Król wyjęty spod prawa, The Outlaw King (2018), reż. David Mackenzie.
Król wyjęty spod prawa, The Outlaw King (2018), reż. David Mackenzie.

Król wyjęty spod prawa. Recenzja filmu The Outlaw King. Netflix

Przez długi czas wydawało się, że umęczony okrzyk Williama Wallace’a „Freeeedooom” kończy tę romantyczną, szkocką historię. Tymczasem na scenę wkroczył Robert Bruce i rozpoczął swoją opowieść tam, gdzie Mel Gibson ją skończył. Recenzja filmu Król wyjęty spod prawa. Netflix.

O czym jest film Król wyjęty spod prawa

Początek XIV wieku, Szkocja. Brytyjski król Edward I (Stephen Dillane) obiecuje szkockim szlachcicom, że jeśli uznają jego władzę, to zwróci im zagrabione ziemie i zapomni, że przez ostatnie lata go denerwowali. Umowa zostaje przypieczętowana, zaczyna się świętowanie. Wśród świętujących jest Robert Bruce (Chris Pine), którego zaczepia syn Edwarda I, książę Walii (kiepski Billy Howle). Chce udowodnić mu swoją wyższość, ale mu to nie wychodzi. Aby dopełnić zgody pomiędzy Szkotami i Anglikami, wkrótce Bruce ma poślubić chrześniaczkę Edwarda, Elżbietę de Burgh (Florence Pugh). Małżeństwo dochodzi do skutku. Dwa lata później Szkoci zaczynają się burzyć. Wszystko z powodu śmierci ukochanego przez nich Williama Wallace’a. Bruce dostrzega w tym szansę na ostatecznie dokopanie Anglikom. Próbuje sprzymierzyć się ze swoim lokalnym wrogiem Johnem Comynem (Callan Mulvey), ale kończy się to tragicznie. Mimo to Bruce zostaje wkrótce mianowany królem Szkocji, co sprawia, że Edward I uznaje go za banitę i wysyła księcia Walii, aby za wszelką cenę nabił łeb Bruce’a na pal i uspokoił zbliżające się powstanie.

Recenzja filmu Król wyjęty spod prawa

Spieszę uspokoić, że choć film Król wyjęty spod prawa jest produkcją Netfliksa, to nie ma mowy o syndromie typowego filmu Netfliksa. Filmu, który obiecuje wiele, a ostatecznie daje mało, albo jeszcze mniej. Obiecuje kinowe doświadczenie, a serwuje produkcyjkę kręconą po kosztach. Król wyjęty spod prawa spełnia warunki emocjonującego kina, które z przyjemnością zobaczyłoby się na dużym ekranie. Choć do Bravehearta jest mu daleko. Głównie pewnie dlatego, że opowiada bardzo podobną historię co Waleczne serce, a że Gibson już opowiedział ją jak należy – choć z innymi bohaterami – trudno było się mierzyć.

O tym, że Król wyjęty spod prawa nie zawiedzie realizacyjnie widać od pierwszych sekund filmu. The Outlaw King rozpoczyna kilkuminutowa sekwencja na jednym ujęciu, w której jest wszystko. Wykute na blachę dialogi, walka na miecze, a nawet spory efekt specjalny na koniec. Podobnych mastershotów jest ostatnio w kinie i w telewizji dużo więcej, stąd nie robią już takiego wrażenia jak kiedyś, ale wciąż trzeba docenić realizacyjną sprawność, która wymaga dużo więcej niż zabrania kamery między aktorów i liczenia na to, że zagrają jak w teatrze.

Powiadają ludzie, że film Król wyjęty spod prawa trochę za bardzo się wlecze. Cóż, ja nie odniosłem takiego wrażenia, choć rzeczywiście nie jest to 100-minutowa bezustanna sieczka na polach bitew. Wolniejsze fragmenty fabuły pozwalają z ciekawością przetrwać wiernie odwzorowane dawne zwyczaje towarzyszące wydarzeniom takim jak zaślubiny, noc poślubna, koronacja itp. Nie jestem historykiem, więc nie możecie ślepo wierzyć mi na słowo 😊, ale przedstawione w filmie Davida Mackenziego obrządki wyglądają na takie, których nikomu nie chciałoby się wymyślać, więc raczej na pewno zostały zgapione z jakiejś historycznie prawilnej książki.

