„Zdarzenie” [„The Happening”]

OMFG, WTF?!

Pewnego pięknego dnia wszystko toczyło się z góry ustalonym torem. Amerykańskie społeczeństwo powiększało w pocie czoła PKB marząc o powrocie do swojego białego domku na przedmieściach i koszeniu trawnika. I nagle ni stąd ni zowąd zaczęło dziać się coś niepokojącego. Kto miał pod ręką pistolet strzelał sobie w łeb, a z dachów sfruwały zastępy samobójców.

Paradoksalnie, choć jego najsłynniejszy film – „Szósty zmysł” przyjąłem z chłodem i obojętnością (być może dlatego, że gdzieś między wierszami grup dyskusyjnych zdawało mi się, że przeczytałem spoiler, który się potem sprawdził, a ja nie wiedziałem czy mi sie wydawało, że gdzieś natknąłem się na spoiler, czy może jestem tak genialny, że domyśliłem się zakończenia w trakcie filmu 😉 ), to jednak filmy M. Night Shyamalana lubię (niech świadczy o tym fakt, że bez zaglądania w pomoce naukowe potrafię napisać jego nazwisko) (a co mi tam, jeszcze jeden nawias) (i jeszcze jeden, ha!). W zasadzie każdy z nich lubię, a z czasem to i do „Znaków” się przekonałem (nieśmiało, bo nieśmiało, ale jednak udało mi sie olać wszystkie głupoty tego filmu i cieszyć się sprawną przecież realizacją). Niektórym nie odpowiada ich woolnee tempo, ale dla mnie zawsze ważniejsze było to, że reżyser urozmaica wolną narrację starannym stylem filmowania i przemyconymi co jakiś czas smaczkami w postaci ciekawego ruchu kamery czy sprytnego zastosowania lustra („Niezniszczalny” rulez) (nawias hihi). W związku z powyższym na „Zdarzenie” może nie czekałem gryząc palce do krwi, ale czekałem. No i się doczekałem i zobaczyłem i…

OMFG, WTF?!

Zaczyna się bardzo dobrze. Jest tajemniczo, są dreszcze, jest szybkie (jak na Shyamalana) tempo akcji i ogólnie jest jakiś fajny pomysł na film, a przynajmniej na zawiązanie się akcji. A gdy się już ta akcja zawiąże to zaczyna się nudny pierd, w którym nie ma absolutnie nic godnego uwagi poza może kilkoma scenami samobójstw, które podziałały na moją wyobraźnię powodując takie niemiłe uczucie niepokoju. Zresztą akurat Shyamalan potrafi mnie przestraszyć, więc się nie zdziwiłem. No może nie przestraszyć, ale ma ten dar wprowadzania mnie w niepokój i rozbudzania mojej wyobraźni. W „Zdarzeniu” też parę rzeczy było. Bardzo prostych, żeby wspomnieć choć walnięcie samochodem w drzewo. Brrr – Shyamalan potrafi „uruchomić” drzemiące we mnie pokłady empatii, a to raczej średnio miłe uczucie, wczuwać się („uczucie, wczuwać się”, łomatko) w kogoś, kto zaraz siądzie na krawężniku i zacznie piłować sobie żyły.

No, ale cała reszta to bzdura do kwadratu pomnożona przez nieskończoność. Naprawdę. Rozwiązanie (hipoteza, która w 100% pewna nie była) tajemnicy fali samobójstw LOLowate, jak i kilka scen będących jego pokłosiem, a zakończenie, które zawsze było mocnym punktem filmów Shyamalana „zasysa” na całej linii. Oczywiście Shyamalan nigdy nikomu nie obiecał, że zawsze jego filmy będą kończyły się megatwistem, ale aż tak diametralna zmiana stylu w sytuacji, w której tylko chęć zobaczenia zaskakującego zakończenia trzyma widza przy ekranie nie może być satysfakcjonująca. Wręcz przeciwnie, rzekłbym.

I tak z ciekawego pomysłu na film zrodziła się letnia bzdurka, o której za dziesięć minut nikt nie będzie pamiętał. No chyba, że reżyser rodem z Indii zrobi jakiś super film, to wszyscy będą się cieszyć. że jednak udało mi się podnieść pod tym ciężkim kamieniem, jakim jest „Zdarzenie” (rany, strasznie poetycka recka, nie?). A póki co pozostaje niesmak i niestrawność po tym pomieszaniu z poplątaniem dramatu rodzinnego z zagrożeniem przed którym trzeba uciekać, a o którym nie mogę napisać precyzyjniej bo bym walnął spoilera. Tak czy siak ucieczka przed mrozem w „Pojutrze” nie wydaje się już taka głupia jak zawsze myślałem.

Ostatni akapit zostawiłem sobie zaś dla pani Zooey Deschanel, która dokonała rzeczy godnej uwagi w ostatnim akapicie – chyba nigdy nie widziałem gorzej zagranej roli. Nie dość, że była to marna rola, to jeszcze spokojnie mogła by Zooey pójść w konkury z najgorszym Draculą ever – Richardem Roxburghiem w „Van Helsingu” (porównuję te dwa zupełnie inne filmy, bo do tej pory to właśnie ta „draculowa” kreacja była dla mnie synonimem koszmarnie źle zagranej roli). Filmik sklecony z tych dwóch ról byłby świetnym materiałem dla studentów aktorstwa. 1+(6)
(631)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.