Zemsta rewolwerowca, The Harder They Fall (2021), reż. Jeymes Samuel.
Zemsta rewolwerowca, The Harder They Fall (2021), reż. Jeymes Samuel.

Zemsta rewolwerowca. Recenzja filmu The Harder They Fall. Netflix

Przyszedł listopad, przyszła jesień, nie przyszło jeszcze podsumowanie Q-seansów października, choć kiedyś zawsze było, jak kompot. Więcej czasu ode mnie na wrzucanie nowych rzeczy ma na szczęście Netflix, który nie pozwoli nam się dać jesiennej depresze. Ot choćby dzisiaj wjechał trzeci (szósty) sezon Narcos (Meksyk). A jak z poprawą jesiennej szarości poradził sobie ichniejszy nowy western Zemsta rewolwerowca? Na pewno kolorowo, ale czy coś więcej? Recenzja filmu Zemsta rewolwerowca. Netflix.

O czym jest film Zemsta rewolwerowca

Bycie czarnoskórym kowbojem na Dzikim Zachodzie jest fajne. Mieszkasz sobie w czyściutkich chatach z kranem w kuchni, albo w czarnoskórym miasteczku pełnym eleganckich mieszkańców w strojnych sukniach i dobrze skrojonych garniakach. A nawet jeśli decydujesz się na wstąpienie na ścieżkę przestępstwa, to nie ściga cię żadne wojsko czy inny wściekły szeryf-białas. Sielanka. I gdyby tylko nie przyszło ci do głowy, żeby zbierać się w jakieś gangi, pewnie dożyłbyś na tym Dzikim Zachodzie setki. No ale nie. Są gangi i te gangi się ze sobą strzelają, w efekcie czego średnia wieku naszych bohaterów nie oscyluje w zbyt wysokich wartościach. Szefem jednego z gangów jest niejaki Nat Love (i jeszcze fajnie się nazywasz!) (Jonathan Majors), który dowodzi grupką sympatycznych kolesi, którzy zajmują się rabowaniem rabusiów. W sercu Love’a tli się jednak coś więcej (oprócz miłości do granej przez Zazie Beetz Stagecoach Mary). Nat chciałby zemścić się na mordercach swoich rodziców. Ten najważniejszy z nich, Rufus Buck (Idris Elba) wydaje się być nie do dorwania. Odsiaduje dożywocie w jednym z dzikozachodowych więzień. Nic jednak nie trwa wiecznie, również i odsiadka Bucka, który zostaje odbity przez swoich kumpli z gangu. Trudy Smith (Regina King) i Szerokiego Billa, pardon, Cherokee Billa (Lakeith Stanfield). Konfrontacja obydwu gangów wydaje się więc być nieunikniona.

Zwiastun filmu Zemsta rewolwerowca

Recenzja filmu Zemsta rewolwerowca. Netflix

Powiem szczerze, że trochę boję się pisać, co myślę o afroamerykańskim westernie Zemsta rewolwerowca. Nie dlatego, że mam jakieś niecne te myśli, ale dlatego, że obecnie gównoburze tworzą się o najdrobniejsze pierdoły. Ludzie zrobili się strasznie wrażliwi i bardzo łatwo ich obrazić. A już w szczególności, gdy chodzi o BLM. Na szczęście jestem w tak szczęśliwej sytuacji, że prawie nikt tego nie czyta, więc sobie mogę pisać, co mi się podoba i co uważam. Nawet jeśli czasem pobłądzę.

Zemsta rewolwerowca jest bowiem afroamerykańskim filmem tak bardzo afroamerykańskim, że aż momentami niezamierzenie (?) afroamerykańskim. Mocno osadzony w afroamerykańskiej naturze, jest jej jaskrawym odwzorowaniem na dużym ekranie. W afroamerykańskiej naturze jest bowiem chęć pokazania się. Nieważne gdzie mieszkasz, nieważne czy masz robotę czy nie, nieważne czy gdy nikt nie patrzy cierpisz – kiedy na ciebie patrzą, musisz się pokazać. Musisz mieć wczoraj ściętą fryzurę, musisz mieć modny ciuszek, musisz założyć ciężkie złoto gdzie tylko się da. Masz wyglądać jak milion dolarów, choć często kwestia twojego gustu sprawia, że efekt może być dyskusyjny.

