Zło we mnie [February] (2015), reż. Oz Perkins.
Zło we mnie [February] (2015), reż. Oz Perkins.

Zło we mnie. Recenzja filmu The Blackcoat’s Daughter aka February

Kręta jest droga niektórych filmów do polskich kin. Ten zdążył w międzyczasie zmienić tytuł, zestarzeć się i w końcu dotarł. I choć z pewnością nie jest filmem sztampowym, to wydaje mi się, że kino to dla niego za dużo. W zupełności wystarczy mały ekran w domu. Taki ze 45 cali ;P. Recenzja filmy Zło we mnie.

O czym jest film Zło we mnie

Luty, najkrótszy, a zarazem chyba najgorszy miesiąc roku. Zima już dawno wszystkich znudziła, wiosny jeszcze nie widać – nic tylko obudzić się, przeżyć jakoś dzień i iść spać. Lutową rutynę katolickiej szkoły w niewielkim miasteczku przerywa świąteczna przerwa, w trakcie której uczennice wracają do domów, by trochę poświętować. Nie dotyczy to Kat (Kiernan Shipka) i Rose (Lucy Boynton). Rodzice pierwszej nie przyjechali na czas i nie można się do nich dodzwonić. Druga zwiodła swoich, by przyjechali później, bo umówiła się z chłopakiem i szykuje się do wieczornej randki. Zanim wyjdzie, dziewczyny trochę rozmawiają i niespodziewanie w tej rozmowie pada temat sióstr, które w internacie rzekomo czczą diabła. Kat jest z lekka tym przestraszona, co nie ułatwi jej nocowania w pustym i mrocznym budynku. Zostawmy ją jednak na chwilę i zajmijmy się trzecią bohaterką filmu: Joan (Emma Roberts). Zimną nocą przemierza pobocze, z którego zgarnia ją małżeństwo oferujące pomoc. Pyta o drogę, a w odpowiedzi słyszy, że tajemnicza dziewczyna zmierza w stronę miasteczka z ww. katolicką szkołą.

Recenzja filmu Zło we mnie

Nie jest film Zło we mnie najszybszym z filmów, ale jeśli wziąć pod uwagę kolejny film jego debiutującego tu reżysera Oza Perkinsa (I Am the Pretty Thing That Lives in the House), to trzeba przyznać, że fabuła goni w nim jak szalona. Warto też wspomnieć o tym drugim filmie z tego prostego powodu, że seans obydwu wyraźnie pokazuje, że ma Oz Perkins swoje podejście do horroru (czy może lepiej opowieści z dreszczykiem, bo nie są to takie jednoznaczne horrory), którego się wiernie trzyma. Z jednej strony to dobrze dla jego filmów, bo są inne niż reszta, a co za tym idzie mniej sztampowe, ale z drugiej strony gorzej dla widza, bo nie każdy zaakceptuje niespieszny styl Perkinsa, dla którego od fabuły ważniejsze jest budowanie napięcia i klimatu grozy. Szczególnie widać to w I Am the Pretty…, bo Zło we mnie jeszcze respektuje wymagania prowadzenia fabuły.

Do tego stopnia, że o filmie Zło we mnie lepiej nie wiedzieć za dużo i przystąpić do niego z marszu. Warto też jednak pamiętać, że zdecydowanie nie jest to ten rodzaj filmu „nic o nim nie wiedz”, który dzięki tej nieświadomości sprawia, że widz co chwilę krzyczy wow, szit, tego się nie spodziewałem! Nic z tych rzeczy, ale bezsprzecznie im więcej o filmie Zło we mnie wiesz, tym mniejszy sens jest go oglądać.

Jako się rzekło, Perkins nigdzie się nie spieszy w wyjawianiu tego, co łączy dwie dziewczyny z internatu z jedną dziewczyną łapiącą stopa. Ciekawość tej zagadki przytrzymuje przy ekranie, choć niektórym pewnie może zabraknąć cierpliwości, by tego doczekać. Niepokojące ujęcia kamery, zimne kadry, chłód lutego i zastanawiające półcienie wolno wypełniają ekran od czasu do czasu eksplodując mocną pointą, po której wszystko wraca do wcześniejszego porządku. Zło we mnie wygrywa tym szorstkim klimatem zimowej szarości i czarnych lutowych nocy w pustym, wielkim domu. Ale serc wszystkich widzów na pewno nie zdobędzie, bo i Perkinsowi nie zależy na tym, żeby się komuś przypodobać. Zrobił film, jaki uznał za stosowne i albo to kupujesz albo powiesz, że nudna kicha. Ewentualnie będziesz gdzieś pośrodku, tak jak ja.

(2209)

PS. O kurde, matkę zagrała Lauren Holly? Nigdy bym jej nie rozpoznał! Sporo cycków jej przybyło, z tego co teraz patrzę.

Kręta jest droga niektórych filmów do polskich kin. Ten zdążył w międzyczasie zmienić tytuł, zestarzeć się i w końcu dotarł. I choć z pewnością nie jest filmem sztampowym, to wydaje mi się, że kino to dla niego za dużo. W zupełności wystarczy mały ekran w domu. Taki ze 45 cali ;P. Recenzja filmy Zło we mnie. O czym jest film Zło we mnie Luty, najkrótszy, a zarazem chyba najgorszy miesiąc roku. Zima już dawno wszystkich znudziła, wiosny jeszcze nie widać - nic tylko obudzić się, przeżyć jakoś dzień i iść spać. Lutową rutynę katolickiej szkoły w niewielkim miasteczku przerywa świąteczna przerwa, w…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Zimowa przerwa w katolickiej szkole dla dziewczyn. W internacie zaczynają rozgrywać się niepokojące wydarzenia. Ponadprzeciętny horror, ale nie dla wszystkich. Dla amatorów powoli budowanego klimatu.

4 odpowiedzi

  1. Dużo to jest ciekawsze od tego „Pretty Thing…”? Bo tamto ledwo przetrzymałem bez uśnięcia (choć miało ze 2-3 świetne sceny)… 😉

  2. Quentin

    Tak umiarkowanie ciekawsze, dużo lepiej zachowane proporcje pomiędzy „hej, jestem wielkim twórcą, ale nikt mnie nie rozumie!”, a „no dobra, wiem, że widownia tego oczekuje, więc niech będzie” :).

  3. Tzn. z proporcji 100 do 1 przy „I am the Pretty Thing…” zmieniło się na ile? 😉

  4. Quentin

    Tak ze 70 do 30, przy czym trzeba pamiętać, że w takich sytuacjach, gdy film jest bardziej przystępny, to i ten artyzm łatwiej docenić :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.