Oczywiście, gdyby Król wyjęty spod prawa był wielce wciągającym miksem mastershotów, bitew i ówczesnych zwyczajów, mówilibyśmy teraz o filmowej Dziesiątce. Takim filmem Król wyjęty spod prawa nie jest, co wynika z wielu rzeczy. Przede wszystkim z tego, że nie jest to kino historyczne, jakiego jeszcze nie było. To bardzo solidny film nakręcony z dbałością o szczegóły i potrafiący zainteresować. Tylko tyle i aż tyle.

Wszystko, co najlepsze w filmie Król wyjęty spod prawa, oprócz Aarona Taylora-Johnsona w roli Jamesa Douglasa, zobaczyć można w filmowej batalistyce. Ta pokazana została bardzo krwawo i przynajmniej w jednym momencie, co wrażliwsi odwrócą wzrok od ekranu. Wszelkie potyczki i bitwy zostały nakręcone w robiący wrażenie sposób i dla nich, nawet jeśli rację mają ci, którzy twierdzą, że film ów trochę się wlecze, warto go obejrzeć.

(2220)

Przez długi czas wydawało się, że umęczony okrzyk Williama Wallace’a „Freeeedooom” kończy tę romantyczną, szkocką historię. Tymczasem na scenę wkroczył Robert Bruce i rozpoczął swoją opowieść tam, gdzie Mel Gibson ją skończył. Recenzja filmu Król wyjęty spod prawa. Netflix. O czym jest film Król wyjęty spod prawa Początek XIV wieku, Szkocja. Brytyjski król Edward I (Stephen Dillane) obiecuje szkockim szlachcicom, że jeśli uznają jego władzę, to zwróci im zagrabione ziemie i zapomni, że przez ostatnie lata go denerwowali. Umowa zostaje przypieczętowana, zaczyna się świętowanie. Wśród świętujących jest Robert Bruce (Chris Pine), którego zaczepia syn Edwarda I, książę Walii (kiepski Billy…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Po zabiciu Williama Wallace’a przez Anglików, Robert Bruce podejmuje kolejną próbę uwolnienia Szkocja z jarzma zaborców. Solidne kino historyczne ze świetną batalistyką, do nakręcenia której nie poszczędzono krwi.

4 odpowiedzi

  1. „Wszystko, co najlepsze w filmie Król wyjęty spod prawa, oprócz Aarona Taylora-Johnsona w roli Jamesa Douglasa” … i cycków Florence… ;))))
    A tak na poważnie, dobre kino, nie wybitne ale dobre. Takich filmów na Netfliksie by się chciało jak najwięcej (plus od czasu do czasu coś może jeszcze ponadto) i nie byłoby powodów do narzekań. Od Bravehearta dzieli ten film trochę, choćby inne czasy kręcenia a co za tym idzie inna stylistyka. I choć film Gibsona jest niemal pod każdym względem lepszy to Mackenzie nie ma sie czego wstydzić. Realia historyczne chyba udało mu się nawet oddać bardziej wiernie, choć z tego co czytałem bez naciągania faktów i koloryzowanie też się nie obyło. No i oczywiście główna bohaterka kobieca musiała być na współczesną modłę sfeminizowana troszkę, to jest bystra, oczytana, odważna i taka ogólnie politycznie ogarnięta. No ale wybaczam. 😉

  2. Ledwie poprawny.

  3. Comeing out:
    Mam na imię Radek, mam 35 lat.
    Nie oglądałem Bravehearta.

    Zawsze chciałem ale się nie złożyło.

  4. Quentin bez avatara :P

    Uuuu… To sorry za spoiler :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.