I dokładnie właśnie tak wygląda Zemsta rewolwerowca. Gdy na nią patrzysz, to widzisz filmowy blichtr. Znakomitą, wystylizowaną, efektowną i kolorową formę, która momentami zachwyca i zaostrza apetyt na więcej. Ale gdy spojrzysz pod tę fasadę, to dostrzeżesz problemy, które w warstwie fabularnej nie są już na tak wysokim poziomie jak ich opakowanie. Żadnej wciągającej historii tu nie ma poza zwyczajną opowiastką o kolesiu, który chciał się zemścić. Zwyczajną opowiastką, którą oryginalny tytuł filmu chciał schować, a którą tytuł polski z gracją słonia w składzie porcelany zaanonsował. Panowie i panie, oto rewolwerowiec, który będzie się mścił.

I żeby była jasność, ja zupełnie nie mam nic przeciwko temu, żeby oglądać proste filmy o zemście. Przeciwnie, bardzo lubię proste filmy o zemście. Masz bohatera, jest wkurwiony i zrobi tym, którzy go wkurwili z dupy garaż. Dajesz, oglądamy. Szczególnie że tak ładnie to wszystko wygląda. I pewnie Zemstą rewolwerowca też byłbym zajarany, gdyby nie to przekonanie współczesnych filmowców, że film powinien mieć powyżej dwóch godzin. Nie, kurde, film powinien trwać tyle, ile potrzeba na opowiedzenie tego, co chce się opowiedzieć. To nic, gdy się okaże, że wystarczyło 90 minut. Nie ma potrzeby nadmuchiwać go jak sztucznego ryżu do 130 minut. (No dobra, jak wam wystarczy 75 minut, to jednak nadmuchajcie to do 90 :P)

Szczególnie że z takiego niepotrzebnego wydłużenia metrażu wynikają dwie rzeczy. Po pierwsze widz zaczyna ci ziewać na dłużyznach. A po drugie, co o wiele gorsze dla twórców filmu, zaczynają mu po głowie chodzić kpiące streszczenia fabuły takie jak tam wyżej wysmarował Q. No bo wiecie, beka, ten lewacki Netflix zrobił western o Murzynach, śmiechu kupa.

A przecież twórcy filmu nie wymyślili sobie tych postaci. One naprawdę żyły (nie wszystkie) i po Dzikim Zachodzie się panoszyły. Nie w ten sposób, jak pokazany w filmie, bo to zupełna fikcja, ale są postaciami prawdziwymi i one też kształtowały historię tego zakątka świata. Ot wzięto ich do tej produkcji i zebrano niczym Avengersów. „Dajcie mnie tu najsłynniejszych czarnoskórych outlawów Dzikiego Zachodu, będę robił film!” – musiał ktoś tam kiedyś zakrzyknąć. No i git, choć nie wiem, czy nie lepiej było zrobić o nich po prostu jakiś serial dokumentalny. Zresztą nie zdziwiłbym się, gdyby taki się wkrótce na Netfliksie pojawił. Oni lubią dopowiadać dokumentalne post scriptum do pokazywanych u siebie produkcji.

Nie zmienia to wszystko faktu, że Zemsta rewolwerowca jest wizualnie śliczna. Wszystko dopracowane tu zostało od początkowych napisów po zieleń jarzyn w początkowej kuchniojadalni (ale po jaką cholerę Rufusowi złote rewolwery to naprawdę nie wiem). W parze z wideo idzie też audio. O panie, ale tu dobra na ścieżce dźwiękowej!

Tylko dlaczego aż tyle na nim ziewałem?

