Avatar

Fajnie ma taki James Cameron. Kilka lat temu pewnie wszedł do pokoju wypełnionego zaufanymi ludźmi w liczbie przynajmniej kilku dziesiątek i powiedział: „OK, to tak. Potrzebuję wyglądające jak żywe paprotki na pierwszym planie, świecące się robaczki z unoszącą je spiralką, trochę zwierząt niekoniecznie niepodobnych do nikogo, ale z dodatkowymi nogami, no i jeszcze to, siamto i tamto”. Efekt pierwszej takiej wizyty był pewnie ten sam, co w przypadku mojego kuzyna odwiedzającego fryzjerkę. Kuzyn ów powiedział jej, jak by chciał, żeby go opitoliła. Ona wysłuchała tych wszystkich tu tak, tu siak, tu krócej, a tu dłużej i bez zastanowienia odparła: „Nie da się”. Kuzyn poszedł do innego fryzjera, a Cameron odczekał trochę czasu i znów zebrał chłopaków, a odpowiedź tym razem była bardziej optymistyczna. No i chłopaki zaczęli pracować nad tymi wszystkimi robaczkami i paprotkami w pocie czoła, a jak już je zrobili to w nagrodę dostali dziesięć sekund na końcowych napisach filmu lecących w momencie, gdy w zależności od natężenia widzów na sali ktoś jeszcze wychodził, albo i pusto już było. A Camerona obwołano wizjonerem.

Jak więc widać z tego przydługiego wstępu – wybrałem się w końcu na „Avatar”. Miałem w planach najpierw zaliczyć wersję IMAX-ową, ale okazało się, że wszystkie dobre miejsca w warszawskim IMAX-ie zajęte są do „ponowymroku”. A jako że nie uśmiechało mi się oglądać tego filmu z miejsca bylegdzie w pierwszym rzędzie z boku, to olałem sprawę i na cel wyprawy w towarzystwie gambita i „doszedłego” potem (hehe) Aśka wybrałem (a właściwie to gambit wybrał, bo to on się na technologiach zna i wie, gdzie, co i jak) się do złototarasowej sali numer 1 na wersję 3D. Na dzień dobry czekał mnie mini zawód, bo wg gambita miała to być najnowocześniejsza sala w Europie z największym kinowym ekranem i myślałem, że to jakaś zupełnie nowa sala. Tymczasem w tej sali nr 1 to już co najmniej dwa razy byłem w tym raz na „Domu złym”. A że w sali nr 1 widownia jest doprawdy spora, to i ekran nie wydawał się taki wielki jak myślałem. No ale „mniejsza o większość”, jak to mówi Asiek. Zawód był to co najwyżej mini i w żaden sposób nie nastawił mnie negatywnie.

Żeby oszczędzić czytania tym, którzy nie lubią przedzierać się przez te moje wypociny od razu może podsumuję ten wypad do kina. Otóż mówiąc jak najkrócej i jak najprościej – podobało mi się. Wydanych pieniędzy na bilet nie żałuję, uważam że na „Avatar” iść się powinno, jeśli lubi się oglądać filmy w kinie, a podczas seansu w zasadzie się nie nudziłem. Oceny jednak wystawiać nie będę, bo raz że nie jest to film, któremu z czystym sumieniem mógłbym wystawić szóstkę, a dwa jakoś nie wypada mi stawiać niższej oceny, bo jakby nie było – co miałem dostać to dostałem. Czyli wizualny majstersztyk. Choć bez przesady, bo jakoś nie czułem, że oglądam przełomowy w historii kina film.

