj po polsku”. W sumie dalej nie kumam, ococho autorowi tego zdania, choć o ile mnie pamięć nie myli tak naprawdę w oryginale chodziło o jidish, z którego piracki tłumacz zrobił polish. A może mi się zdaje… Nevermind. „Ostatniego skauta” w końcu polubiłem, ale nie na tyle, żeby mu teraz laurki wypisywać. Nie ulega wątpliwości jednak, że Bruce Willis z „Ostatniego skauta” to taki Willis, jakiego lubimy najbardziej. Który nie pamięta co się wydarzyło poprzedniego dnia, ale zachodzą obawy, że wydymał wiewiórkę.

Bohaterem filmu jest zdradzany przez żonę prywatny detektyw, który w przerwie między jednym a drugim kacem dostaje zlecenie na zbadanie tego, kto stoi za śmiercią pewnej striptizerki. Prawdę o śmierci chce poznać jej chłopak (striptizerki, nie śmierci :P), były gwiazdor NFL, a obecnie ćpun patentowany. Pijak i narkoman ruszają na krwawą krucjatę zakończoną m.in. nagrodą MTV w kategorii „najlepsza scena śmierci”.

Niezależnie od samego filmu, zawsze byłem pod wrażeniem pomysłowości autora rysunku przedstawiającego Satan Clausa.

***

Milczenie owiec [The Silence of the Lambs]

Jeśli to nie jest najlepszy film, jaki w życiu widziałem to sam nie wiem, co nim jest… Zwykle zapominam o nim, gdy podaję jakieś listy swoich ulubionych filmów, ale prawda jest taka, że był taki okres, że oglądałem go po dwa razy dziennie. Przychodziłem ze szkoły, zapuszczałem film Demmego (chyba nie tak się to odmienia) i od samego tylko logo ORIONA z prawdopodobnie jedyną muzyką, jaka kiedykolwiek wyszła Howardowi Shore’owi (kurna, co za nazwiska! wiem, wiem, „Władca pierścieni” też mu wyszedł, ale o tym dowiedziałem się dopiero kilkanaście lat później) odpływałem zupełnie w świat filmu, który wciągał mnie tak samo mimo tego, że oglądałem go po raz enty. A potem tylko jeszcze słyszałem głos mamy, która właśnie wracała z pracy i bolała nad moim zdrowiem psychicznym pytając, czy znowu oglądam „Milczenie owiec”? I załamując ręce po moim pomruku odpowiedzi.

„Milczenie…”, jak każdy wie, to oparty na książce Thomasa Harrisa (książkę przeczytałem dużo później i nie podobała mi się; jacyś skazańcy robiący pod siebie i pokazujący to Clarice, Chilton jako idiota sto razy większy niż w filmie – fajnie, że Demme to pozmieniał) thriller doskonały, który jako jeden z nielicznych filmów dostąpił zaszczytu otrzymania Oscarów w pięciu najbardziej prestiżowych kategoriach (film, scenariusz, reżyseria, aktor pierwszoplanowy, aktorka pierwszoplanowa). A zresztą, kij tam z Oscarami, bo one często nie są wyznacznikiem niczego. Ważne, że to naprawdę niezapomniane przeżycie filmowe, które trafia się bardzo rzadko i dlatego warto używać pod jego adresem każdych możliwych pochwał, bo na nie zasługuje! To chyba jedyny film, który wciąga mnie już od pojawienia się logo wytwórni. A za chwilę jest jeszcze lepiej. Cierpienie, ból, agonia – kochaj to. I Clarice w windzie z wyższymi od niej o dwie głowy facetami. I tablica z artykułem o Billu, który obdziera ze skóry piątą ofiarę i Crawford pytający Clarice, czy słyszała o Hannibalu Lecterze… Oj, coś czuję, że zaraz kolejny seans – w końcu dawno już „Milczenia owiec” nie widziałem.

Po prostu genialny film i tyle. Genialny film z jeszcze bardziej genialnym klimatem szarości, burości, ulotności i tego całego syfu kończącego się na -ości. Kiedy Clarice z Crawfordem podjeżdżają pod dom pogrzebowy w zabitym dechami pierdziszewie w Zachodniej Wirginii, to czuję, że jest to zabity dechami pierdziszew, a nie kolorowy plan filmowy, który po zdjęciach zniknie. A gapie pod domem pogrzebowym to gapie, którzy nie kombinują tylko, żeby spojrzeć prosto w oczy kamerze i pomachać rodzinie, ale gapie, którzy przyszli zobaczyć nagły najazd mundurowych na ich spokojne miasteczko, w którym do tej pory największym wydarzeniem było to, że jakiś tam John czy inny Kevin jako pierwszy z jego mieszkańców dostał się do koledżu.

A potem przyszło fafnaście kolejnych części, z których ani jedna nie zbliżyła się nawet w 1/3 do wspaniałości „Milczenia owiec” i w których już nawet sam Ted Tally (autor scenariusza do „Milczenia…”, a potem do „Czerwonego smoka”) pogubił się, co zmienił w stosunku do książki i zapomniał o tym, że bezsensownie pomieszał fakty. Często się zastanawiam, jakim cudem mu scenariusz do „Milczenia owiec” wyszedł. Zapłacił komuś za napisanie go?

***

Bożesz ty mój, jakby to powiedziała ciocia Stasia. Cóż za wielka żałość, że po takim filmie jak dzieło Jonathana Demme (chromolę, nie odmieniam) następnym tytułem w spisie moich filmów jest…

„Nocne graffiti”

Żal cokolwiek pisać. Szczególnie, że to denny film jest ze schyłku takiego dziwnego okresu w polskiej, hmm, kinematografii, w którym nasi filmowcy myśleli, że są kontynuatorami amerykańskiego kina rozrywkowego i że potrafią takie kino kręcić lepiej. No cóż. Nie potrafili.

Od tego też filmu rozpoczął się triumfalny pochód przez filmy przeróżnej maści serialowego herosa Olgierda Halskiego, prywatnie znanego jako Marek Kondrat. Przez następne parę lat Kondrat występował nawet w filmach, których nikt nie nakręcił ;P aż do czasu, gdy mu przeszło i został twarzą ING Banku.

I to w zasadzie wszystko, co można napisać o „Nocnym graffiti”, bo przecież nie można poważnie podchodzić do filmu, w którym gra Robert Janowski (Koks, LOL). I jeszcze tylko dodam na koniec, że strasznie mnie denerwowało to, że w prysznicowej scenie z Kasią Kowalską nic nie było widać. A byłby choć jeden pozytyw!

Ostatecznie jednak warto zwrócić uwagę na to, że cały ten projekt (nie przesadzajmy z określeniem „film”) marketingowo był strzałem w dziesiątkę. Coś takiego, jakby teraz film z Lady Gagą nakręcić. Tyle że oczywiście tylko i wyłącznie na naszą kinowoperyferyjną skalę.

***

Zmęczyłem się :)
(936)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.