Co najbardziej lubią zombie? Mózgi. Co przewozi kurier medyczny? Narządy do transplantacji. Wydawało się, że X z tego równania może wyjść tylko jeden, a ja już miałem pisać: „Kojarzycie to pierdolenie o tym, że producenci czekali z nakręceniem kolejnej części hitowego IP na to, aż ktoś przyjdzie do nich z oryginalnym pomysłem na kontynuację, bo tylko wtedy zgodzą się na zielone światło, a nie że zrobią cokolwiek, byle było? I wtedy zwykle decydują się na zrobienie kontynuacji według gównianego pomysłu, w którym żadnego pomysłu nie było. A tu wchodzi cały na czerwono (kumacie, bo od krwi) Zach Cregger i rzuca rzeczywiście oryginalnym pomysłem na kontynuację!”. No ale nie napiszę, bo koncepcja na nowego Residenta okazała się jednak inna niż taka, że oto kurier z mózgiem ucieka przed zombiakami, które marzą o tym mózgu. No ale nie szkodzi. Nadal jest fajnie. (I tak, wiem, te zombiaki to inne zombiaki).
Przy okazji nowy Resident Evil jest ciekawy z jeszcze jednej niespodziewanej strony. Od strony Lalki. Oto w jednym momencie trafiają do widzów dwie teoretycznie zupełnie różne produkcje, które jednak więcej łączy niż dzieli. Otóż i jedna, i druga powstały na podstawie kultowego materiału źródłowego, przedstawiając nową historię zupełnie od dupy strony, na tyle, że można o nich powiedzieć, że z oryginałem nie mają niczego wspólnego. I jedną z nich odsądza się od czci i wiary, a drugą nazywa najlepszą adaptacją gry wideo ever. Wniosków nie będzie. Może poza takim, że jak zrobisz coś dobrze, to jest dobre, niezależnie od tego, czy odtwarza oryginał scena w scenę, czy przedstawia historię inspirowaną.
Odpowiadając na nieistniejące pytanie: nie, jeszcze nie widziałem netfliksowej Lalki. Wiem, że znakomicie polaryzuje społeczeństwo i za chwilę ktoś przyjdzie i powie, że jemu się bardzo podobała i wszystkie moje analogie mogę sobie wsadzić wiadomo gdzie. Zapraszam.
O czym jest Resident Evil
A tymczasem jest sobie Bryan (Austin Abrams), który jest kurierem medycznym i ma przed sobą wielki, prywatny dylemat. Nie ma jednak czasu się tym zająć, bo dostaje lukratywną propozycję przewiezienia ładunku medycznego niewiadomej formy do zasypanego śniegiem Raccoon City. Bryan nie może pozwolić sobie na odrzucenie tej fuchy, bo, jak już wspomniałem, jest lukratywna. Bierze na ramię pakunek, wsiada w samochód i szybko żałuje, gdy potrąca owym samochodem tajemniczą kobietę w środku lasu (co on miał za auto, że cały czas na światłach stopu było? :P). Kobieta niby żyje, ale sprawia wrażenie przynajmniej dziwne. Bryan ma dobre serce i postanawia zawieźć ją do szpitala.
Zwiastun filmu Zacha Creggera
Recenzja filmu Resident Evil
Ile wart jest dobrze pomyślany tani horror, wie tylko ten, kto go nakręcił. Dobrze pomyślany tani film obyczajowy nie da ci trampoliny do sławy, ale trafisz z horrorem w dziesiątkę i w poniedziałek nikt o tobie nie wie, a w czwartek producenci rzucają ci pod nogi gorące projekty oparte na jeszcze gorętszych własnościach intelektualnych. W poniedziałek Zach Cregger kręcił Barbarzyńców, w czwartek zaproponowali mu klasyczek Capcomu. I wydawałoby się, że to tak nie działa, że jak ktoś nakręci dobry film, to automatycznie podoła zadaniu przeniesienia klasyki gier wideo na duży ekran (czy jakiejkolwiek klasyki), no ale najwidoczniej nie ma co kombinować. Robisz dobre filmy = masz talent. Dostajesz Residenta, bierzesz Residenta i cieszysz się, że możesz zrobić go po swojemu. Patrząc na logikę, nie ma szans, że niedawny no name podoła zadaniu, któremu nie podołało wielu wcześniej. Gdyby przyszedł z takim samym pomysłem przed Barbarzyńcami, spuściliby go na drzewo szybciej, niż powiedziałby „placek z jagodami”. Jaki z tego wniosek? Ano pozytywny w sumie. Szczególnie dla tych, których wciąż nikt nie odkrył. Być może wszystko przed wami. Choć pewnie nie ;).