No to kiedy podsumowanie mamy z głowy, czas przejść do typowego lania wody… Żartuję, nie mam czasu, żeby się za bardzo rozpisywać i w zasadzie zamiast klecić jakieś akapity, których nikt nie czyta, podzielę się z Wami garścią myślnikowych refleksji. Choć wcale nie muszę i mogę wodę lać, bo i tak nie zdążę skończyć pisać tej recki za jednym posiedzeniem. Taki łaskawy jestem! 😛

– Jako już się wyżej rzekło – „Avatar” to zgodny z obietnicą wizualny majstersztyk. Miał być cukierek dla oczu – był cukierek dla oczu. Przynajmniej kilka scen spokojnie można było obserwować z najwyższym podziwem nie zastanawiając się jak to zrobili tylko po prostu sobie patrząc i ciesząc oczy. Oczywistą oczywistością jest to, że nie cały film jest taki oszałamiający, ale to by im chyba milionów dolarów na to nie starczyło. A co za tym idzie czas na moją śmiałą tezę, której nikt nie rozumie – okulary 3D niezbędne do oglądania „Avatara” w zasadzie potrzebne były może w 30% filmu. W pozostałych momentach spokojnie można by się obejść bez nich. Jasne, zdejmowanie ich nie miałoby sensu, bo oczywiście widać by wszystko było niewyraźnie, ale z kolei pozostanie w nich żadnego większego efektu nie robiło poza wyostrzeniem rozmazanego obrazu. Zarzut to oczywiście żaden, bo przecie trudno, żeby ktoś sterował widownią i mówił jej kiedy włożyć a kiedy zdjąć okulary, ale gdyby dorzucono jeszcze z pół miliarda dolków i na maksa korzystano z technologii 3D tworząc nieustanne iluzje i inne pierdoły, to by dopiero była rewolucja! Czyli wniosek prosty – jeszcze spokojnie wiele do zrobienia w tym zakresie przez filmowców jest. Na razie cieszmy się „Avatarem” i co najwyżej postulujmy o wygodniejsze okulary 3D, bo mimo wszystko to ustrojstwo przeszkadza, a i obraz taki ładny i jasny jest jak się je zdejmie. Choć trzeba oddać sprawiedliwość – po początkowym przeszkadzaniu, im dalej w film tym mniej czułem obecność na nosie okularów, a często w ogóle o niej zapominałem.

A żeby oddać sprawiedliwość raz jeszcze, to choćby Cameron stawał na głowie w kreowaniu ogromnych maszyn i ich trójwymiarowej prezentacji, choćby bohaterowie co chwila wpadali w kolorową otchłań itp. to i tak największą radość miałem z obserwowania… napisów, dla których technika 3D to największe dobrodziejstwo. Obserwowanie jak napisy wiszą sobie w przestrzeni pomiędzy aktorami i wszystkim tym co w kadrze to prawdziwa przyjemność.

– A skoro o napisach, to natężenie literówek w nich było zaskakująco duże jak na film kinowy. Naliczyłem z osiem, a przecież nie cały czas je obserwowałem. A i nie jestem przekonany, czy umieszczanie ich momentami z boku ekranu czy nawet na jego środku (żeby czegoś tam nie zasłaniać) to dobry pomysł. Tak samo jak i dwie różne czcionki – nie wiem po co to. Przecie słychać, że w innym języku mówią.

– Jeśli miałbym wybierać między florą i fauną „Avatara” to zdecydowanie wybrałbym florę. Obserwowanie pandorowej roślinności to prawdziwa przyjemność, a pojawiające się czasem na pierwszym planie liście paprotki to majstersztyk. Pod tym względem w zasadzie ani przez chwilę nie widać sztuczności i cholera wie co z komputera, a co naprawdę gdzieś tam posadzone. Dodatkowy plus w tym temacie, to fakt, że wszystko widać jak na dłoni. Raz że akcja rzadko dzieje się w nocy, a nawet jeśli tak, to i tak wszystko widać co do ostatniego pikselka. Czasem bywa tak, że przełomowe pod względem efektów filmy dzieją się przez pół czasu trwania w nocy i w zasadzie gówno, za przeproszeniem, widać („Park jurajski” np.). Tutaj nie ma czegoś takiego i niczego nie spowija mrok. Chyba, że tak ma być, bo to ładniej wygląda. Jeśli zaś chodzi o faunę to zdania nie zmieniłem – nie lubię animowanych zwierzątek i tyle. W większości pandorowych okazów czułem sztuczność i nie wierzyłem, że toto żyje. Nic nie poradzę, tak już mam. Szczególnie że mierzi mnie również fakt, iż tak naprawdę te zwierzątka to zwykłe ziemskie zwierzątka z dodatkiem nogi, lub z innym kolorem. Przesadzam oczywiście, bo zmian w ich wyglądzie jest dużo więcej, ale nie na tyle, żeby sobie pod nosem nie mędzić: oho, a to pies. Oho, a to koń. Oho, a to coś tam. Ze zwierzątek najbardziej mi się podobały te koniki morskie z dużą okrągłą spiralą unoszącą je w powietrzu.