(2501)

Przyszedł listopad, przyszła jesień, nie przyszło jeszcze podsumowanie Q-seansów października, choć kiedyś zawsze było, jak kompot. Więcej czasu ode mnie na wrzucanie nowych rzeczy ma na szczęście Netflix, który nie pozwoli nam się dać jesiennej depresze. Ot choćby dzisiaj wjechał trzeci (szósty) sezon Narcos (Meksyk). A jak z poprawą jesiennej szarości poradził sobie ichniejszy nowy western Zemsta rewolwerowca? Na pewno kolorowo, ale czy coś więcej? Recenzja filmu Zemsta rewolwerowca. Netflix. O czym jest film Zemsta rewolwerowca Bycie czarnoskórym kowbojem na Dzikim Zachodzie jest fajne. Mieszkasz sobie w czyściutkich chatach z kranem w kuchni, albo w czarnoskórym miasteczku pełnym eleganckich mieszkańców w strojnych…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Czarnoskóry rewolwerowiec przemierza Dziki Zachód w poszukiwaniu zemsty na mordercach swoich rodziców. Piękny wizualnie, mocno stylizowany western ze świetną ścieżką dźwiękową i prostą historią zemsty. Po skróceniu go o 40 minut wystawię mu ocenę o dwa punkty wyższą.

2 odpowiedzi

  1. Ja bym postawił 7/10, bo dobrze się bawiłem. Jak się nie mylę to debiut reżysera Jeymesa Samuela, który jest też współscenarzystą i odpowiada za świetną muzykę, a udało mu się ściągnąć fajne nazwiska, bo Delroya Lindo, Zazie Beetz, Reginę King, LaKeith Stanfielda, Elbę.

    Wszyscy się spisują doskonale w swoich rolach, a większość, może oprócz Lindo, gra bandziorów, to nie są pozytywne postacie. LaKeith mnie zaskoczył swoją rolą, to dobry aktor, ale za nic nie pasuje mi do ról złych charakterów, a gra najbardziej paskudnego typa z gangu Idrisa Elby i też jest świetny. Kojarzę go z ról przymulonych gości i facetów, którzy chodzą na haju. Dziewczyny też są super.

    Zaskoczeniem dla mnie jest Jonathan Majors, którego ostatnio widzę coraz częściej w różnych produkcjac np. Kraina Lovecrafta, Loki, ale nie robił na mnie wrażenia w żadnej roli. Miałem o nim nienajlepsze zdanie, że to średni aktor. No i muszę się przyznać, że rola Nate Love’a to pierwszy występ aktora, który mi się podobał. Nie odstaje od reszty koleżanek i kolegów z planu.

    Oczywiście filmowi się obrywa za to co napisałeś, ale ja ten film nie traktuję jak dokument, tylko jak kino rozrywkowe, które mógłby nakręcić np. Tarantino. Zresztą miałem skojarzenia z jego Django. No i w sumie to nie tylko film o rasizmie, bo w końcówce wychodzi zwrot akcji, z którego wynika, że dostaliśmy historię przemocy w rodzinie, jakie może mieć konsekwencje.

    Podoba mi się jak film wygląda wizualnie. Rozbawił mnie żart wizualny jak np. bohaterowie trafiają do dosłownie białego miasta. Udane kino rozrywkowe z niezłymi dialogami i tempem, które mnie nie przynudzało, mimo trwania ponad dwóch godzin. Świetną robotę odwalili specjaliści od scenografii i kostiumów, to jak bohaterowie są ubrani, więc film wizualnie prezentuje się znakomicie.

    Doskonała jest też muzyka, współczesne kawałki, jakie wykorzystano w filmie, i soundtrack napisany przez reżysera i scenarzystę filmu. Muzyka świetnie buduje klimat produkcji, która jest też hołdem dla kina blaxploitation.

  2. Co prawda na filmie zasnąłem – ale to wynikało raczej z tego, że celowo puściłem go do snu. 😉

    Ale w tym początku co widziałem obecność tylko afroamerykanów jest po prostu nachalna.
    Ja rozumiem takie czasy, ale moim zdaniem tak jak wszystko, trzeba z umiarem, bo jak jest tego za dużo to jednak odrzuca. nowe 4400 ma to samo. Sami czarni tam są. Więc póki co po pilocie mocno zastanawiam się czy do tego wrócić.

    Kraina Lovecrafta też przecież jest z tego gatunku, ale jednak tam wydaje się to nie było aż tak nachalne.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.