No dobra, a teraz naprawdę
recenzja filmu Resident Evil Zacha Creggera
Do gry Resident Evil żywić będę wieczną sympatię, bo druga jej część jest jedną z niewielu gier, jakie w życiu przeszedłem. Te można by policzyć na palcach jednej ręki, a wśród nich byłby pewnie też wygrany sezon w NHL, więc nie wiem, czy się liczy. Dlatego też gra ta ma dla mnie dość szczególne znaczenie i miło ją wspominam. Klimat, czerwone i zielone herby, wylatujące znienacka przez wybite okno kruki – dla mnie wzór tego, jak powinna wyglądać gamingowa rozrywka (ostatnio odpaliłem na konsoli jakąś vintage wersję i poza tym, że grać się nie dało, to rany, to tylko zestaw topornie wielkich pikseli). Nieprzypadkowo wciągnąłem się w nią tak, że rysowałem mapy itd., żeby tylko dotrzeć do końca.
Do końca stara się też dotrzeć główny bohater filmu Zacha Creggera, który rozpoczyna z pustymi rękami, stojąc w śniegu pośrodku lasu i zastanawiając się, co dalej. Jest przewrócone auto gdzieś w dole, jest trup, który nie jest trupem, surrealistyczne wrażenie, aczkolwiek niemiłe, by parafrazować Notting Hill. I to w zasadzie główna volta fabularna, jaką prezentuje Cregger. Nie ekranizacja Resident Evil 1:1, a próba odtworzenia frajdy z grania w Resident Evil. Z tą różnicą, że to nie widz steruje bohaterem, a scenariusz. Ten nie kombinuje, korzystając z ogranego schematu wypracowanego lata temu już choćby przez Martina Scorsese w jego Po godzinach. Sympatyczny bohater znajduje się w nierealnej sytuacji, z której wybrnąć musi jak najbardziej realnie wraz z kolejnymi mnożącymi się przed nim absurdalnymi przeszkodami.
I to już w zasadzie cały scenariusz. Przeszkód jest coraz więcej, nabierają też skali i makabry wraz z postępującą nocą, zmierzając w kierunku efektownego finału na szczytach budowli korporacji Umbrella, która najwyraźniej przeniosła się tam ze swojego podziemnego Ula. Zmaganiom bohatera-normika o twarzy Abramsa towarzyszy porządna dawka humoru, która w horrorach nie zawsze jest pożądana, ale w tak obranej konwencji jest w porządku. Normik, tak samo jak widz, co chwila nie może uwierzyć własnym oczom i retorycznie dopytuje w powietrze: „I co, kurwa, jeszcze?”. I stara się przeżyć.
Ogląda się to bardzo dobrze, jednocześnie podziwiając sprawność Creggera, ale też trochę dochodząc do wniosku, że nie jest to aż tak autorskie dzieło, że nikt inny nie potrafiłby zrobić tego podobnie. No ale właśnie, to czemu nikt do tej pory nie zrobił?
Na VHS-ie byłoby to hitem. No ale na full 4K 60 fps Vista Vision Dolby Atmos IMAX też powinno.
(2676)
Ocena Końcowa
8
w skali 1-10
Podsumowanie : Kurier medyczny trafia w sam środek zombieapokalipsy, próbując dostarczyć tajemniczą przesyłkę do Raccoon City. Zach Cregger nie robi ekranizacji gry 1:1, tylko całkiem udanie przenosi na ekran frajdę z grania w „Resident Evil” – i choć trudno nazwać to objawieniem, ogląda się świetnie.
Podziel się tym artykułem:

No właśnie nie jest tak, żę jest odsądzany od czci i wiary Lalka, zależy do jakiej banki zajrzysz, są ci ktorym się podoba i ktorym się nie podoba. Ja jestem zaciekawiony bo Kos to było dobre kino rozrywkowe. Ja jestem wielkim fanem np Potopu Hoffmana, Krzyżaków Forda, czy Faraona Kawalerowicza, więc dość wiernych ekranizacji, uważam te filmy za arcydzieła, ale też lubię jak twórcy bawią się oryginałem książkowym i robią coś z nim innego, nowego, i nieważne czy im się udaje reinterpretacja czy nie udaje, już za samą próbę wyjścia poza schemat klasycznej ekranizacji mają u mnie plusa, nawet jeśli to nie jest udany eksperyment. A czy będzie nieudany to się dowiem jak obejrzę, ale nie zdziwie się że spodoba mi się bo słyszę porównania do Knick, Peaky Blinders i Downtown Abbey, a Kos był dobry. Ale też nie zdziwię się że spodoba mi się też wersja bliższa książce, która będzie w kinach, więc mogę docenić obie produkcje. A też może być tak, że nie spodoba mi się ani jedna ani druga wersja. A przypominam, że film Hasa zostal zjechany jak debiutował w kinach, sporo mu zarzucano.
Kończę piąty odcinek i jestem na tak. A jednocześnie rozumiem zarzuty :). Z tego, co piszą o kinowej „Lalce” to wychodzi na to, że netfliksowa będzie górą. Zapowiada się bowiem „ale po co kręcić trzeci taki sam film?”. Po Kawalskim spodziewałem się właśnie takiej zabawy formą jak u Maślony, a teraz to wszystko wskazuje na to, że z twórcy „Niebezpiecznych dżentelmenów” nie zostanie nic w „Lalce”.
PS. Tak czy siak, nawet jeśli zależy od bańki, to z Residentem nie ma tego problemu. Wszystkim się podoba. Generalizuję.