– Może mi się zdaje, ale w przypadku „Avatara” wraca stare dobre marudzenie znane z czasu „Titanica”. W zasadzie modnym chyba jest pieprzenie głupot, że to nudne i naiwne dzieło nie warte zainteresowania. I że co to w ogóle jest. Cóż, ja się w ten chór nie dopasuję, bo wcale nie uważam za obciach to, ze komuś „Avatar” się spodobał. Wręcz przeciwnie. Ja nie mam stresu przed powiedzeniem, że tak jak podobał mi się „Titanic”, tak samo podobał mi się „Avatar”. No może trochę mniej, bo w „Titanicu” było jednak więcej emocji, a „Avatar” w zasadzie śledziłem z obojętnością co do losów bohaterów. Ale to chyba tylko ja, bo Asiek miała zgoła odmiennie. No ale o tym to chyba sama u siebie na blogu napisze. Tak czy siak psioczenie na płytki scenariusz, dziurawą historię i ogólny jej bezsens uważam oficjalnie za malkontenctwo i już. Jasne, spokojnie można by palcem parę bzdur Cameronowi wytknąć, ale PO CO? To nie miał być film z genialnym scenariuszem, do którego efekty specjalne są dodatkiem. To miał być film z genialnymi efektami specjalnymi, do którego scenariusz był tylko dodtakiem. I dokładnie tak było, co każe mi cofnąć wypowiedziane w jakiejś tam recce słowa o tym, że wraz z lepszą techniką efekty specjalne wcale nie wyglądają na lepsze niż kiedyś. W przypadku „Avatara” tak nie ma i w zasadzie trudno by mi było doszukać się sceny, o której mógłbym z czystym sumieniem napisać, że raziła mnie sztucznością. No może trochę nie przekonałem się do końca do smerf… do na’vików i zapewne nie wyglądali mi na tyle realnie jak chciałby tego reżyser, ale nie będę robił z tego tragedii. Wyglądali wystarczająco realnie i tego się trzymam.

– Niektórzy kręcą też nosem na słabe aktorstwo. Ja mogę tylko powtórzyć ten kawałek o malkontenctwie… To nie miał być aktorski pojedynek. Członkowie obsady mieli w niej po prostu być i robić swoje. A nawet jakby ktoś chciał aktorsko poszarżować, to nie miał ku temu okazji. Inna sprawa, że nie miał kto tego robić. Sam Worthington? Największy znak zapytania w dziedzinie: jakim cudem ten koleś zrobił karierę? No way. Choć i aktorsko było parę plusów, ale tu nie będę oryginalny wskazując oczywiście na Stephena Langa. Mam jednak jedno zastrzeżenie odnośnie obsady: zdecydowanie za mało było Giovanniego Ribisiego! Uwielbiam gościa i gdyby mnie ktoś zapytał, jaki jest aktualnie najlepszy filmowy aktor na świecie, to chyba wskazałbym paluchem na niego.

No i jeszcze słóweczko o Sigourney Weaver – dostała zdecydowanie najładniejszego avatara i w niebieskiej wersji prezentowała się znakomicie.

– Czas najwyższy na największy minus filmu – muzykę. James Horner się nie popisał i tyle. Końcową żenu… piosenkę pominę milczeniem, natomiast w warstwie ilustracyjnej nie było żadnego wpadającego w ucho motywu. Oczywiście nakazu żadnego nie ma, żeby takowe były, ale moim zdaniem przydałby się jakiś mocny akcent od czasu do czasu. Kto wie, może reżyser nie chciał, żeby muzyka przeszkadzała w wizualnej uczcie, ale ja tam uważam, że z muzyką to nie powinno być jak z sędzią piłkarskim, że najlepiej, gdy w ogóle nie widać, że jest na boisku, a mecz toczy się płynnie i tak jak należy.
(914)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.