„Infiltracja” [„The Departed”]

Billy Costigan (Leonardo Di Caprio) jest tajniakiem, który przeniknął w szeregi bostońskiej mafii. Jednym z jego zadań jest zdemaskowanie ‚szczura’ w szeregach bostońskiej policji. Prawdziwie dwuipółgodzinny ‚mexican stand-off’.

Widziałem już ten film jakiś czas temu i był o wiele lepszy. Nic w tym dziwnego, zważywszy, że nowy film Martina Scorsese jest remakem wielkiego hitu rodem z Hongkongu. No i w związku z powyższym ujmę sprawę tak: kto widział „Infernal Affairs” (oryginał) ten nic lepszego w „The Departed” nie zobaczy. Kto natomiast nie widział „Infernal Affairs” niech lepiej nie ogląda „The Departed”, bo sobie tylko frajdę popsuje z późniejszego, ewentualnego seansu filmu Alana Maka. I jeszcze będzie opowiadał, że nie rozumie w czym ten „Infernal…” jest taki lepszy skoro wszystkie zwroty akcji już będzie znał.

Po co więc kręcić remake skoro nie ma się nic lepszego do powiedzenia? Jak zwykle nie wiem.

Film Scorsese nie jest filmem złym. Ba, gdyby był oryginalnym pomysłem to pewnie by mi się podobał i nie marudziłbym na niego. Na pewno nie byłbym zachwycony, ale bym napisał reckę o tym, jakie to solidne kino, które jednak jak na dzieło mistrza nie jest w pełni satysfakcjonujące. No, ale takim pomysłem „The Departed” nie jest więc nie widzę powodu, zeby nie porównywać go do oryginału. A takie porównanie wypada na zdecydowaną niekorzyść dla amerykańskiej wersji. Tak właściwie jest chyba tylko jedna rzecz lepsza niż w oryginale – Jack Nicholson. Oczywiście w filmie z Hong Kongu, Nicholsona nie było, ale był inny aktor, który grał tę samą rolę. No i on był duuużo gorszy, o co nietrudno, gdy konkuruje się z Nicholsonem. Cała reszta aktywów jest po stronie oryginału. A już pojedynek aktorski Andy Lau/Matt Damon, oraz zakończenie filmu, to miażdząca przewaga dla „Infernal Affairs”.

Czy coś mi się szczególnie podobało w „The Departed”? Sam nie wiem, chyba tylko muzyka. No i po raz kolejny okazało się, że nie wiedzieć czemu lubię Leonardo Di Caprio. To jednak dobry aktor jest. I to chyba wszystko na co spojrzałem łaskawszym okiem. A no i jeszcze na parę fajnych tekstów, ale zapewne Scorsese nie byłby zadowolony, że najlepsze co było do zobaczenia (a raczej usłyszenia) w jego filmie to teksty.

Okazało się więc, że filmy na temat specyficznych związków pomiędzy gliniarzem, a bandytą należy zostawić Azjatom. Oni mają doświadczenie w takich klimatach i potrafią to bardzo dobrze pokazać na ekranie.

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl