Jigarthanda - Sethu grozi nożem Siddharthowi Sidharthcie, łotewer
Jigarthanda aka Cold Heart (2014), reż. Karthik Subbaraj

Jigarthanda – recenzja indyjskiego brylanciku gangsterskiego

Jigarthanda aka Cold Heart (2014)
Reżyseria: Karthik Subbaraj
Scenariusz: Karthik Subbaraj
Obsada: Siddharth, Bobby Simha, Lakshmi Menon, Nassar, Karunakaran
Muzyka: Santhosh Narayanan
Zdjęcia: Gavemic U Ary
Kraj produkcji: Indie (Kollywood)

Zdaję sobie sprawę, że na widok słów „Indie” czy „Kollywood” kończycie czytanie i czekacie na następny wpis, ale jeśli będziecie w stanie wznieść się ponad uprzedzenia, to czeka na Was naprawdę dobre trzy godziny kina! Serio, wujek Q nie chce Wam zrobić krzywdy polecając film o dziwnym tytule Jigarthanda, czyli bardziej swojsko Cold Heart. Recenzja filmu Jigarthanda.

Na początek zachęta do seansu Jigarthanda

Myślę, że bardziej zaciekawię Was i zainteresuję filmem opisując w skróci jedną z pierwszych scen filmu, pokazującą w jakim klimacie jest utrzymany. Oto przegroźny madurajski gangster Sethu wraz z ludźmi przywozi w bagażniku samochodu (obowiązkowa scena a’la Tarantino) na kompletne zadupie związanego dziennikarza, który źle o nim pisał. Biedak zostaje wywleczony i oblany benzyną. Po wygłoszeniu krótkiej przemowy Sethu sięga po zapalniczkę i… ta nie chce działać. Sethu zaczyna się irytować i wypytuje podwładnych czy mają zapałki. Konsternacja, nikt nie ma ognia. Oblany benzyną dziennikarz zaczyna błagać o życie mając nadzieję na to, że mu odpuszczą. Ale Sethu nie odpuszcza. Każe swoim ludziom wziąć z samochodu tradycyjne indyjskie narzędzia zbrodni – maczety – i zaciukać dziennikarzynę. Chłopaki przystępują do wypełnienia rozkazu #WTEM zapalniczka odpala! Sethu podpala dziennikarza, a ktoś za plecami rzuca z ulgą: „Dzięki Bogu! Tyle benzyny by się zmarnowało!”

No i nie tańczą! :). Ja wiem, że Was to boli, ale na szczęście nie tańczą! No dobra, tańczą raz, ale jest to bardzo uzasadnione fabułą. Reszta piosenek jest już czysto ilustracyjna, ale wielu ich nie ma jak na trzygodzinny film.

O czym jest film Jigarthanda

Bohaterem Jigarthanda jest początkujący tamilski reżyser Karthik (w tej roli gwiazdorski Siddharth, choć akurat według mnie to najsłabszy element filmu, który chyba nie do końca wyłapał, o co w tym wszystkim chodzi i zagrał jak kollywoodzki gwiazdor a nie jak aktor), który startuje w telewizyjnym talent-show, gdzie wzbudza skrajne opinie. W wyniku kłótni o jego krótkometrażowy film pomiędzy znanym reżyserem, a znanym producentem, ten drugi proponuje Karthikowi na oczach milionów telewidzów, że wyprodukuje jego film! Karthik ma przyjść następnego dnia do jego biura i obgadają szczegóły. No ale następnego dnia producent zastanawia się tylko, jak wyplątać się z obietnicy. Kręci nosem na przedstawiony mu przez Karthika pomysł na film o miłości, ale z mocnym społecznym przesłaniem i mówi, żeby wrócił do niego z pomysłem na jakiś gangsterski, krwawy dramat. Tego teraz oczekują widzowie. Może nawet zerżnąć jakiś amerykański film, to producentowi zupełnie nie przeszkadza.

Przychodzi indyjski scenarzysta do producenta, a ten przedstawia mu swoją wizję na film :).

Posted by Q-Blog on 14 stycznia 2016

.
Karthik podchodzi do sprawy poważnie. Postanawia oprzeć swój film na prawdziwej historii – wiadomo, niezależnie od szerokości geograficznej prawdziwe historie się teraz sprzedają prawie tak samo dobrze jak i gangsterskie historie. Musi tylko znaleźć taką, która jeszcze nie została opisana. W ten sposób wpada na ww. Sethu. Pytanie tylko, jak się do niego zbliżyć, żeby z pierwszej ręki poznać prawdziwe życie madurajskiego gangstera i na jego postawie napisać scenariusz? Karthik wybiera się do Maduraju, gdzie razem z kolegą próbuje zaprzyjaźnić się z najbliższymi współpracownikami Sethu – dziadkiem gadułą, najlepszym kolegą pijakiem oraz uzależnionym od pornografii kochającym ojcem rodziny!

(WAŻNE! Nie wierzcie w to „musical gangster story” w powyższym zwiastunie :). To chyba bardziej lep na indyjskich widzów.

Recenzja filmu Jigarthanda

Nie chcę za dużo kłapać dziobem, żeby Was zachęcić do seansu, bo tak, to film z gatunku takich, o których lepiej za dużo nie wiedzieć przed seansem. Nie ma tu jakichś stawiających na głowie świat twistów, ale fabuła obiera dość niespodziewany kierunek – w myśl producenta z powyższej wrzutki z Q-Fejsa inspirując się pewnym hollywoodzkim filmem. Ale z gatunku dobrej inspiracji, a nie zerżnięcia fabuły od A do Z. Jigarthanda jest w pełni oryginalnym filmem i nie ma powodu, aby uważać inaczej. To zmyślne połączenie komedii z filmem gangsterskim, a przy okazji inteligentna podśmiechujka z indyjskiego przemysłu kinowego, jego zwyczajów i modnych aktualnie tematów. Reżyser i scenarzysta (Karthik Subbaraj, zapamiętajcie to nazwisko, nie jest na szczęście trudne :) BTW muszę w końcu tę jego oryginalną… Pizzę obejrzeć) poszedł pod prąd i dzięki temu nie zrobił filmu takiego jak wszystkie inne w ollywoodach. Inteligencji Jigarthanda odmówić nie można, jak i tego, że zrobił go po prostu zdolny filmowiec.

Kto się boi indyjskiego humoru ten może przestać, bo na szczęście nie zmarnowano ani minuty na zbędne komediowe wstawki z Panami Komedia. Choć film trwa trzy godziny, to nie jest tak, że połowa to piosenki i umilacze tylko i wyłącznie dla indyjskiego widza. A prezentowany humor jest właśnie na poziomie opisywanej wyżej sceny, czyli coś a’la ulubiony przeze mnie Czwartek. Tym ciekawiej się to ogląda, bo całość przełamywana jest naprawdę soczystym i krwistym kinem gangsterskim, wszak jednym z bohaterów jest srogi nie tylko z opisów, ale i z czynów gangster. To nie ten typ komediowego gangstera z gołębim sercem i kłopotami w prawie legalnym biznesie. Krew więc się leje, a niektórych scen nie powstydziłby się Tarantino. I wcale nie przesadzam – taka na ten przykład prawie trzyminutowa scena w deszczu/szalecie kręcona na jednym ujęciu naprawdę robi robotę.

Spróbujcie, naprawdę nie pożałujecie.

(2044)

Zdaję sobie sprawę, że na widok słów "Indie" czy "Kollywood" kończycie czytanie i czekacie na następny wpis, ale jeśli będziecie w stanie wznieść się ponad uprzedzenia, to czeka na Was naprawdę dobre trzy godziny kina! Serio, wujek Q nie chce Wam zrobić krzywdy polecając film o dziwnym tytule Jigarthanda, czyli bardziej swojsko Cold Heart. Recenzja filmu Jigarthanda. Na początek zachęta do seansu Jigarthanda Myślę, że bardziej zaciekawię…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Początkujący reżyser chce zrealizować film na podstawie życiorysu groźnego gangstera. Wielu nie widziałem, ale jestem prawie pewien, że to jeden z najlepszych indyjskich filmów zeszłego roku.

5 odpowiedzi

  1. frank drebin

    He he, czytam pierwsze zdanie i myślę: „prorok czy co”?

    A tak to w ogóle 1 question: są napisy?

  2. Quentin

    Są #PotwierdzoneInfo

  3. Q dzięki za recenzję. Dzięki niej obejrzałam ten film i też jestem mega pozytywnie zaskoczona. I pewnie gdyby nie ty, to szmat czasu upłynąłby zanim bym go obejrzała. Tym bardziej, że nie lubuje się jakoś w Kolly. Sam film to gratka nie tylko dla fanów kina z Indii, ale fajna rozrywka dla wszystkich. :)

  4. PS. A zdradzisz jakim amerykańskim filmem się inspirowali? Tak z ciekawości :)

  5. Quentin

    „Get Shorty” jak mniemam :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.