Friends from College (2017). Netflix.
Friends from College (2017). Netflix.

Friends from College. Recenzja serialu Netfliksa

Jednym z moich ulubionych motywów filmowych jest spotkanie bohaterów po latach i to, co z niego wynika. Jak się zmienili, co przeżyli, jak zareagują na swój widok po tychże latach. Z tego powodu Friends from College od razu wylądował na liście rzeczy, którymi jestem zainteresowany. Choć gdyby nie Asiek, która też chciała go obejrzeć, to pewnie bym się nie zebrał. Recenzja serialu Friends from College dostępnego na Netfliksie.

O czym jest serial Friends from College

Ethan (Keegan-Michael Key) i Lisa (Cobie Smulders) Turnerowie właśnie zaczynają nowy rozdział w życiu. Sprzedali dom iprzeprowadzili się do Nowego Jorku, gdzie Lisa zaczyna nową pracę. Ethanowi jest wszystko jedno, gdzie mieszka, bo to pisarz. Popularny w pewnych kręgach, ale desperacko marzący o bestsellerze. Zanim znajdą dla siebie nowy dom, póki co zatrzymują się u koleżanki ze studiów, niespełnionej aktorki i niebieskim ptaku – Marianne (Jae Suh Park). W Nowym Jorku mieszka również troje innych wspólnych przyjaciół z koledżu (nigdy nie odróżniam koledżu od studiów, sorry, można oświecać w komentarzach): wydawca Ethana Max (Ten Chłopak z Cudownych Lat czyli Fred „A Więc To Stąd Go Znałam!” Savage), zapalony kobieciarz Nick (Nat Faxon) oraz żona bogatego męża (jak mniemam) Sam (Annie Parisse). Jako że w koledżu trzymali się blisko, także i wspólne mieszkanie w Nowym Jorku staje się okazją do równie bliskiego się trzymania. Znajomi często się ze sobą spotykają, dzielą problemami i podtrzymują na duchu. Głównie problemami Turnerów, którzy desperacko starają się o dziecko. Nikt nie wie, że jeszcze bliżej ze sobą trzymają się Ethan i Sam, których łączy płomienny romans. W młodości byli parą i najwyraźniej miłość do siebie nie wyparowała im z głowy.

Recenzja serialu Friends from College

Z jednej strony często przemyka podczas oglądania Friends from College myśl o tym, jak dalece posunięta do przodu jest w Stanach sztuka kręcenia seriali. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Friends from College nie powstał jako długo przygotowywany projekt, nad którym siedziały tysiące mózgowców. Bardziej pasowałoby tu podejście „a zróbmy obyczajowy serial, Keegan-Michael Key ma chwilę czasu, Netflix dał kasę”. Mimo to jest to projekt w pełni profesjonalny, który u nas raczej nie mógłby powstać tak samo łatwo. Bo cóż, mowa o dwóch różnych światach i nawet specjalnie nie jest to jakiś wielki zarzut pod polskim adresem. Po prostu mają w Stanach profesjonalistów, dla których zrobienie takiego serialu jak Friends from College nie jest pewnie żadnym wyzwaniem. To jedna strona, bo jest jeszcze kilka drugich stron.

Mimo całej swojej porządności, Friends from College cierpi na wystarczająco dużo wad, żeby nie chciało się go oglądać. Nie ma chyba nic gorszego dla serialu, niż sytuacja, w której nie chce się oglądać kolejnego odcinka. Wspólnie z Aśkiem obejrzeliśmy siedem odcinków (z bodaj dziesięciu) i komisyjnie uznaliśmy, że wymęczyły nas one na tyle, że nie chcemy więcej. I nie jest to spowodowane słabą jakością Friends from College, bo ten jako obyczajowa komedia jest w porządku. A raczej drobnymi rzeczami, które irytują.

Tak jak bohaterowie. Nie wiem skąd ta moda na irytujących bohaterów, z którą coraz częściej się zderzam, ale nie ulega wątpliwości, że bohaterowie Friends from College są irytujący. Zachowują się dziecinnie, często są zbyt dużymi kretynami, a jeszcze częściej szukają rozwiązania swoich problemów u siebie nawzajem, choć wiadomo, że kretyn kretynowi nie pomoże. Nie są oczywiście jawnymi kretynami i dobrze się maskują pozując na dorosłych ludzi, ale kretyńskiemu wrażeniu nie sposób się oprzeć. A dodać do tego należy fakt, że przynajmniej dwoje z nich jest tu zupełnie zbędnych: Marianne i Nick. No Nick pod koniec tego, co widzieliśmy okazał się przydatny w końcu, ale tak czy siak jedynie w głównym wątku serialu, jakim jest miłosny trójkąt Lisa-Ethan-Sam. Max natomiast nie jest zbędny tylko z racji bycia najbardziej sympatycznym z bohaterów, choć i on potrafi być dziecinnym kretynem. No i z tego powodu, że dzisiaj w każdym serialu musi być gej.

No i największy jak dla mnie problem Friends from College: nie ma tu zupełnie nic z tego motywu, o którym wspomniałem na początku. Żadnej nostalgii, żadnych sentymentalnych wycieczek do przeszłości, nic. Bohaterowie równie dobrze mogliby być kolegami z pracy czy z jednego bloku, nie byłoby absolutnie żadnej różnicy. To całkowicie przekreśla w moich oczach Friends from College jako serial, do którego chętnie bym wracał czy choćby obejrzał go do końca.

Friends from College ma swoje lepsze momenty, a spośród nich jeden wybrałbym na temat serialu, który chętnie bym obejrzał. Historia ambitnego pisarza, który staje przed koniecznością napisania książki s-f dla młodzieży wydaje mi się wystarczająco dobrą rzeczą, wokół której można by oprzeć cały serial bez tych niepotrzebnych friendsów z koledżu. Choć warto wspomnieć o tym, że zajumali ten pomysł mnie :P. O proszę:

– Being Red Scorpion
Najnowszy film Woody’ego Allena. Nowojorski scenarzysta, autor egzystencjalnych komedii obyczajowych, zostaje zmuszony do napisania scenariusza remake’u “Czerwonego skorpiona” z Dolphem Lundgrenem.

3 odpowiedzi

  1. Polarbear_pl

    Fakt że nie wciąga jakoś niesamowicie ale jednak do końca obejrzałem – troche w miarę inteligentnego humoru tu się znalazło więc jak dla mnie to wystarczająca zachęta była. Fakt, że bohaterowie za mądrzy nie są ale to rzeczywiście plaga w obecnym czasie – choć i telewidzowie za mądrzy nie są wiec to takie ido nich równanie. No i mając za żonę Cobie Smulders to raczej na tę druga bym nie spojrzał;)

  2. Odcinków jest 8, więc wiele wam nie zostało :)
    Po raz pierwszy chyba obejrzałem coś przed tobą 😀

    Co do samego serialu, to mam podobne odczucia, że zbyt wielka irracjonalność towarzyszy zachowaniom bohaterów. Scenariusz jest zbyt niedopracowany, jak na komedię, to jest zbyt nieśmieszny, wątki dramatyczne przeważają, ale bohaterowie miotają się między komedią i dramatem, w zasadzie nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić.

    Jeśli chodzi o amerykańskie szkoły, to (uwaga, mogę palnąć, więc proszę potraktować to z lekką dozą nieufności, acz sprawdzałem w kilku miejscach) college to taka szkoła policealna, ale bez niej nie można zapisać się na prawdziwe studia (University). Po ukończeniu college’u dostaje się stopień „undergraduate”. College mogą być 2- lub 4-letnie, czasem są bardziej skoncentrowane na nauce zawodu (dla tych, którzy nie planują potem 4-letniego uniwersytetu), więc można by je trochę nazwać odpowiednikiem naszej zawodówki (aczkolwiek to wciąż jest krok po „high-school”, więc później niż u nas), ale że po ukończeniu college’u dostaje się dyplom „bachelor of cośtam (w zależności od kierunku może być science, arts, albo coś jeszcze)”, więc może też być traktowane u nas jako odpowiednik licencjata.
    Dopiero z takim dyplomem można ubiegać się o przyjęcie na studia magisterskie.

    W sposób niebezpośredni wyjaśnione jest to np. tu: hxxp://www.pso-usa.org/struktura-studiw/ (może dzięki x-om nie wytnie mi kometna).

  3. Quentin

    Wyciąć komenta nigdy nie wycina, co najwyżej czeka na moją moderację :).

    Dzięki za rozjaśnienie sprawy z koledżem, no i skoro odcinków jest osiem to przemęczę jednak ten ostatni :).

    No i fakt, Cobie to Cobie.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.